18.12.2024, 14:09 ✶
Przyzwyczaiłeś się? Czyli to nie jest pierwszy raz?
Mógłby parsknąć z goryczą, zawieszając spojrzenie na dogasającym żarze w kominku albo na oknie, za którym chmury pędziły po niebie zlane ledwo przebijającym się przez nie światłem księżyca. W każdej innej chwili ponownie machnąłby ręką. Zbyłby to wzruszeniem ramionami albo jakimś cynicznym komentarzem, byleby tylko nie dać murom opaść.
Potrzebował się osłaniać. Instynktownie chronił się przed światem zewnętrznym i przed otoczeniem, nawet jeśli Geraldine nigdy nie stanowiła dla niego zagrożenia. Teraz nie panował nad tym poczuciem, że cokolwiek się między nimi wydarzyło, było ostateczne. Odsunęli się od siebie.
To, że teraz dołączyła do niego na podłodze, usiłując znowu ciągnąć go za zesztywniały, zlodowaciały język było złudne. Poza tym nie zmieniało tego, że nie chciał jej w to wszystko wciągać. Gdyby się złamał, wszystkie te miesiące byłyby na nic. A tego by sobie nie wybaczył. W tej chwili już i tak nie miał do siebie zbyt wiele sympatii.
- Lepiej, żebyś poszła - kolejny raz próbował dać jej do zrozumienia, że litość nie była tu czymś, co miało cokolwiek naprawić.
Nie chciał, aby kierowała się współczuciem przez wzgląd na to, co kiedyś mieli czy to, co zastała. Nie miał wątpliwości, że ją tym zaskoczył. Nie potrafił się już nawet irytować, słysząc jej dosadne nie, tyle tylko, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował było właśnie to zapieranie się rękami i nogami przed wyjściem z pomieszczenia.
To nie miało działać. Kiedyś, bardzo dawno temu, praktycznie w innym życiu być może byłoby inaczej. Wtedy, kiedy potrafili dzielić się światłem, dawać sobie niezmącone niczym wsparcie we wszystkim, co działo się dookoła nich. Gdy ciemność nie była jeszcze taka gęsta a tajemnice nie dusiły ani nie przygniatały.
Tyle tylko, że nawet wtedy nie chciał być słaby w oczach Geraldine. Starał się trzymać na nogach, dusić w sobie wiele trudnych faktów, co w ostatecznym rozrachunku przyczyniło się do ostatecznej klęski, jednak w tamtym momencie wydawało mu się jedyną logiczną opcją. W końcu usiłował być jej partnerem, nie ciężarem.
Dryfować w górze, nie opadać na dno jak w tym przeklętym momencie, kiedy po prostu nie potrafił dłużej utrzymać się na powierzchni. Nie pozwalał sobie na okazywanie słabości, która w tej chwili była trudna do odepchnięcia.
Nie potrafił walczyć z chłodem, z dygotaniem ciała, szczękaniem zębów. Ze łzami w oczach czyniącymi z niego kogoś, kim nie był, a które same znalazły drogę po policzkach, nawet mimo zaciskania powiek. Czuł się upokorzony i odsłonięty, nawet mimo ciemności panującej w pomieszczeniu. To nie mogło tak wyglądać. Nie chciał prowadzić rozmowy o tym, co się stało. Nie teraz, nie kiedykolwiek.
- Sam muszę sobie z tym poradzić. Nie chcę, żebyś się mną przejmowała, nie potrzebuję twojej litości - w końcu musiał to nazwać po imieniu, prawda?
Litość. Litość i nic więcej. Cień dawnej troski, sentymenty, o które było łatwo pod osłoną nocy, gdy myśli stawały się bardziej przytłaczające a wspomnienia powracały jak niesione na falach. Wlewały się do mózgu. Szeptały, że tak należy, że przez wzgląd na to, co było niegdyś (a może czego nie było i tylko im się tak wydawało? nie był już tego pewien) powinna tu przy nim siedzieć.
Gówno a nie powinna. Cokolwiek jej się teraz wydawało, to nie było słuszne. Nie, gdy celowo ją od tego odcinał. Odszedł, by nie musiała mierzyć się z jego problemami. Z tym wszystkim, w co wmieszał się na własne życzenie. Z nocami takimi jak ta, które prędzej czy później musiały nadejść. Uświadomił to sobie półtora roku temu. Od tego czasu zdążył wielokrotnie się o tym przekonać.
Nie mógł zbyt długo uciekać przed swoimi demonami, nawet jeśli przy niej to było łatwiejsze. Nawet jeśli przez pewien czas to wydawało się wykonalne, nie mógł wpuścić widm do ich wspólnego łóżka. Zbyt mocno ją kochał. Za bardzo zależało mu na tym, żeby była szczęśliwa, bo przecież właśnie na to zasługiwała. Nie na taplanie się w bagnie, na zmierzch i mrok, na trzymanie go kurczowo ponad krawędzią.
Musiała puścić. Starał się jej to ułatwić, prawda? W tym przeklętym momencie, w którym zaczął wyrzucać z siebie te wszystkie pochopne, niewłaściwe słowa, przyświecał mu wyższy cel. Jego intencje nie były tak brutalne jak to, co mówił. Nie miał zamiaru dać się ponieść czemuś, czego nigdy nie chciał okazać. Nie w stosunku do niej.
Do kogokolwiek innego. Naprawdę. W tym momencie nie miał już zbyt wiele oporów przed tym, by ziać chłodem. Aby robić te wszystkie zdecydowane rzeczy, nie wahać się ani nie myśleć o niczym innym niżeli tylko o tym nadrzędnym celu, który uświęcał środki.
Potrafił być naprawdę paskudny. Brudny i pozbawiony skrupułów. W stosunku do tych wszystkich ludzi, którzy mieli nieszczęście stanąć mu na drodze do celu i przeszkadzać w tym trochę za bardzo. Ale nie do niej. Nigdy nie chciał być kimś takim dla niej.
To w niego uderzyło. Nie został sprowokowany. Nie zamierzał uciekać się do tak marnych wymówek, tym bardziej nie przed sobą samym. Poniosło go, gdy zaczął podważać wszystko to, co Geraldine mu mówiła, bo nie chciał słyszeć, że ona nadal w nich wierzy. Bolała go myśl, że mogła na niego czekać a on w tym czasie nie zrobił nic, aby móc do niej wrócić.
Nie podjął walki, skapitulował, znalazł pierwszą lepszą dogodną wymówkę. Były nią te zaręczyny, których prawdziwości nawet nie próbował zweryfikować. Dał się temu ugodzić, pociągnąć się tej myśli głębiej w muł. Świadomość tego cięła bardziej niż ostrze jakiegokolwiek noża.
Bowiem jeszcze mocniej udowodniła mu, że nie był tym, za kogo się miał. Skoro nie walczył to nie był wojownikiem. Nie szedł po swoje, był żałosny, nie miał kontroli nad żadnym aspektem swojego życia i nawet nie próbował tego zmienić. Bo to, co robił było w istocie godne pożałowania.
Zachowywał się jak zdziczałe zwierzę zamknięte w klatce, szarpiące się i gryzące na oślep. Zaciekle próbujące wydostać się z uwięzi, gdy drzwi były jeszcze otwarte a rozstaw prętów na tyle szeroki, że nic go tam nie trzymało. Dał się omamić własnym myślom, orientując się, gdy było już stanowczo zbyt późno.
Ten wieczór był wyłącznie kolejnym gwoździem do trumny. Nie, nie ostatnim, nawet jeśli skrzynia została naprawdę solidnie zbita. To byłoby zbyt proste, gdyby to miało przynieść koniec i ciszę inną od tej, która zapadła między nimi na długie minuty. Tej przerywanej słowami, które musiały paść.
Nie chciał litości, nawet jeśli dłoń na jego czole była ciepła i łagodna. Nie potrzebował kolejnego przypomnienia o tym, co stracił. Dystansu nie do skrócenia, choć tak mocno pragnął, by go teraz objęła, dając mu chociażby złudzenie dawnego oparcia.
Ale to nie byłoby słuszne. To ciepło nie mogło odgonić chłodu i zimna. Wręcz przeciwnie - emanując nim, mógł jeszcze bardziej wszystko zniszczyć. Doszczętnie. Już na zawsze.
- Nie chcę, żebyś widziała mnie w takim stanie. To nie jest obraz, który chciałbym, żebyś miała w głowie - starał się nie zabrzmieć ostro, zresztą w tym stanie był od tego tak daleki jak tylko mógł być.
Usiłował nadać tym słowom zdecydowane brzmienie. Nie rozkleić się. Przynajmniej nie bardziej niż już to zrobił. Mrok był osłoną dla oczu, jednakże ton głosu nadal nie był jego sprzymierzeńcem. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu to nie wychodziło. Był tego aż nazbyt świadomy, czując się z tym (jeśli to w ogóle było możliwe) jeszcze gorzej. Bardziej parszywie i żałośnie.
- Idź - powtórzył po raz kolejny, zdecydowanie cofając się przed dotykiem Geraldine. - W przeciwnym razie oboje ucierpimy - nie musiał tego dodawać, te słowa powinny być jasne, bo przecież już to sobie zrobili.
Sprawili sobie ból. Nie tylko nawzajem - był tego pewien. Pozwolili na to, żeby wszystko, co kiedykolwiek mieli zostało obrócone w pył i w piach. Czy musieli psuć nawet te resztki? To, co myśleli o sobie nawzajem? To, co ona o nim myślała, będąc świadkiem jego upadku?
Mógłby parsknąć z goryczą, zawieszając spojrzenie na dogasającym żarze w kominku albo na oknie, za którym chmury pędziły po niebie zlane ledwo przebijającym się przez nie światłem księżyca. W każdej innej chwili ponownie machnąłby ręką. Zbyłby to wzruszeniem ramionami albo jakimś cynicznym komentarzem, byleby tylko nie dać murom opaść.
Potrzebował się osłaniać. Instynktownie chronił się przed światem zewnętrznym i przed otoczeniem, nawet jeśli Geraldine nigdy nie stanowiła dla niego zagrożenia. Teraz nie panował nad tym poczuciem, że cokolwiek się między nimi wydarzyło, było ostateczne. Odsunęli się od siebie.
To, że teraz dołączyła do niego na podłodze, usiłując znowu ciągnąć go za zesztywniały, zlodowaciały język było złudne. Poza tym nie zmieniało tego, że nie chciał jej w to wszystko wciągać. Gdyby się złamał, wszystkie te miesiące byłyby na nic. A tego by sobie nie wybaczył. W tej chwili już i tak nie miał do siebie zbyt wiele sympatii.
- Lepiej, żebyś poszła - kolejny raz próbował dać jej do zrozumienia, że litość nie była tu czymś, co miało cokolwiek naprawić.
Nie chciał, aby kierowała się współczuciem przez wzgląd na to, co kiedyś mieli czy to, co zastała. Nie miał wątpliwości, że ją tym zaskoczył. Nie potrafił się już nawet irytować, słysząc jej dosadne nie, tyle tylko, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował było właśnie to zapieranie się rękami i nogami przed wyjściem z pomieszczenia.
To nie miało działać. Kiedyś, bardzo dawno temu, praktycznie w innym życiu być może byłoby inaczej. Wtedy, kiedy potrafili dzielić się światłem, dawać sobie niezmącone niczym wsparcie we wszystkim, co działo się dookoła nich. Gdy ciemność nie była jeszcze taka gęsta a tajemnice nie dusiły ani nie przygniatały.
Tyle tylko, że nawet wtedy nie chciał być słaby w oczach Geraldine. Starał się trzymać na nogach, dusić w sobie wiele trudnych faktów, co w ostatecznym rozrachunku przyczyniło się do ostatecznej klęski, jednak w tamtym momencie wydawało mu się jedyną logiczną opcją. W końcu usiłował być jej partnerem, nie ciężarem.
Dryfować w górze, nie opadać na dno jak w tym przeklętym momencie, kiedy po prostu nie potrafił dłużej utrzymać się na powierzchni. Nie pozwalał sobie na okazywanie słabości, która w tej chwili była trudna do odepchnięcia.
Nie potrafił walczyć z chłodem, z dygotaniem ciała, szczękaniem zębów. Ze łzami w oczach czyniącymi z niego kogoś, kim nie był, a które same znalazły drogę po policzkach, nawet mimo zaciskania powiek. Czuł się upokorzony i odsłonięty, nawet mimo ciemności panującej w pomieszczeniu. To nie mogło tak wyglądać. Nie chciał prowadzić rozmowy o tym, co się stało. Nie teraz, nie kiedykolwiek.
- Sam muszę sobie z tym poradzić. Nie chcę, żebyś się mną przejmowała, nie potrzebuję twojej litości - w końcu musiał to nazwać po imieniu, prawda?
Litość. Litość i nic więcej. Cień dawnej troski, sentymenty, o które było łatwo pod osłoną nocy, gdy myśli stawały się bardziej przytłaczające a wspomnienia powracały jak niesione na falach. Wlewały się do mózgu. Szeptały, że tak należy, że przez wzgląd na to, co było niegdyś (a może czego nie było i tylko im się tak wydawało? nie był już tego pewien) powinna tu przy nim siedzieć.
Gówno a nie powinna. Cokolwiek jej się teraz wydawało, to nie było słuszne. Nie, gdy celowo ją od tego odcinał. Odszedł, by nie musiała mierzyć się z jego problemami. Z tym wszystkim, w co wmieszał się na własne życzenie. Z nocami takimi jak ta, które prędzej czy później musiały nadejść. Uświadomił to sobie półtora roku temu. Od tego czasu zdążył wielokrotnie się o tym przekonać.
Nie mógł zbyt długo uciekać przed swoimi demonami, nawet jeśli przy niej to było łatwiejsze. Nawet jeśli przez pewien czas to wydawało się wykonalne, nie mógł wpuścić widm do ich wspólnego łóżka. Zbyt mocno ją kochał. Za bardzo zależało mu na tym, żeby była szczęśliwa, bo przecież właśnie na to zasługiwała. Nie na taplanie się w bagnie, na zmierzch i mrok, na trzymanie go kurczowo ponad krawędzią.
Musiała puścić. Starał się jej to ułatwić, prawda? W tym przeklętym momencie, w którym zaczął wyrzucać z siebie te wszystkie pochopne, niewłaściwe słowa, przyświecał mu wyższy cel. Jego intencje nie były tak brutalne jak to, co mówił. Nie miał zamiaru dać się ponieść czemuś, czego nigdy nie chciał okazać. Nie w stosunku do niej.
Do kogokolwiek innego. Naprawdę. W tym momencie nie miał już zbyt wiele oporów przed tym, by ziać chłodem. Aby robić te wszystkie zdecydowane rzeczy, nie wahać się ani nie myśleć o niczym innym niżeli tylko o tym nadrzędnym celu, który uświęcał środki.
Potrafił być naprawdę paskudny. Brudny i pozbawiony skrupułów. W stosunku do tych wszystkich ludzi, którzy mieli nieszczęście stanąć mu na drodze do celu i przeszkadzać w tym trochę za bardzo. Ale nie do niej. Nigdy nie chciał być kimś takim dla niej.
To w niego uderzyło. Nie został sprowokowany. Nie zamierzał uciekać się do tak marnych wymówek, tym bardziej nie przed sobą samym. Poniosło go, gdy zaczął podważać wszystko to, co Geraldine mu mówiła, bo nie chciał słyszeć, że ona nadal w nich wierzy. Bolała go myśl, że mogła na niego czekać a on w tym czasie nie zrobił nic, aby móc do niej wrócić.
Nie podjął walki, skapitulował, znalazł pierwszą lepszą dogodną wymówkę. Były nią te zaręczyny, których prawdziwości nawet nie próbował zweryfikować. Dał się temu ugodzić, pociągnąć się tej myśli głębiej w muł. Świadomość tego cięła bardziej niż ostrze jakiegokolwiek noża.
Bowiem jeszcze mocniej udowodniła mu, że nie był tym, za kogo się miał. Skoro nie walczył to nie był wojownikiem. Nie szedł po swoje, był żałosny, nie miał kontroli nad żadnym aspektem swojego życia i nawet nie próbował tego zmienić. Bo to, co robił było w istocie godne pożałowania.
Zachowywał się jak zdziczałe zwierzę zamknięte w klatce, szarpiące się i gryzące na oślep. Zaciekle próbujące wydostać się z uwięzi, gdy drzwi były jeszcze otwarte a rozstaw prętów na tyle szeroki, że nic go tam nie trzymało. Dał się omamić własnym myślom, orientując się, gdy było już stanowczo zbyt późno.
Ten wieczór był wyłącznie kolejnym gwoździem do trumny. Nie, nie ostatnim, nawet jeśli skrzynia została naprawdę solidnie zbita. To byłoby zbyt proste, gdyby to miało przynieść koniec i ciszę inną od tej, która zapadła między nimi na długie minuty. Tej przerywanej słowami, które musiały paść.
Nie chciał litości, nawet jeśli dłoń na jego czole była ciepła i łagodna. Nie potrzebował kolejnego przypomnienia o tym, co stracił. Dystansu nie do skrócenia, choć tak mocno pragnął, by go teraz objęła, dając mu chociażby złudzenie dawnego oparcia.
Ale to nie byłoby słuszne. To ciepło nie mogło odgonić chłodu i zimna. Wręcz przeciwnie - emanując nim, mógł jeszcze bardziej wszystko zniszczyć. Doszczętnie. Już na zawsze.
- Nie chcę, żebyś widziała mnie w takim stanie. To nie jest obraz, który chciałbym, żebyś miała w głowie - starał się nie zabrzmieć ostro, zresztą w tym stanie był od tego tak daleki jak tylko mógł być.
Usiłował nadać tym słowom zdecydowane brzmienie. Nie rozkleić się. Przynajmniej nie bardziej niż już to zrobił. Mrok był osłoną dla oczu, jednakże ton głosu nadal nie był jego sprzymierzeńcem. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu to nie wychodziło. Był tego aż nazbyt świadomy, czując się z tym (jeśli to w ogóle było możliwe) jeszcze gorzej. Bardziej parszywie i żałośnie.
- Idź - powtórzył po raz kolejny, zdecydowanie cofając się przed dotykiem Geraldine. - W przeciwnym razie oboje ucierpimy - nie musiał tego dodawać, te słowa powinny być jasne, bo przecież już to sobie zrobili.
Sprawili sobie ból. Nie tylko nawzajem - był tego pewien. Pozwolili na to, żeby wszystko, co kiedykolwiek mieli zostało obrócone w pył i w piach. Czy musieli psuć nawet te resztki? To, co myśleli o sobie nawzajem? To, co ona o nim myślała, będąc świadkiem jego upadku?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down