18.12.2024, 15:37 ✶
Było coś ekscytującego w chwili, gdy miłościwie im panujący Selwynowie, po głębokich dyskusjach co, kiedy i na jakiej scenie wystawić, ostatecznie decydowali się na jakiś projekt. Choć trwały już próby do szeroko zapowiadanego na wczesny październik “Peer’a Gynt’a” to teatr żył też takimi drobiazgami jak akcje charytatywne.
Co się nagadał, że on na żadną Big Pharmę zbierać nie będzie, bo to tylko trucie młodych czarodziejów, to jego. Ot, buntownik z wyboru - większość członków teatralnej rodziny była do tego przyzwyczajona. Ale potem usłyszał coś o mugolskich baśniach i po pierwszym, typowo czystokrwistym oburzeniem, dał się przekonać.
Mugolskie baśnie były inne. Były powiewem świeżości w nudnym, skostniałym repertuarze ich mekki Sztuki.
Dzień wywieszenia listy nazwisk przypisanych do konkretnych ról był jak wcześniejsze Yule. Oczekiwania, nadzieje, zawody. Jakaś młoda aktoreczka się popłakała bo w zaaranżowanej pod magiczne realia wersji Kopciuszka przyszło jej grać brzydką siostrę. Ktoś inny głęboko westchnął znajdując swoje imię przy roli “martwego wieśniaka bez głowy przy płocie (nr 7)”
Baldwin chciał od życia tylko jednego. JEDNEJ małej roli, która zmieniłaby oblicze jego teatralnej persony po wsze czasy. Takiej, która nareszcie dawała mu szansę zabłysnąć w świecie!
No ale chuj.
Nie załapał się na żadnego z siedmiu krasnoludków. Zaiste, nie było sprawiedliwości na tym świecie! Zero. Null. Nada! Był wystarczająco dobry, żeby raczyć publikę hamletowymi przemowami czy makbetowskim rozdarciem serca i ducha, ale to, to już był inny kaliber tak? Nawet głupiutka Tonks, która dopiero co dołączyła do ich świty się załapała. Bo co? Bo miała metr czterdzieści w kapeluszu? Oburzające.
Ach, być takim krasnoludkiem to było coś. Żadnej pracy, żadnych problemów, nic tylko hopsa hopsa.
Zanim jednak zdążył zacząć się boczyć znalazł swoje nazwisko przy starym królu ze Śnieżki i fleciście z Hameln i szczerze mówiąc - poczuł się całkiem ukontentowany. Podobno król dostał w pakiecie startowym brodę do ziemi i żonę - Złą Królową - w postaci jak szybko odkrył Alice Bletchley.
Życie tak blisko teatru miało swoje plusy - z reguły się nie spóźniał na próby, a kiedy jednak zaspał - to ściągnięcie pana Malfoy’a na dół zajmowało kilka chwil. Nawet jeśli mało przytomnego i przysypiającego w każdej wolnej chwili gdzieś za kulisami. Szczególnie w czasie pełni.
Tym razem był jednak wcześniej. Siedział na twardym taborecie przy szklanej trumnie, będącej nieodłącznym elementem Królewny Śnieżki, z pędzlem w jednej ręce, różdżką w drugiej, nucąc jakąś monotonną melodię, która najwyraźniej utkwiła mu w pamięci. Jakby kto się przysłuchał uważniej mógł wyłapać coś w stylu “ayaye coco jamboo aya ye”. Nanosił na drewnianą podstawę fantazyjne kolorowe kwiaty o drobnych płatkach, które pod wpływem magii falowały jakby ruszane niewidzialnym powiewem wiatru. Jego szczurzyca spała, zwinięta w kłębek na trumianej, miękkiej poduszce. Najwyraźniej dla Rozalindy było zbyt wcześnie na cokolwiek innego. Zresztą - pierwszy szczur sceny wschodniej The Globe miał zaplanowane próby do epizodycznej roli we fleciście na inny dzień.
Prawda była taka, że próby nigdy nie zaczynały się o tej godzinie, o której powinny. Nie można było oczekiwać od bandy aktorów, że gdziekolwiek pojawią się na czas… I chyba naprawdę nikt tego nie oczekiwał.
Słysząc swoje imię, przerwał na moment swoją pracę. Odłożył pędzel do kubka z brudną wodą.
- Alice!- machnął lekko ręką na przywitanie, ale zaraz gest przywitania zamienił się bardziej w gest “chodź, chodź szybko.” Ewidentnie chciał się jej pochwalić swoją pracą. Spojrzał na jej wypełnioną kubkami tackę.- Bogowie mi cię zsyłają.- Westchnął rozmarzony, choć można było odnieść wrażenie, że mówi bardziej do kawy niż do Bletchey’ówny.
Co się nagadał, że on na żadną Big Pharmę zbierać nie będzie, bo to tylko trucie młodych czarodziejów, to jego. Ot, buntownik z wyboru - większość członków teatralnej rodziny była do tego przyzwyczajona. Ale potem usłyszał coś o mugolskich baśniach i po pierwszym, typowo czystokrwistym oburzeniem, dał się przekonać.
Mugolskie baśnie były inne. Były powiewem świeżości w nudnym, skostniałym repertuarze ich mekki Sztuki.
Dzień wywieszenia listy nazwisk przypisanych do konkretnych ról był jak wcześniejsze Yule. Oczekiwania, nadzieje, zawody. Jakaś młoda aktoreczka się popłakała bo w zaaranżowanej pod magiczne realia wersji Kopciuszka przyszło jej grać brzydką siostrę. Ktoś inny głęboko westchnął znajdując swoje imię przy roli “martwego wieśniaka bez głowy przy płocie (nr 7)”
Baldwin chciał od życia tylko jednego. JEDNEJ małej roli, która zmieniłaby oblicze jego teatralnej persony po wsze czasy. Takiej, która nareszcie dawała mu szansę zabłysnąć w świecie!
No ale chuj.
Nie załapał się na żadnego z siedmiu krasnoludków. Zaiste, nie było sprawiedliwości na tym świecie! Zero. Null. Nada! Był wystarczająco dobry, żeby raczyć publikę hamletowymi przemowami czy makbetowskim rozdarciem serca i ducha, ale to, to już był inny kaliber tak? Nawet głupiutka Tonks, która dopiero co dołączyła do ich świty się załapała. Bo co? Bo miała metr czterdzieści w kapeluszu? Oburzające.
Ach, być takim krasnoludkiem to było coś. Żadnej pracy, żadnych problemów, nic tylko hopsa hopsa.
Zanim jednak zdążył zacząć się boczyć znalazł swoje nazwisko przy starym królu ze Śnieżki i fleciście z Hameln i szczerze mówiąc - poczuł się całkiem ukontentowany. Podobno król dostał w pakiecie startowym brodę do ziemi i żonę - Złą Królową - w postaci jak szybko odkrył Alice Bletchley.
Życie tak blisko teatru miało swoje plusy - z reguły się nie spóźniał na próby, a kiedy jednak zaspał - to ściągnięcie pana Malfoy’a na dół zajmowało kilka chwil. Nawet jeśli mało przytomnego i przysypiającego w każdej wolnej chwili gdzieś za kulisami. Szczególnie w czasie pełni.
Tym razem był jednak wcześniej. Siedział na twardym taborecie przy szklanej trumnie, będącej nieodłącznym elementem Królewny Śnieżki, z pędzlem w jednej ręce, różdżką w drugiej, nucąc jakąś monotonną melodię, która najwyraźniej utkwiła mu w pamięci. Jakby kto się przysłuchał uważniej mógł wyłapać coś w stylu “ayaye coco jamboo aya ye”. Nanosił na drewnianą podstawę fantazyjne kolorowe kwiaty o drobnych płatkach, które pod wpływem magii falowały jakby ruszane niewidzialnym powiewem wiatru. Jego szczurzyca spała, zwinięta w kłębek na trumianej, miękkiej poduszce. Najwyraźniej dla Rozalindy było zbyt wcześnie na cokolwiek innego. Zresztą - pierwszy szczur sceny wschodniej The Globe miał zaplanowane próby do epizodycznej roli we fleciście na inny dzień.
Prawda była taka, że próby nigdy nie zaczynały się o tej godzinie, o której powinny. Nie można było oczekiwać od bandy aktorów, że gdziekolwiek pojawią się na czas… I chyba naprawdę nikt tego nie oczekiwał.
Słysząc swoje imię, przerwał na moment swoją pracę. Odłożył pędzel do kubka z brudną wodą.
- Alice!- machnął lekko ręką na przywitanie, ale zaraz gest przywitania zamienił się bardziej w gest “chodź, chodź szybko.” Ewidentnie chciał się jej pochwalić swoją pracą. Spojrzał na jej wypełnioną kubkami tackę.- Bogowie mi cię zsyłają.- Westchnął rozmarzony, choć można było odnieść wrażenie, że mówi bardziej do kawy niż do Bletchey’ówny.