18.12.2024, 22:06 ✶
Uniósł brwi tak wysoko, że gdyby to było fizycznie możliwe, zapewne zrównałby je z linią włosów. Tymczasem wyłącznie kląsnął językiem o podniebienie, krótko kręcąc głową z wymownie drżącymi kącikami ust.
- Ależ zapewniam cię, że możemy być tu w pełni szczerzy i po prostu postawić sprawę jasno - stwierdził bez ogródek, kwitując te słowa wzruszeniem ramion. - Nie jest. Co będziemy się okłamywać, praktycznie całe nasze pokolenie jest co najmniej lekko przeklęte - taka była prawda, nie?
Ambroise nie znał chyba nikogo, kto byłby w zupełności szczęśliwy i komu nie przydarzałyby się różne coraz bardziej skrajnie dziwne sytuacje. Gdyby chciał wykrzywiać rzeczywistość, pewnie poszedłby na inny typ kursów i zostałby uzdrowicielem w Lecznicy Dusz, choć sama wizja takiego kierunku rozwoju zawodowego wzbudzała w nim pewną ironiczną wesołość.
Już prędzej zatrudniłby się gdzieś jako ochrona lub, co śmieszniejsze, nawet w Ministerstwie jako brygadzista czy auror niż poszedłby w zajmowanie się cudzymi emocjami. Zdecydowanie dużo bardziej odnajdował się przy fizycznych czynnościach niż rozmowach o emocjach.
- Mniej więcej - kiwnął głową na to uproszczenie, które w gruncie rzeczy nie było niewłaściwe; może odrobinę zbyt ogólnikowe, lecz z pewnością nie niewłaściwe.
- Dziś czy ogólnie? Zastanawiam się, na ile mam skopać dupę Thomasowi za rozsiewanie o mnie jakichś pogłosek, nawet jeśli bardzo doceniam twoje zaufanie - odpowiedział lekko.
Naprawdę szanował relację, którą mieli. W żadnym wypadku nie zamierzał robić czegokolwiek, co mogłoby to zmienić.
- Mhm - odmruknął jednoznacznie, nie traktując jej gróźb serio, bo jakoś udawało mu się przed tym uciekać przez wiele lat.
Praktycznie odkąd zaczął zadawać się z rodziną Figgów, sprawnie lawirował w rozmowach o ulegnięciu ich szajbie na punkcie kotów. Minęło ile? Dziewiętnaście? Dwadzieścia lat? Coś blisko tego i raczej całkiem dobrze mu było bez udowadniania komukolwiek, że może faktycznie potrzebował futrzaka.
- Na miejscu twojej rodziny bardziej bym się temu przyjrzał - stwierdził po chwili namysłu, marszcząc przy tym czoło i mrużąc oczy. - Prawdę mówiąc, jej prawej ręce również. Koleś od dawna wygląda podejrzanie. Cholera wie czy nie wpływa na jej umysł - to bez wątpienia była możliwość, którą należało poważnie wziąć pod uwagę.
Urquart od samego początku nie spodobał się Greengrassowi. Zbyt mocno się we wszystko mieszał, miał nazbyt wiele kontroli i wpływu, mimo że niczym na to nie zasłużył. Nie zrobił nic szczególnego ponad to, że tego dnia niemal ich wszystkich pozabijał. Było coś nie tak w tym człowieku.
Ambroise być może był bardzo szybki w wydawaniu osądów. Nawet nie próbował twierdzić inaczej. Tym bardziej, że w razie potrzeby mógł przecież zweryfikować swoje przekonania, zwracając ludziom honor, o czego konieczność nie bał się w tym konkretnym przypadku.
Z tym gościem było coś mocno nie w porządku i Greengrass nie zdziwiłby się specjalnie, gdyby sam Urquart miał wiele wspólnego ze sprawą czarnomagicznych modyfikacji roślin. Być może ich nie wywołał, bo ponoć już wcześniej były takie, ale z pewnością później maczał swoje łapska w całej sprawie.
- Wydawałoby się, fakt, ale mam wrażenie, że ludzie wyłącznie panikują i głupieją - skomentował bezpośrednio, wzruszając ramionami.
Takie fakty.
- Zapominasz z kim rozmawiasz - nie upominał Nory a jedynie stwierdzał fakt, posyłając jej kpiące spojrzenie. - Noc to dla mnie taka sama pora jak dzień - przypomniał w razie, gdyby rzeczywiście na moment zapomniała, że jego harmonogram raczej nie był stały.
Nie miał jednakowych godzin pracy. Nie szedł do niej na ósmą czy dziewiątą i nie działał do obiadu, wracając do domu na chwilę przed piątą po południu. Tak właściwie to ostatnio dosyć często zdarzało mu się zarywać noce, biorąc drugie zmiany wyłącznie po to, aby mieć czym zająć myśli i ręce.
No, być może to nie było akurat zbyt szczere stwierdzenie, bo nocami poza szpitalem zdecydowanie bardziej się męczył niż w bladym świetle słońca, jednakże tego już nie zamierzał wspominać. Zdawał sobie sprawę z tego, ile Nora miała na głowie. Być może nie miał pojęcia o co najmniej połowie jej problemów, o niczym, z czym nie chciałaby się sama z nim podzielić.
Nie miał skłonności do drążenia tam, gdzie nikt tego nie potrzebował. Wielokrotnie podkreślał, że można było do niego przychodzić niemalże ze wszystkim, ale to nie działało w obie strony. Nie miało działać. Nie przy jego podejściu do sprawy.
Z pewnością nie zamierzał dokładać jej swoich problemów. Nie była jego matką (całe szczęście), nie była jego terapeutką ani nikim takim. Wręcz przeciwnie. Wiele lat temu sam z siebie obiecał jej bratu, że zajmie się nią pod nieobecność Figga i mimo zmiany okoliczności, zamierzał się tego trzymać.
Być może zawalił na swojej własnej życiowej płaszczyźnie. Może skopał własną rzeczywistość, musiał wziąć za to odpowiedzialność, bo w innym przypadku złamał daną obietnicę, ale tutaj nic się nie zmieniło. Nie zamierzał dać ciała.
Raz dane słowo było świętością większą niż jakiekolwiek sabatowe pierdolenia. Tym bardziej, że o Thomasa również się niepokoił. Nie mógł nic na to poradzić. Nie miał skłonności do umartwiania się, ale czasy były jakie były. Należało mieć to na uwadze, kontrolując sytuację.
Przygotowując się...
...chyba na najgorsze. Ostatnio trudno mu było myśleć inaczej, nawet jeśli teraz szeroko się uśmiechnął, posyłając Norze spojrzenie i kiwając głową.
- Podrzucę ci kilka ciekawszych pozycji - mieli to przyklepane, bez dwóch zdań zamierzał się tym zająć. - Co do tej nocnej pory to pomyśl. Z Mabel też nie będzie problemu, jeśli o to chodzi - zapewnił, nawet jeśli raczej wydawało mu się to całkiem jasne i logiczne.
Prawdę mówiąc bardziej niż większość rzeczy tego dnia, ale przynajmniej mogli go całkiem dobrze zakończyć.
Umówmy się: przy Norze naprawdę nietrudno było być wielkoludem. Najpewniej wystarczyło mieć choćby raptem metr siedemdziesiąt. Wagowo jednak zdecydowanie mógłby przytaknąć temu, że w istocie mógł być od niej co najmniej dwa razy cięższy, a więc i zdecydowanie mniej podatny na działanie procentów.
- Inna liga - stwierdził po prostu bez zastanowienia. - Mam bardzo mocną głowę. Lata doświadczenia. Jak do tej pory spotkałem tylko jedną osobę, do której nie miałem podjazdu - skoro już przechwalał się łbem niewrażliwym na standardowe ilości alkoholu to czuł się w obowiązku przyznać, że nawet on nie był w tym zupełnie niepokonany.
Czym innym było szpanowanie tym, że potrafił naprawdę dużo wypić zanim cokolwiek go siekło, czym innym zaś twierdzenie, że nie miał w tym sobie równych, gdy doskonale pamiętał te wszystkie chwile, kiedy zdychał jak ostatni frajer. W dodatku na drugi dzień ciągany na zewnątrz w ramach rozruszania i aktywności, podczas gdy jedynym, o czym marzył było zaszycie się w łóżku z zasłoniętymi kotarami i przespanie co najmniej połowy dnia. To była jeszcze inna liga. Liga, do której niegdyś być może miał jakieś szanse wstąpienia, ale teraz już ich nie było.
Natomiast w samotności raczej stronił od alkoholu. Nie do przesady, jednakże w zupełności wystarczyły mu już posiadane uzależnienia. W szczególności to od nikotyny, którego nawet nie próbował ukrywać, wielokrotnie w ciągu dnia karmiąc swój nałóg. Teraz też chętnie by zapalił, ale darował sobie sięganie po fajkę w kuchni Nory, nie chcąc psuć atmosfery i zapachów, które mimo zatkanego nosa i tak do niego docierały.
Najwidoczniej były silniejsze od nekromantycznego swądu. Ponownie: jeden dla Figgówny, zero dla mandragor.
- Daj spokój - machnął ręką, patrząc na nią, jakby nie była zbyt poważna w tym, co mówiła. - A tobie nie? - Nie potrzebował otrzymywać odpowiedzi na to pytanie, bo doskonale wiedział, jaka by ona była.
A przecież każdy potrzebował czasem odrobinę spuścić z tonu. Odpocząć. Nawet we własnej kuchni, szczególnie we własnej kuchni. Zwłaszcza w obecności kogoś, kto może w teorii rozumiał to podejście, ale w praktyce raczej nie zamierzał pozwolić na to, żeby męczyła się czymś, co jej nie odpowiadało.
- Poza tym robię to też dla siebie - mrugnął do niej prawym okiem, uśmiechając się łobuzersko. - Dzięki temu cała butelka będzie moja, nie? - Oczywiście, że nie do końca tak to miało wyglądać, no i w istocie wcale nie chodziło mu o jego własne picie, ale jeśli dzięki temu miał ją przekonać to zamierzał uciekać się do podobnych argumentów.
Zresztą już i tak ją miał. W chwili, w których zaczął strzelać nazwami drinków, słysząc te słowa o słodyczy i wywracając na nie oczami. Oczywiście, że to musiało być wręcz przejmująco słodkie. Inaczej po prostu nie byłaby sobą.
- Jasne. Mdląco słodki. Rozumiem - kiwnął głową, nie czekając na nic więcej.
Miał swoje potwierdzenie, wolną rękę, więc mógł przejść do rzeczy, nie?
Każdy jego ruch był nie tyle starannie przekalkulowany, co po prostu naznaczony pewną teatralną zapobiegliwością. Raczej wolał uniknąć zderzeń z otaczającymi go sprzętami oraz niskimi półkami, na których piętrzyły się różne składniki. W kuchni Nory zawsze musiał nieustannie się pochylać, by sięgnąć po składniki, tym razem nie było inaczej, nawet jeśli wszystko szło mu całkiem sprawnie.
Gdy drink był gotowy, z dumą uniósł dzbanek, wypełniony gęstą, kremową mieszanką. Uśmiechnął się do siebie z satysfakcją, odgarniając włosy z czoła. Minęły raptem dwie, może trzy minuty, góra pięć, gdy wrócił w pobliże stołu.
- Bananowe daiquiri. Chyba nie znam nic słodszego, co mogłoby powstać w tak krótkim czasie - poinformował, stawiając przed nią najdłuższą szklankę, jaką znalazł i machnięciem głową wskazując na dzbanek w swojej drugiej ręce. - Kubełek do lodu nie byłby praktyczny, nie wiem czemu o nim pomyślałem - przyznał, prawdopodobnie mogąc to zrzucić na długi i trudny dzień, przemęczenie i tak dalej.
Tyle tylko, że nie do końca był w stanie powiedzieć, że w tym dniu faktycznie było coś bardziej wyczerpującego niż we wszystkich innych, choćby nawet w ostatnich dwóch tygodniach. Prawdę mówiąc: raczej nie, nie było.
Jasne, atak ze strony niekromantycznych mandragor nie był czymś normalnym, jednakże ostatnio naprawdę dużo się działo. Jedna kiepska, ryzykowna sytuacja mniej, jedna więcej - najważniejsze, że to przeżyli i obeszło się bez większych obrażeń. Przynajmniej fizycznych, bo zarówno duma, jak i dupa nadal go bolały.
- Ależ zapewniam cię, że możemy być tu w pełni szczerzy i po prostu postawić sprawę jasno - stwierdził bez ogródek, kwitując te słowa wzruszeniem ramion. - Nie jest. Co będziemy się okłamywać, praktycznie całe nasze pokolenie jest co najmniej lekko przeklęte - taka była prawda, nie?
Ambroise nie znał chyba nikogo, kto byłby w zupełności szczęśliwy i komu nie przydarzałyby się różne coraz bardziej skrajnie dziwne sytuacje. Gdyby chciał wykrzywiać rzeczywistość, pewnie poszedłby na inny typ kursów i zostałby uzdrowicielem w Lecznicy Dusz, choć sama wizja takiego kierunku rozwoju zawodowego wzbudzała w nim pewną ironiczną wesołość.
Już prędzej zatrudniłby się gdzieś jako ochrona lub, co śmieszniejsze, nawet w Ministerstwie jako brygadzista czy auror niż poszedłby w zajmowanie się cudzymi emocjami. Zdecydowanie dużo bardziej odnajdował się przy fizycznych czynnościach niż rozmowach o emocjach.
- Mniej więcej - kiwnął głową na to uproszczenie, które w gruncie rzeczy nie było niewłaściwe; może odrobinę zbyt ogólnikowe, lecz z pewnością nie niewłaściwe.
- Dziś czy ogólnie? Zastanawiam się, na ile mam skopać dupę Thomasowi za rozsiewanie o mnie jakichś pogłosek, nawet jeśli bardzo doceniam twoje zaufanie - odpowiedział lekko.
Naprawdę szanował relację, którą mieli. W żadnym wypadku nie zamierzał robić czegokolwiek, co mogłoby to zmienić.
- Mhm - odmruknął jednoznacznie, nie traktując jej gróźb serio, bo jakoś udawało mu się przed tym uciekać przez wiele lat.
Praktycznie odkąd zaczął zadawać się z rodziną Figgów, sprawnie lawirował w rozmowach o ulegnięciu ich szajbie na punkcie kotów. Minęło ile? Dziewiętnaście? Dwadzieścia lat? Coś blisko tego i raczej całkiem dobrze mu było bez udowadniania komukolwiek, że może faktycznie potrzebował futrzaka.
- Na miejscu twojej rodziny bardziej bym się temu przyjrzał - stwierdził po chwili namysłu, marszcząc przy tym czoło i mrużąc oczy. - Prawdę mówiąc, jej prawej ręce również. Koleś od dawna wygląda podejrzanie. Cholera wie czy nie wpływa na jej umysł - to bez wątpienia była możliwość, którą należało poważnie wziąć pod uwagę.
Urquart od samego początku nie spodobał się Greengrassowi. Zbyt mocno się we wszystko mieszał, miał nazbyt wiele kontroli i wpływu, mimo że niczym na to nie zasłużył. Nie zrobił nic szczególnego ponad to, że tego dnia niemal ich wszystkich pozabijał. Było coś nie tak w tym człowieku.
Ambroise być może był bardzo szybki w wydawaniu osądów. Nawet nie próbował twierdzić inaczej. Tym bardziej, że w razie potrzeby mógł przecież zweryfikować swoje przekonania, zwracając ludziom honor, o czego konieczność nie bał się w tym konkretnym przypadku.
Z tym gościem było coś mocno nie w porządku i Greengrass nie zdziwiłby się specjalnie, gdyby sam Urquart miał wiele wspólnego ze sprawą czarnomagicznych modyfikacji roślin. Być może ich nie wywołał, bo ponoć już wcześniej były takie, ale z pewnością później maczał swoje łapska w całej sprawie.
- Wydawałoby się, fakt, ale mam wrażenie, że ludzie wyłącznie panikują i głupieją - skomentował bezpośrednio, wzruszając ramionami.
Takie fakty.
- Zapominasz z kim rozmawiasz - nie upominał Nory a jedynie stwierdzał fakt, posyłając jej kpiące spojrzenie. - Noc to dla mnie taka sama pora jak dzień - przypomniał w razie, gdyby rzeczywiście na moment zapomniała, że jego harmonogram raczej nie był stały.
Nie miał jednakowych godzin pracy. Nie szedł do niej na ósmą czy dziewiątą i nie działał do obiadu, wracając do domu na chwilę przed piątą po południu. Tak właściwie to ostatnio dosyć często zdarzało mu się zarywać noce, biorąc drugie zmiany wyłącznie po to, aby mieć czym zająć myśli i ręce.
No, być może to nie było akurat zbyt szczere stwierdzenie, bo nocami poza szpitalem zdecydowanie bardziej się męczył niż w bladym świetle słońca, jednakże tego już nie zamierzał wspominać. Zdawał sobie sprawę z tego, ile Nora miała na głowie. Być może nie miał pojęcia o co najmniej połowie jej problemów, o niczym, z czym nie chciałaby się sama z nim podzielić.
Nie miał skłonności do drążenia tam, gdzie nikt tego nie potrzebował. Wielokrotnie podkreślał, że można było do niego przychodzić niemalże ze wszystkim, ale to nie działało w obie strony. Nie miało działać. Nie przy jego podejściu do sprawy.
Z pewnością nie zamierzał dokładać jej swoich problemów. Nie była jego matką (całe szczęście), nie była jego terapeutką ani nikim takim. Wręcz przeciwnie. Wiele lat temu sam z siebie obiecał jej bratu, że zajmie się nią pod nieobecność Figga i mimo zmiany okoliczności, zamierzał się tego trzymać.
Być może zawalił na swojej własnej życiowej płaszczyźnie. Może skopał własną rzeczywistość, musiał wziąć za to odpowiedzialność, bo w innym przypadku złamał daną obietnicę, ale tutaj nic się nie zmieniło. Nie zamierzał dać ciała.
Raz dane słowo było świętością większą niż jakiekolwiek sabatowe pierdolenia. Tym bardziej, że o Thomasa również się niepokoił. Nie mógł nic na to poradzić. Nie miał skłonności do umartwiania się, ale czasy były jakie były. Należało mieć to na uwadze, kontrolując sytuację.
Przygotowując się...
...chyba na najgorsze. Ostatnio trudno mu było myśleć inaczej, nawet jeśli teraz szeroko się uśmiechnął, posyłając Norze spojrzenie i kiwając głową.
- Podrzucę ci kilka ciekawszych pozycji - mieli to przyklepane, bez dwóch zdań zamierzał się tym zająć. - Co do tej nocnej pory to pomyśl. Z Mabel też nie będzie problemu, jeśli o to chodzi - zapewnił, nawet jeśli raczej wydawało mu się to całkiem jasne i logiczne.
Prawdę mówiąc bardziej niż większość rzeczy tego dnia, ale przynajmniej mogli go całkiem dobrze zakończyć.
Umówmy się: przy Norze naprawdę nietrudno było być wielkoludem. Najpewniej wystarczyło mieć choćby raptem metr siedemdziesiąt. Wagowo jednak zdecydowanie mógłby przytaknąć temu, że w istocie mógł być od niej co najmniej dwa razy cięższy, a więc i zdecydowanie mniej podatny na działanie procentów.
- Inna liga - stwierdził po prostu bez zastanowienia. - Mam bardzo mocną głowę. Lata doświadczenia. Jak do tej pory spotkałem tylko jedną osobę, do której nie miałem podjazdu - skoro już przechwalał się łbem niewrażliwym na standardowe ilości alkoholu to czuł się w obowiązku przyznać, że nawet on nie był w tym zupełnie niepokonany.
Czym innym było szpanowanie tym, że potrafił naprawdę dużo wypić zanim cokolwiek go siekło, czym innym zaś twierdzenie, że nie miał w tym sobie równych, gdy doskonale pamiętał te wszystkie chwile, kiedy zdychał jak ostatni frajer. W dodatku na drugi dzień ciągany na zewnątrz w ramach rozruszania i aktywności, podczas gdy jedynym, o czym marzył było zaszycie się w łóżku z zasłoniętymi kotarami i przespanie co najmniej połowy dnia. To była jeszcze inna liga. Liga, do której niegdyś być może miał jakieś szanse wstąpienia, ale teraz już ich nie było.
Natomiast w samotności raczej stronił od alkoholu. Nie do przesady, jednakże w zupełności wystarczyły mu już posiadane uzależnienia. W szczególności to od nikotyny, którego nawet nie próbował ukrywać, wielokrotnie w ciągu dnia karmiąc swój nałóg. Teraz też chętnie by zapalił, ale darował sobie sięganie po fajkę w kuchni Nory, nie chcąc psuć atmosfery i zapachów, które mimo zatkanego nosa i tak do niego docierały.
Najwidoczniej były silniejsze od nekromantycznego swądu. Ponownie: jeden dla Figgówny, zero dla mandragor.
- Daj spokój - machnął ręką, patrząc na nią, jakby nie była zbyt poważna w tym, co mówiła. - A tobie nie? - Nie potrzebował otrzymywać odpowiedzi na to pytanie, bo doskonale wiedział, jaka by ona była.
A przecież każdy potrzebował czasem odrobinę spuścić z tonu. Odpocząć. Nawet we własnej kuchni, szczególnie we własnej kuchni. Zwłaszcza w obecności kogoś, kto może w teorii rozumiał to podejście, ale w praktyce raczej nie zamierzał pozwolić na to, żeby męczyła się czymś, co jej nie odpowiadało.
- Poza tym robię to też dla siebie - mrugnął do niej prawym okiem, uśmiechając się łobuzersko. - Dzięki temu cała butelka będzie moja, nie? - Oczywiście, że nie do końca tak to miało wyglądać, no i w istocie wcale nie chodziło mu o jego własne picie, ale jeśli dzięki temu miał ją przekonać to zamierzał uciekać się do podobnych argumentów.
Zresztą już i tak ją miał. W chwili, w których zaczął strzelać nazwami drinków, słysząc te słowa o słodyczy i wywracając na nie oczami. Oczywiście, że to musiało być wręcz przejmująco słodkie. Inaczej po prostu nie byłaby sobą.
- Jasne. Mdląco słodki. Rozumiem - kiwnął głową, nie czekając na nic więcej.
Miał swoje potwierdzenie, wolną rękę, więc mógł przejść do rzeczy, nie?
Każdy jego ruch był nie tyle starannie przekalkulowany, co po prostu naznaczony pewną teatralną zapobiegliwością. Raczej wolał uniknąć zderzeń z otaczającymi go sprzętami oraz niskimi półkami, na których piętrzyły się różne składniki. W kuchni Nory zawsze musiał nieustannie się pochylać, by sięgnąć po składniki, tym razem nie było inaczej, nawet jeśli wszystko szło mu całkiem sprawnie.
Gdy drink był gotowy, z dumą uniósł dzbanek, wypełniony gęstą, kremową mieszanką. Uśmiechnął się do siebie z satysfakcją, odgarniając włosy z czoła. Minęły raptem dwie, może trzy minuty, góra pięć, gdy wrócił w pobliże stołu.
- Bananowe daiquiri. Chyba nie znam nic słodszego, co mogłoby powstać w tak krótkim czasie - poinformował, stawiając przed nią najdłuższą szklankę, jaką znalazł i machnięciem głową wskazując na dzbanek w swojej drugiej ręce. - Kubełek do lodu nie byłby praktyczny, nie wiem czemu o nim pomyślałem - przyznał, prawdopodobnie mogąc to zrzucić na długi i trudny dzień, przemęczenie i tak dalej.
Tyle tylko, że nie do końca był w stanie powiedzieć, że w tym dniu faktycznie było coś bardziej wyczerpującego niż we wszystkich innych, choćby nawet w ostatnich dwóch tygodniach. Prawdę mówiąc: raczej nie, nie było.
Jasne, atak ze strony niekromantycznych mandragor nie był czymś normalnym, jednakże ostatnio naprawdę dużo się działo. Jedna kiepska, ryzykowna sytuacja mniej, jedna więcej - najważniejsze, że to przeżyli i obeszło się bez większych obrażeń. Przynajmniej fizycznych, bo zarówno duma, jak i dupa nadal go bolały.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down