18.12.2024, 22:32 ✶
Oczywiście, że najpierw chciał odpowiedział ja ciebie też kocham, sikorko i co mogę mieć w planach innego niż robota, skowronku, ale… No i masz babo placek. Rozejrzał się po kuchni i zdał sobie sprawę z gorzkiej prawdy, że najwyraźniej spisek przeciwko niemu rósł, dojrzewał od lat. Cała trójka była już w całkowicie zaangażowana w przygotowywanie śniadania, a on… Był jedynym mężczyzna w tym domu, jedynym, który nie zrobił nic na śniadanie. Nierób. Oto jego rola w tej familii. Westchnął ciężko.
— I ty Brutusie przeciwko mnie, kochana? Naprawdę chcesz, żebym na starość został pozbawiony jedynego, co trzyma mnie jeszcze przy życiu? Przecież boczek to… — fundament jego bytu. Zwrócił się do Jo z takim wyrzutem, że aż przyłożył dłoń do serca, bo poczuł zdradę aż do trzewi. Bo nagle wszystkie trzy drogie kobity w tym domu postanowiły obrócić się przeciwko jego majestatowi… Jego diecie! — Oho i co jeszcze? Zaraz powiesz, że mam schudnąć — odparł. Dzień bez mięsa byłby tragedią. — Dzięki temu co jem jestem w stanie wynieść całą waszą trójkę, gdyby ten dom kiedykolwiek stanął w płomieniach! — odpukał oczywiście równie szybko , co gorliwie w blat stołu, żeby nie kusić losu. — A wy chcecie zrobić ze mnie trwawożerną miernotę. Za moich czasów…
Już miał mówić, żeby nie mówiły do niego takim tonem (bez przesady, staruchu), już miał szykować wykład o warzywnej tyranii i ojcowskim męczeństwie, który był zdecydowanie niedoceniany w czasach, jakim przyszło im wszystkim żyć. Już miał, chciał, ale zauważył to znaczące spojrzenie Jolene. Jedno, acz konkretne, które znał za dobrze i mówiło jasno, że jeszcze jedno słowo, panie Bletchley, a będziesz smażyć tę jajecznicę sam.
— Dobrze, ależ oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby… — odchrzknął. — …rozważyć jakieś kompromisy. Raz na jakiś czas mogę zjeść tę twoją sałatę, żeby nie było, że się nie staram — i tak o to właśnie Julian Bletchley został rozbrojony jednym spojrzeniem przez ukochaną żonę. Jednym, jedynym! W sumie po tylu latach powinien był już się tego spodziewać. — Kompromis to podstawa zdrowego małżeństwa, prawda kotku? — mruknął i upił zrezygnowany łyk kawy.
— I ty Brutusie przeciwko mnie, kochana? Naprawdę chcesz, żebym na starość został pozbawiony jedynego, co trzyma mnie jeszcze przy życiu? Przecież boczek to… — fundament jego bytu. Zwrócił się do Jo z takim wyrzutem, że aż przyłożył dłoń do serca, bo poczuł zdradę aż do trzewi. Bo nagle wszystkie trzy drogie kobity w tym domu postanowiły obrócić się przeciwko jego majestatowi… Jego diecie! — Oho i co jeszcze? Zaraz powiesz, że mam schudnąć — odparł. Dzień bez mięsa byłby tragedią. — Dzięki temu co jem jestem w stanie wynieść całą waszą trójkę, gdyby ten dom kiedykolwiek stanął w płomieniach! — odpukał oczywiście równie szybko , co gorliwie w blat stołu, żeby nie kusić losu. — A wy chcecie zrobić ze mnie trwawożerną miernotę. Za moich czasów…
Już miał mówić, żeby nie mówiły do niego takim tonem (bez przesady, staruchu), już miał szykować wykład o warzywnej tyranii i ojcowskim męczeństwie, który był zdecydowanie niedoceniany w czasach, jakim przyszło im wszystkim żyć. Już miał, chciał, ale zauważył to znaczące spojrzenie Jolene. Jedno, acz konkretne, które znał za dobrze i mówiło jasno, że jeszcze jedno słowo, panie Bletchley, a będziesz smażyć tę jajecznicę sam.
— Dobrze, ależ oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby… — odchrzknął. — …rozważyć jakieś kompromisy. Raz na jakiś czas mogę zjeść tę twoją sałatę, żeby nie było, że się nie staram — i tak o to właśnie Julian Bletchley został rozbrojony jednym spojrzeniem przez ukochaną żonę. Jednym, jedynym! W sumie po tylu latach powinien był już się tego spodziewać. — Kompromis to podstawa zdrowego małżeństwa, prawda kotku? — mruknął i upił zrezygnowany łyk kawy.