Powinien to przewidzieć. Tak jak wiele innych rzeczy. Pochwalił się na przykład, jak to walczyli z Clemensem z magicznym artefaktem (nie wspomniał, że ta cała jego walka polegała na tym, że zawisł w przestrzeni, owinięty przez pnącza jak kawałek szynki sznurkiem tuż przed wędzeniem i to jego brat zmagał się z oswobodzeniem go ze śmiertelnego uścisku pułapki), na dowód pokazując im swój pięknie złamany nos, którego ostatecznie nie nastawili, żeby mama się nie dowiedziała. Oczywiście dowiedziała się, gdy tylko dojrzała opuchniętą twarz najmłodszej pociechy, ale ten skłamał, że potknął się, bo czytał i szedł i upadł nosem na kamień. Chyba mu uwierzyła. Swoim przyjaciołom nie zamierzał jednak sprzedawać wymówki, a chwalebną historię. Mało brakowało, a próbowałby trzynastozgłoskowca, aby oddać swoje bohaterskie czyny, ale odechciało mu się po jednej zwrotce.
Może dlatego teraz, zamiast kolejnej chwalebnej przygody, tkwił z zadkiem w kominie jaskini, przez który powinien się bez trudu przecisnąć, aby zjechać do niższej komory, aby tam dokonać typowych dla ich wieku inicjacji, wejścia w dorosłość. Krwawe pakty przyjaźni, opowiadanie strasznych historii, ucieczki przed prawdziwym światem, w przygotowaniu na niego. Taki był plan na tę jaskinię, odpowiednio płytką, aby nie znalazł ich jakiś niedźwiedź (skąd mogli wiedzieć, że nie było ich na terenie Anglii od wielu, wielu lat), bez strumieni wody, łatwą do wyjścia, wystarczyło przejść przez to oczko. I nie utknąć. Tylko, że Morpheus utknął.
Była chyba w tym metafora. O dorastaniu, o utknięciu pomiędzy jedną
— Nie waż mi się niczego zmniejszać, Selwyn! — powiedział nieco piskliwym tonem, który jeszcze odejmował mu powagi. Morpheus przechodził przez mutację i dźwięki, które z siebie wydawał podczas mówienia gwałtownie zmieniały skalę i barwę podczas jednego zdania. Zacisnął zęby. — Idzcie po Clemensa, mnie nic nie będzie, przecież nagle nie wyskoczy mi jakaś koza i nie dziabnie w tyłek.
Bardzo próbował się wydostać, ale im bardziej próbował, tym bardziej skały raniły jego kościste biodra na tym kawałku, który odsłonił się przy próbie wydostania się z potrzasku, odpinając jeden szelek. Słowem, Longbottom przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy.