20.12.2024, 00:34 ✶
Kocham cię, Maeve.
Powoli obróciła głowę w kierunku Lorraine, spoglądając nań podejrzliwie. Z wyrazem zdziwienia wymieszanego z nieufnością, jakby usłyszała słowa, których w najśmielszych snach nie spodziewała się usłyszeć. Wiła wiele mówiła o swoich uczuciach, ale robiła to zawsze uciekając w zawiłe metafory, kryjąc prostotę własnych emocji w meandrach skomplikowanych słów. Wyznania zamieniała zawsze w swoisty rodzaj poezji, której prymitywny umysł Maeve zwykle nie potrafił w pełni pojąć.
To nie tak, że nie lubiła poezji - po prostu wolała, kiedy nie była skomplikowana.
Czasem najkrótszym wierszem było imię.
- Lorraine - szepnęła w odpowiedzi, miano ukochanej wyrwało się z piersi, a usta nie miały nad tym żadnej kontroli. Wyprostowała się, odbijając się od barierki, a po wcześniejszym gniewnie i frustracji na twarzy nie było już śladu. Spojrzała raz jeszcze na jasnowłosną, widząc, że nawet nie popatrzyła na nią, wyznając swoją miłość. Ktokolwiek inny pewnie odebrałby to za potwarz, za fałszywe zeznania, ale nie Mewa, i nie kiedy chodziło o Raine.
Lorraine nie potrafiła stanąć z prawdą twarzą w twarz. Tylekroć kłamała ludziom w żywe oczy, że nie potrafiła inaczej niż uciec wzrokiem mierząc się ze szczerością. Gdyby ich spojrzenia się spotkały, wiedziałaby, że rzuca słowa na wiatr, bo w taki sposób wyznawała tylko taką miłość, która miała przynieść jej korzyść. Tak właśnie zachowują się osoby, które szczerość musiały okupywać łzami.
Lorraine była blisko, a jednocześnie zdawała się nieuchwytna, jakby zbudowana z samego światła i cienia. Jej obecność przypominała Maeve o wszystkim, co skomplikowane w najprostszy sposób - o tym, że niektórych rzeczy nie da się uchwycić w dłonie, okupić krwią ani wyjaśnić słowami. Kiedy spojrzenie Lorraine wędrowało gdzieś na bok, unikając spotkania z jej oczami, a Maeve zastanawiała się, ile odwagi wymagało to jedno, proste wyznanie, które teraz wisiało między nimi niczym nić wiatru, niemal niezauważalna, ale realna.
- Nie mam zamiaru iść przez życie z twoją krwią na rękach - oświadczyła stanowczo, ale bez najmniejszych znamion gniewu. Pozwoliła objąć swoje dłonie, bo jak miałaby taki gest odtrącić, ale nie wytrzymała w takim układzie długo; minęło zaledwie uderzeń serca i zapragnęła poczuć ciepło skóry Lorraine pod opuszkami własnych palców, sprawnie wymanewrowała spod uścisku ukochanej, a potem sama objęła czule jej dłonie. Wyczuła pod własnym dotykiem pulsująca krew, o którą się przecież rozchodziło, a na której Maeve wcale nie zależało. - Po prostu nie kochaj mnie tak, jak tamtych. Nie kochaj mnie głową, nie zatapiaj mnie w morzu niewypowiedzianych jeszcze słów, którymi mnie nie omamisz, bo ich przecież nie zrozumiem. Nie szukaj we mnie logiki, ani potencjału na handel wymienny, bo dla mnie miłość nie jest transakcją. - Potrząsnęła głową z jawną dezaprobatą, jakby sam koncept takiej relacji był dla niej dziką abstrakcją. Jakby nie miał prawa mieć miejsca. - Kochaj mnie sercem. I wiem, jak uwielbiasz metafory, więc niech to pozostanie tylko i wyłącznie metaforą, nie wyrywaj go dla mnie z piersi. Nie potrzebuję materialnych dowodów, bo mówiąc, że chcę cię rozbierać, nie miałam na myśli rozbierania na części pierwsze. - Nie wytrzymała i wplotła żart pomiędzy stawiane warunki, uśmiechnęła się pod nosem, bo już ją od środka skręcało od nadmiaru powagi i patosu. Nie przyszła na ten świat po to, żeby epatować dramatem i smutkiem.
Puściła ją na moment i uniosła ręce, aby objąć twarz wiły czule i zetknąć razem ich czoła. Ciepło dłoni Lorraine wydawało się płonąć w pamięci Maeve, choć ten dotyk trwał zaledwie chwilę. Była w tym jakaś kruchość, ale też siła, jakby w każdej sekundy ich bliskości zawierał się wszechświat. Chang wiedziała, że te momenty, te drobne gesty, są wszystkim, co naprawdę się liczy. Nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy, bo prawda zawsze była jej wierną towarzyszką, nawet jeśli Lorraine wciąż starała się od niej uciec.
- Kocham cię, Raine. Taką, jaką jesteś naprawdę, niepodzielną i w całości. Mogłabym dziękować twoim bogom, że cię mi zesłali, ale po co mam to robić, kiedy między twoim imieniem a modlitwą nie ma żadnej różnicy? - Uśmiechnęła się łagodnie na myśl, że Lorraine mogła teraz do woli próbować uciec wzrokiem, ale tym razem nie miała zamiaru jej pozwolić. Kiedyś musiała zmierzyć się z nagą prawdą, pozwolić drugiej osobie zaglądnąć do własnej duszy. Na tym przecież polegała miłość. Na bezgranicznym zaufaniu.
Powoli obróciła głowę w kierunku Lorraine, spoglądając nań podejrzliwie. Z wyrazem zdziwienia wymieszanego z nieufnością, jakby usłyszała słowa, których w najśmielszych snach nie spodziewała się usłyszeć. Wiła wiele mówiła o swoich uczuciach, ale robiła to zawsze uciekając w zawiłe metafory, kryjąc prostotę własnych emocji w meandrach skomplikowanych słów. Wyznania zamieniała zawsze w swoisty rodzaj poezji, której prymitywny umysł Maeve zwykle nie potrafił w pełni pojąć.
To nie tak, że nie lubiła poezji - po prostu wolała, kiedy nie była skomplikowana.
Czasem najkrótszym wierszem było imię.
- Lorraine - szepnęła w odpowiedzi, miano ukochanej wyrwało się z piersi, a usta nie miały nad tym żadnej kontroli. Wyprostowała się, odbijając się od barierki, a po wcześniejszym gniewnie i frustracji na twarzy nie było już śladu. Spojrzała raz jeszcze na jasnowłosną, widząc, że nawet nie popatrzyła na nią, wyznając swoją miłość. Ktokolwiek inny pewnie odebrałby to za potwarz, za fałszywe zeznania, ale nie Mewa, i nie kiedy chodziło o Raine.
Lorraine nie potrafiła stanąć z prawdą twarzą w twarz. Tylekroć kłamała ludziom w żywe oczy, że nie potrafiła inaczej niż uciec wzrokiem mierząc się ze szczerością. Gdyby ich spojrzenia się spotkały, wiedziałaby, że rzuca słowa na wiatr, bo w taki sposób wyznawała tylko taką miłość, która miała przynieść jej korzyść. Tak właśnie zachowują się osoby, które szczerość musiały okupywać łzami.
Lorraine była blisko, a jednocześnie zdawała się nieuchwytna, jakby zbudowana z samego światła i cienia. Jej obecność przypominała Maeve o wszystkim, co skomplikowane w najprostszy sposób - o tym, że niektórych rzeczy nie da się uchwycić w dłonie, okupić krwią ani wyjaśnić słowami. Kiedy spojrzenie Lorraine wędrowało gdzieś na bok, unikając spotkania z jej oczami, a Maeve zastanawiała się, ile odwagi wymagało to jedno, proste wyznanie, które teraz wisiało między nimi niczym nić wiatru, niemal niezauważalna, ale realna.
- Nie mam zamiaru iść przez życie z twoją krwią na rękach - oświadczyła stanowczo, ale bez najmniejszych znamion gniewu. Pozwoliła objąć swoje dłonie, bo jak miałaby taki gest odtrącić, ale nie wytrzymała w takim układzie długo; minęło zaledwie uderzeń serca i zapragnęła poczuć ciepło skóry Lorraine pod opuszkami własnych palców, sprawnie wymanewrowała spod uścisku ukochanej, a potem sama objęła czule jej dłonie. Wyczuła pod własnym dotykiem pulsująca krew, o którą się przecież rozchodziło, a na której Maeve wcale nie zależało. - Po prostu nie kochaj mnie tak, jak tamtych. Nie kochaj mnie głową, nie zatapiaj mnie w morzu niewypowiedzianych jeszcze słów, którymi mnie nie omamisz, bo ich przecież nie zrozumiem. Nie szukaj we mnie logiki, ani potencjału na handel wymienny, bo dla mnie miłość nie jest transakcją. - Potrząsnęła głową z jawną dezaprobatą, jakby sam koncept takiej relacji był dla niej dziką abstrakcją. Jakby nie miał prawa mieć miejsca. - Kochaj mnie sercem. I wiem, jak uwielbiasz metafory, więc niech to pozostanie tylko i wyłącznie metaforą, nie wyrywaj go dla mnie z piersi. Nie potrzebuję materialnych dowodów, bo mówiąc, że chcę cię rozbierać, nie miałam na myśli rozbierania na części pierwsze. - Nie wytrzymała i wplotła żart pomiędzy stawiane warunki, uśmiechnęła się pod nosem, bo już ją od środka skręcało od nadmiaru powagi i patosu. Nie przyszła na ten świat po to, żeby epatować dramatem i smutkiem.
Puściła ją na moment i uniosła ręce, aby objąć twarz wiły czule i zetknąć razem ich czoła. Ciepło dłoni Lorraine wydawało się płonąć w pamięci Maeve, choć ten dotyk trwał zaledwie chwilę. Była w tym jakaś kruchość, ale też siła, jakby w każdej sekundy ich bliskości zawierał się wszechświat. Chang wiedziała, że te momenty, te drobne gesty, są wszystkim, co naprawdę się liczy. Nie bała się spojrzeć prawdzie w oczy, bo prawda zawsze była jej wierną towarzyszką, nawet jeśli Lorraine wciąż starała się od niej uciec.
- Kocham cię, Raine. Taką, jaką jesteś naprawdę, niepodzielną i w całości. Mogłabym dziękować twoim bogom, że cię mi zesłali, ale po co mam to robić, kiedy między twoim imieniem a modlitwą nie ma żadnej różnicy? - Uśmiechnęła się łagodnie na myśl, że Lorraine mogła teraz do woli próbować uciec wzrokiem, ale tym razem nie miała zamiaru jej pozwolić. Kiedyś musiała zmierzyć się z nagą prawdą, pozwolić drugiej osobie zaglądnąć do własnej duszy. Na tym przecież polegała miłość. Na bezgranicznym zaufaniu.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —