20.12.2024, 00:36 ✶
Nie tak powinna wyglądać ta chwila. Nie to sobie obiecywali tamtym dotykiem, sposobem, w jaki pojawili się tutaj zmęczeni i pozbawieni nadziei, ale wciąż usiłujący wierzyć w złudzenia. W to, że to, co robili było właściwe, bo inaczej nie przyszłoby im to z taką łatwością, niemalże bez zastanowienia.
Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej w jasnych promieniach wschodzącego słońca potrafili dawać sobie oparcie, być obok siebie we właściwy sposób. Może nawet trochę zbyt blisko jak na to, że przecież na długie miesiące stali się sobie praktycznie obcy (to było kłamstwo, prawda?), ale odnajdując w tym coś w rodzaju odkupienia.
Zatracili się w sobie. W nagle odzyskanych szansach, nawet jeśli mających wkrótce zniknąć, pęknąć jak mydlana bańka. Ożywili wspomnienia. Tylko po to, aby je zniszczyć. Najwyraźniej nie potrafili już mówić jednym językiem. Stracili tę nić porozumienia, nawet jeśli wydawało mu się, że nadal istniała, bo przecież nie pozbyli się przyciągania.
Cokolwiek kiedyś pchało ich ku sobie, ta dziwna siła w dalszym ciągu sprawiła, że znaleźli się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Nie raz. Nie tylko wtedy na Carkitt Market. Nie dwa razy. A trzy, bo również tu i teraz. Przez moment wydawało mu się, że po to, aby mogli dać sobie odrobinę pocieszenia. W rzeczywistości chyba, bo rzeczywistość nie lubiła braku domknięcia. Musieli się pożegnać, pochować złudzenia.
Czy było tym to dobranoc?
Nie powinna widzieć go w tym stanie. Nieważne, co niegdyś mieli, nie odsłaniał się przed nią w taki sposób. Nie chciał, żeby widziała w nim kogoś słabego, skrzywdzonego, poruszonego do cna. Kogoś, kto nie był w stanie dźwignąć się z nóg, przygnieciony niedostrzegalnym ciężarem. Nikt nie powinien oglądać jego upadku, nikogo innego też by tu nie chciał, ale Geraldine? To nie powinna być ona, nie ona.
- Złudna - odpowiedział cicho, jego oczy wciąż wpatrywały się w niewidzialny punkt na ścianie, jakby tam w mroku czaiły się widma, które nie chciały go opuścić.
Miał wrażenie, że horror trwał dalej, że jego dusza wciąż znajdowała się w uścisku czegoś przerażającego, co nie dawało o sobie zapomnieć. Zimny pot spływał mu po plecach a lodowate dreszcze przebiegały przez ciało, gdy wspomnienia targały jego umysłem. Myśli Ambroisa wciąż błądziły w mrokach koszmaru, z którego udało mu się wyrwać, ale który nie opuścił go całkowicie.
- Wiem - nie chodziło mu o to, że była głupia, że się w to wmieszała, nie, to nie były te słowa.
Na wiele rzeczy było za późno. Ich cała relacja była zbudowana dokładnie na tych dwóch słowach. Od samego początku skazana na porażkę i zatracenie, bo mogliby przeżyć wszystko inne, tylko nie to. Poradziliby sobie z każdym teraz i nie teraz. Powiodłoby im się, gdyby było za wcześnie, daliby radę z tym, co niosłaby za sobą ta rzeczywistość, bo sama w sobie sugerowała istnienie przyszłości. Trudnej lub skomplikowanej, ale wspólnej. Za późno oznaczało klęskę. I ta klęska nadeszła.
Zawiedli siebie nawzajem. To on był pierwszym, który dokonał zniszczenia postępującego przez ostatnie półtora roku aż do momentu, kiedy pozwolił sobie na to, aby wepchnąć jej szpadel w rękę. Warcząc te wszystkie słowa tak, aby wreszcie pchnąć ją do działania. Mogli bez opamiętania całować się nad zwłokami, dawać sobie złudzenia, ale prawda była taka, że przed zachodem słońca musieli zakopać tego trupa. Przyszłość nie istniała, przeszłość zaczęła nieść za sobą nieświeży swąd zepsucia i rozkładu.
- Czyżby? - W tym jednym słowie było tak wiele goryczy, tyle żalu i wyrzutów sumienia, niezliczone inne niewypowiedziane myśli, utracone życzenia, pogrążone marzenia, nieistniejąca przyszłość, zatarta przeszłość i ta teraźniejsza chwila, która to wszystko łączyła.
Choć właściwie nie, nie łączyła. Tu nie było czego łączyć. Ten moment był wyłącznie jak studnia bez dna, do której co rusz ktoś ciskał kolejne kamienie. Raz za razem.
Na szczęście nie możesz zmienić przeszłości brzmiało nie tyle jak kłamstwo, co jak obelga. Coś, w co nie dało się już pobożnie wierzyć, bo przecież właśnie to zrobili tego dnia. Zmienili przeszłość, nawet jeśli nie wymazali wspólnej historii to uderzyli we wspomnienia. Od słowa do słowa zasiali kolejne ziarna niepokoju, zasilając je wyrzutami w taki sposób, że nim się obejrzeli, miały już pierwsze pędy.
Przerosły ich w przeciągu kilku chwil. Wybiły jak jeżyny w ogrodzie, zabijając wszystko, co tam rosło. Wyjaławiając ziemię, wbijając się korzeniami w zgliszcza, na których nie mogło już wyrosnąć nic innego. Nadzieja? Od samego początku wolał myśleć, że nigdy jej nie mieli, ale teraz bezpowrotnie przepadła.
Zawsze byli ludźmi czynu. Czyż to nie było ironiczne, że pogrążyły ich właśnie słowa? Że w momencie pojawienia się wątpliwości, kiedy wyrzuty sumienia zaczęły przebijać się przez grube mury, jakie wzniósł wokół siebie, odruchowo sięgnął właśnie po to. Po coś, po co sięgał wyłącznie w ostateczności.
Jego najgorsze słowa stały się najmocniejszą bronią. Jedyną w zasięgu ręki, co powinno sprawić, że by się zreflektował. Bo przecież wcale nie chciał niszczyć tej cienkiej nici porozumienia. Nie tego dnia.
Oparł się na niej, czując ciepło, które emanowało z jej ciała. Na ułamek sekundy mając wrażenie, że może to mogło zadziałać. Obecność Geraldine i dotyk jej ramion były jedynymi rzeczami, które zawsze przynosiły mu tę odrobinę ulgi. Jednak nawet to nie wystarczało, by odwrócić jego myśli od tego, co stracił, co zniszczył.
Każde dotknięcie, przesunięcie dłonią po jego plecach czy ramieniu, każdy gest był jak przypomnienie, że mimo ich miłości, coś w ich relacji było nie tak. Nie istniała, prawda?
Tak łatwo było o tym zapomnieć, gdy ciepło ciała dziewczyny otulało go, odbierając mu choć trochę tego chłodu. Nie powinna być jego ratunkiem, nie o to zabiegał, nie o to walczył, nie po to się od niej odsunął, aby teraz wciągać ją w to w chwili słabości. Nie chciał, żeby sama też marzła.
A jednak w tym momencie zdawała się być jedynym światłem w jego ciemnym świecie. Pozwolił jej się przytulić, chociaż wiedział, że nie powinna być jego. Ta myśl jednak była zbyt ciężka, by mógł ją teraz dźwignąć. Odpuścił, choć przecież tak bardzo się starał. Był uparty, zawzięcie ją od siebie odpychał, bo wiedział, co powinien zrobić. Każdy moment, który spędzali razem był dla nich obojga przekleństwem. Nie miało być pięknie. Już nigdy.
- Nie ma nic bardziej złudnego niż nadzieja na lepsze jutro - to mogłyby być słowa, które by do niej wymamrotał, jedyna rzeczywista prawda, lecz tego nie zrobił.
Sam nie wiedział, dlaczego, ale te słowa nie przecisnęły mu się przez zaciśnięte gardło. To nie tak, że nie wierzył w dobre intencje, jakie miała, obejmując go ramionami i mówiąc coś takiego. Po prostu nie umiał wybiec myślami w przyszłość, bo w tej chwili ta niemalże już nie istniała. Wszystko mogło skończyć się z dnia na dzień. Rzeczywistość nie wyglądała już tak jak niegdyś. Wojna pochłaniała wszystko. Mrok był ciężki i gęsty. Czy tego chcieli, czy nie, nie było przed tym ucieczki.
Nie chciał jej ranić, nie chciał, aby widziała jego słabość, ale w tym momencie nie potrafił być silny. Nie był z kamienia.
- Nie będzie - nie bez nas, ale przecież tak było od dawna, od wielu długich bezsennych nocy, miesięcy przypominających głęboką studnię bez dna, więc w teorii nic się nie zmieniło.
A jednak coś, co samo w sobie było rzuceniem się z nożykiem do walki na miecze, z kawałkiem kija zamiast różdżki w sam środek starcia, zakończyło się zwycięstwem. Być może złudnym, bo przecież nie mieli całkowitej pewności, że to, co zrobili miało przynieść ostateczny skutek. Szczególnie, że widmowy głos nadal rozlegał się echem po jaskini zanim pochłonęła ją ziemia i sterty kamieni.
Zaś coś, co powinno przynieść ulgę i odkupienie, bo wygrali, poradzili sobie, kolejny raz udało im się wyjść z bagna, okazało się czymś, co w istocie ich pogrążyło. Przytłoczyło go, naruszyło fundamenty jedynych wspomnień, których nie chciał tracić, które traktował wręcz z nabożną czcią, uderzając nimi w siebie podczas długich, samotnych nocy, ale je miał. Teraz to również stało się piaskiem przesypującym się przez palce.
- Miałem dobre intencje - wyszeptał, mocniej zaciskając powieki.
To nie miało sensu. Nie powinno mieć miejsca.
Życie, które prowadził nie miało tak wyglądać. Nie wiedział, czego tak właściwie się spodziewał, bo jego oczekiwania nigdy nie były właściwe. Nie zanim się poznali. Nie zanim zrozumiał, czego było mu brak. Było w nich zbyt wiele impulsywności, za dużo miejsca na błędy i zmiany. A jednak przecież miał marzenia. Była ich częścią. Wtedy, kiedy jeszcze istniała jakaś złudna nadzieja.
Jego zamiary były dobre, ale dał się zwieść. To, co go pochłonęło było silniejsze od niego a on przegapił moment, w którym wszystko zaczęło się sypać. Intencje - piękne słowo. Oparł mocniej czoło na jej ramieniu, zamykając oczy, jakby chciał uciec od rzeczywistości, ale każdy oddech przynosił mu ból.
Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej w jasnych promieniach wschodzącego słońca potrafili dawać sobie oparcie, być obok siebie we właściwy sposób. Może nawet trochę zbyt blisko jak na to, że przecież na długie miesiące stali się sobie praktycznie obcy (to było kłamstwo, prawda?), ale odnajdując w tym coś w rodzaju odkupienia.
Zatracili się w sobie. W nagle odzyskanych szansach, nawet jeśli mających wkrótce zniknąć, pęknąć jak mydlana bańka. Ożywili wspomnienia. Tylko po to, aby je zniszczyć. Najwyraźniej nie potrafili już mówić jednym językiem. Stracili tę nić porozumienia, nawet jeśli wydawało mu się, że nadal istniała, bo przecież nie pozbyli się przyciągania.
Cokolwiek kiedyś pchało ich ku sobie, ta dziwna siła w dalszym ciągu sprawiła, że znaleźli się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Nie raz. Nie tylko wtedy na Carkitt Market. Nie dwa razy. A trzy, bo również tu i teraz. Przez moment wydawało mu się, że po to, aby mogli dać sobie odrobinę pocieszenia. W rzeczywistości chyba, bo rzeczywistość nie lubiła braku domknięcia. Musieli się pożegnać, pochować złudzenia.
Czy było tym to dobranoc?
Nie powinna widzieć go w tym stanie. Nieważne, co niegdyś mieli, nie odsłaniał się przed nią w taki sposób. Nie chciał, żeby widziała w nim kogoś słabego, skrzywdzonego, poruszonego do cna. Kogoś, kto nie był w stanie dźwignąć się z nóg, przygnieciony niedostrzegalnym ciężarem. Nikt nie powinien oglądać jego upadku, nikogo innego też by tu nie chciał, ale Geraldine? To nie powinna być ona, nie ona.
- Złudna - odpowiedział cicho, jego oczy wciąż wpatrywały się w niewidzialny punkt na ścianie, jakby tam w mroku czaiły się widma, które nie chciały go opuścić.
Miał wrażenie, że horror trwał dalej, że jego dusza wciąż znajdowała się w uścisku czegoś przerażającego, co nie dawało o sobie zapomnieć. Zimny pot spływał mu po plecach a lodowate dreszcze przebiegały przez ciało, gdy wspomnienia targały jego umysłem. Myśli Ambroisa wciąż błądziły w mrokach koszmaru, z którego udało mu się wyrwać, ale który nie opuścił go całkowicie.
- Wiem - nie chodziło mu o to, że była głupia, że się w to wmieszała, nie, to nie były te słowa.
Na wiele rzeczy było za późno. Ich cała relacja była zbudowana dokładnie na tych dwóch słowach. Od samego początku skazana na porażkę i zatracenie, bo mogliby przeżyć wszystko inne, tylko nie to. Poradziliby sobie z każdym teraz i nie teraz. Powiodłoby im się, gdyby było za wcześnie, daliby radę z tym, co niosłaby za sobą ta rzeczywistość, bo sama w sobie sugerowała istnienie przyszłości. Trudnej lub skomplikowanej, ale wspólnej. Za późno oznaczało klęskę. I ta klęska nadeszła.
Zawiedli siebie nawzajem. To on był pierwszym, który dokonał zniszczenia postępującego przez ostatnie półtora roku aż do momentu, kiedy pozwolił sobie na to, aby wepchnąć jej szpadel w rękę. Warcząc te wszystkie słowa tak, aby wreszcie pchnąć ją do działania. Mogli bez opamiętania całować się nad zwłokami, dawać sobie złudzenia, ale prawda była taka, że przed zachodem słońca musieli zakopać tego trupa. Przyszłość nie istniała, przeszłość zaczęła nieść za sobą nieświeży swąd zepsucia i rozkładu.
- Czyżby? - W tym jednym słowie było tak wiele goryczy, tyle żalu i wyrzutów sumienia, niezliczone inne niewypowiedziane myśli, utracone życzenia, pogrążone marzenia, nieistniejąca przyszłość, zatarta przeszłość i ta teraźniejsza chwila, która to wszystko łączyła.
Choć właściwie nie, nie łączyła. Tu nie było czego łączyć. Ten moment był wyłącznie jak studnia bez dna, do której co rusz ktoś ciskał kolejne kamienie. Raz za razem.
Na szczęście nie możesz zmienić przeszłości brzmiało nie tyle jak kłamstwo, co jak obelga. Coś, w co nie dało się już pobożnie wierzyć, bo przecież właśnie to zrobili tego dnia. Zmienili przeszłość, nawet jeśli nie wymazali wspólnej historii to uderzyli we wspomnienia. Od słowa do słowa zasiali kolejne ziarna niepokoju, zasilając je wyrzutami w taki sposób, że nim się obejrzeli, miały już pierwsze pędy.
Przerosły ich w przeciągu kilku chwil. Wybiły jak jeżyny w ogrodzie, zabijając wszystko, co tam rosło. Wyjaławiając ziemię, wbijając się korzeniami w zgliszcza, na których nie mogło już wyrosnąć nic innego. Nadzieja? Od samego początku wolał myśleć, że nigdy jej nie mieli, ale teraz bezpowrotnie przepadła.
Zawsze byli ludźmi czynu. Czyż to nie było ironiczne, że pogrążyły ich właśnie słowa? Że w momencie pojawienia się wątpliwości, kiedy wyrzuty sumienia zaczęły przebijać się przez grube mury, jakie wzniósł wokół siebie, odruchowo sięgnął właśnie po to. Po coś, po co sięgał wyłącznie w ostateczności.
Jego najgorsze słowa stały się najmocniejszą bronią. Jedyną w zasięgu ręki, co powinno sprawić, że by się zreflektował. Bo przecież wcale nie chciał niszczyć tej cienkiej nici porozumienia. Nie tego dnia.
Oparł się na niej, czując ciepło, które emanowało z jej ciała. Na ułamek sekundy mając wrażenie, że może to mogło zadziałać. Obecność Geraldine i dotyk jej ramion były jedynymi rzeczami, które zawsze przynosiły mu tę odrobinę ulgi. Jednak nawet to nie wystarczało, by odwrócić jego myśli od tego, co stracił, co zniszczył.
Każde dotknięcie, przesunięcie dłonią po jego plecach czy ramieniu, każdy gest był jak przypomnienie, że mimo ich miłości, coś w ich relacji było nie tak. Nie istniała, prawda?
Tak łatwo było o tym zapomnieć, gdy ciepło ciała dziewczyny otulało go, odbierając mu choć trochę tego chłodu. Nie powinna być jego ratunkiem, nie o to zabiegał, nie o to walczył, nie po to się od niej odsunął, aby teraz wciągać ją w to w chwili słabości. Nie chciał, żeby sama też marzła.
A jednak w tym momencie zdawała się być jedynym światłem w jego ciemnym świecie. Pozwolił jej się przytulić, chociaż wiedział, że nie powinna być jego. Ta myśl jednak była zbyt ciężka, by mógł ją teraz dźwignąć. Odpuścił, choć przecież tak bardzo się starał. Był uparty, zawzięcie ją od siebie odpychał, bo wiedział, co powinien zrobić. Każdy moment, który spędzali razem był dla nich obojga przekleństwem. Nie miało być pięknie. Już nigdy.
- Nie ma nic bardziej złudnego niż nadzieja na lepsze jutro - to mogłyby być słowa, które by do niej wymamrotał, jedyna rzeczywista prawda, lecz tego nie zrobił.
Sam nie wiedział, dlaczego, ale te słowa nie przecisnęły mu się przez zaciśnięte gardło. To nie tak, że nie wierzył w dobre intencje, jakie miała, obejmując go ramionami i mówiąc coś takiego. Po prostu nie umiał wybiec myślami w przyszłość, bo w tej chwili ta niemalże już nie istniała. Wszystko mogło skończyć się z dnia na dzień. Rzeczywistość nie wyglądała już tak jak niegdyś. Wojna pochłaniała wszystko. Mrok był ciężki i gęsty. Czy tego chcieli, czy nie, nie było przed tym ucieczki.
Nie chciał jej ranić, nie chciał, aby widziała jego słabość, ale w tym momencie nie potrafił być silny. Nie był z kamienia.
- Nie będzie - nie bez nas, ale przecież tak było od dawna, od wielu długich bezsennych nocy, miesięcy przypominających głęboką studnię bez dna, więc w teorii nic się nie zmieniło.
A jednak coś, co samo w sobie było rzuceniem się z nożykiem do walki na miecze, z kawałkiem kija zamiast różdżki w sam środek starcia, zakończyło się zwycięstwem. Być może złudnym, bo przecież nie mieli całkowitej pewności, że to, co zrobili miało przynieść ostateczny skutek. Szczególnie, że widmowy głos nadal rozlegał się echem po jaskini zanim pochłonęła ją ziemia i sterty kamieni.
Zaś coś, co powinno przynieść ulgę i odkupienie, bo wygrali, poradzili sobie, kolejny raz udało im się wyjść z bagna, okazało się czymś, co w istocie ich pogrążyło. Przytłoczyło go, naruszyło fundamenty jedynych wspomnień, których nie chciał tracić, które traktował wręcz z nabożną czcią, uderzając nimi w siebie podczas długich, samotnych nocy, ale je miał. Teraz to również stało się piaskiem przesypującym się przez palce.
- Miałem dobre intencje - wyszeptał, mocniej zaciskając powieki.
To nie miało sensu. Nie powinno mieć miejsca.
Życie, które prowadził nie miało tak wyglądać. Nie wiedział, czego tak właściwie się spodziewał, bo jego oczekiwania nigdy nie były właściwe. Nie zanim się poznali. Nie zanim zrozumiał, czego było mu brak. Było w nich zbyt wiele impulsywności, za dużo miejsca na błędy i zmiany. A jednak przecież miał marzenia. Była ich częścią. Wtedy, kiedy jeszcze istniała jakaś złudna nadzieja.
Jego zamiary były dobre, ale dał się zwieść. To, co go pochłonęło było silniejsze od niego a on przegapił moment, w którym wszystko zaczęło się sypać. Intencje - piękne słowo. Oparł mocniej czoło na jej ramieniu, zamykając oczy, jakby chciał uciec od rzeczywistości, ale każdy oddech przynosił mu ból.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down