20.12.2024, 07:50 ✶
Sama by się w te góry Kaledońskie nigdy nie wybrała. Pewnie nawet nie zabrałaby się z pierwszą lepszą osobą, ale kiedy rodzina prosiła, Ambrosia jakoś zawsze ulegała o wiele łatwiej i szybciej. Zawsze skryta w cieniach Nokturnowskich kamieniczek, pasmo gór do których zabierał ich Perrin, mogła pokazać co najwyżej palcem na mapie. A to i tak po dłużej chwili zastanowienia, bo przecież geografia nie wpisywała się w program nauczania Hogwartu. A może i wpisywała, ale w szkole blondynka miała wiele ważniejsze rzeczy do roboty, niż słuchanie ciekawostek przyrodniczych o geograficznym ułożeniu wysp.
Ładnie tu było - tyle dobrego. Umiała docenić przecież urokliwą scenerię, nie była aż takim krytykiem angielskiej przyrody, nawet jeśli kompulsywnie trzymała się śmierdzących znajomo ulic, ale czemu musiało być tak zimno? Rosie pociągnęła nosem, bo co prawda się od tego spaceru nieco rozgrzała - głównie dlatego że jej aktywność fizyczna na co dzień ograniczała się do dwóch rzeczy; walczenia z bratem mosiężnym świecznikiem i grania kulą do wróżenia w kręgle póki nie pojawią się klienci - ale rześkie powietrze wciąż kąsało policzki.
- A potem? Coś na nas wyskoczy czy może ziemia rozstąpi się nam pod nogami? - zapytała, tonem niezrażonym, jakby wcale gdzieś w głowie nie przewijała się jej kawalkada niewybrednych przekleństw, kiedy jakiś kamień się jej wyślizgiwał spod podeszwy, albo grunt okazywał się odrobinę zbyt grząski na jej gust. Ostatnim razem jak była na łonie przyrody, swoją drogą przecież nie tak dawno temu, to ta rzeczona przyroda próbowała wszystkich zabić. - Oj nie, nie. Pamiętasz dobrze - odpowiedziała za Trelawneya, wyciągając z kieszeni chusteczkę. - Leon ledwie zipie i jak on tu dotarł nie wyzionąwszy ducha, to jestem aż pod wrażeniem. A może... nie zmartwychwstałeś go tutaj jak nikt nie patrzył? - zerknęła krzywo na kuzyna, absurdalnie jakby poważna w tym momencie, a potem zaraz wydmuchała głośno nos. Od razu się jej lepiej oddychało. - A może Peregrin sobie szedł, a Leoś stał w miejscu i co jakiś czas się teleportował.
Opcji było dużo, aż za dużo. Prawie jej imponowało, jeśli Leon faktycznie się tutaj wdrapał na piechotę i to robiąc sobie mniej jak sto przystanków po drodze. A no i jeśli zrobili to w jeden dzień - no to już w ogóle musiała mu kartkę z gratulacjami wysłać. Pogratulować mu osobiście nie chciała, bo była na niego jeszcze trochę obrażona za buractwo podczas Windermere. A przynajmniej tak się jej wydawało.
Zanim wyruszyli w tę podróż w trójkę, kazała sobie zrobić listę, co powinna zabrać i teraz na podobieństwo kuzyna, szła zaopatrzona w błyskającą światłem latarenkę, która faktycznie działała lepiej jak różdżka. No i co najważniejsze - pozwalała mieć ją w gotowości, na w razie czego. Podczas gdy Flint wyglądał, jakby go ta matka natura z własnego łona wypluła i był u siebie w domu, tak Ambrosia... nie. Nie brakowało jej wytrwałości i pewności siebie, ale potykała się troszkę, nieprzyzwyczajona do uważania na to, czy grunt nie jest chybotliwy, zbyt miękki czy wilgotny. Wolała rozgrzane słońcem łąki, a nie góry i jaskinie. Ciemne jaskinie.
Rozejrzała się dookoła, z umiarkowaną ciekawością obserwując najpierw całe wnętrze, a w ostatniej kolejności kierując swoją uwagę na właściwy punkt programu, czyli zapisaną runami ścianę.
- Ładna. Co tu było dokładnie napisane? Nie wzięłam pracy domowej.
swoim małym oczkiem widzę
Ładnie tu było - tyle dobrego. Umiała docenić przecież urokliwą scenerię, nie była aż takim krytykiem angielskiej przyrody, nawet jeśli kompulsywnie trzymała się śmierdzących znajomo ulic, ale czemu musiało być tak zimno? Rosie pociągnęła nosem, bo co prawda się od tego spaceru nieco rozgrzała - głównie dlatego że jej aktywność fizyczna na co dzień ograniczała się do dwóch rzeczy; walczenia z bratem mosiężnym świecznikiem i grania kulą do wróżenia w kręgle póki nie pojawią się klienci - ale rześkie powietrze wciąż kąsało policzki.
- A potem? Coś na nas wyskoczy czy może ziemia rozstąpi się nam pod nogami? - zapytała, tonem niezrażonym, jakby wcale gdzieś w głowie nie przewijała się jej kawalkada niewybrednych przekleństw, kiedy jakiś kamień się jej wyślizgiwał spod podeszwy, albo grunt okazywał się odrobinę zbyt grząski na jej gust. Ostatnim razem jak była na łonie przyrody, swoją drogą przecież nie tak dawno temu, to ta rzeczona przyroda próbowała wszystkich zabić. - Oj nie, nie. Pamiętasz dobrze - odpowiedziała za Trelawneya, wyciągając z kieszeni chusteczkę. - Leon ledwie zipie i jak on tu dotarł nie wyzionąwszy ducha, to jestem aż pod wrażeniem. A może... nie zmartwychwstałeś go tutaj jak nikt nie patrzył? - zerknęła krzywo na kuzyna, absurdalnie jakby poważna w tym momencie, a potem zaraz wydmuchała głośno nos. Od razu się jej lepiej oddychało. - A może Peregrin sobie szedł, a Leoś stał w miejscu i co jakiś czas się teleportował.
Opcji było dużo, aż za dużo. Prawie jej imponowało, jeśli Leon faktycznie się tutaj wdrapał na piechotę i to robiąc sobie mniej jak sto przystanków po drodze. A no i jeśli zrobili to w jeden dzień - no to już w ogóle musiała mu kartkę z gratulacjami wysłać. Pogratulować mu osobiście nie chciała, bo była na niego jeszcze trochę obrażona za buractwo podczas Windermere. A przynajmniej tak się jej wydawało.
Zanim wyruszyli w tę podróż w trójkę, kazała sobie zrobić listę, co powinna zabrać i teraz na podobieństwo kuzyna, szła zaopatrzona w błyskającą światłem latarenkę, która faktycznie działała lepiej jak różdżka. No i co najważniejsze - pozwalała mieć ją w gotowości, na w razie czego. Podczas gdy Flint wyglądał, jakby go ta matka natura z własnego łona wypluła i był u siebie w domu, tak Ambrosia... nie. Nie brakowało jej wytrwałości i pewności siebie, ale potykała się troszkę, nieprzyzwyczajona do uważania na to, czy grunt nie jest chybotliwy, zbyt miękki czy wilgotny. Wolała rozgrzane słońcem łąki, a nie góry i jaskinie. Ciemne jaskinie.
Rozejrzała się dookoła, z umiarkowaną ciekawością obserwując najpierw całe wnętrze, a w ostatniej kolejności kierując swoją uwagę na właściwy punkt programu, czyli zapisaną runami ścianę.
- Ładna. Co tu było dokładnie napisane? Nie wzięłam pracy domowej.
swoim małym oczkiem widzę
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
she was a gentle
sort of horror
sort of horror