20.12.2024, 13:18 ✶
Będzie.
Nawet nie próbował w to wierzyć. Mieli być ze sobą szczerzy. Nie wierzyła w to, nie brzmiała jak ktoś kto w to wierzył. Przecież się znali. Nie musiała go okłamywać. Nie po tym, co sobie wyrzucili. Nie po tym, że zamiast stanąć tuż obok siebie, korzystając z szansy danej im przez los, wyciągnęli działa.
Wystarczyło, że wszystko, co ze sobą wcześniej budowali było oparte na niewłaściwych podstawach, na dobrych intencjach, złudnych nadziejach - dokładnie tym, czego obiecali sobie nie wpuszczać do swojego życia. Jak doszło do tego, że wciąż to właśnie na tym oparli wszystko, co teraz zawaliło się jak domek z piasku pod naporem fali?
Czuł jak jej ramiona mocno oplatają jego ciało, paląco ciepłe dłonie dotykają skostniałych pleców a palce przesuwają się po zimno-wilgotnej skórze, wywołując dreszcze. Jego ciało drżało, gdy go dotykała. Dygotało, gdy odsuwała ręce, przesuwając je powoli. Nie tylko z chłodu, który przenikał go do szpiku kości, ale także z emocji, które błąkały się w łomoczącym sercu.
Był zszokowany, upodlony we własnych oczach, nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby opisać to, co odczuwał. Zresztą nigdy nie umiał tego robić, prawda? To również okazało się gwoździem do trumny. Powodem, dla którego moment, w którym powinni ze sobą porozmawiać nigdy nie nadszedł. Zaufanie nie zostało zachwiane, nie jego, nie do dzisiejszego popołudnia, po prostu nie umiał tego robić. Rozmawiać.
W pewnym momencie uniósł głowę, by spojrzeć jej w oczy. Jego spojrzenie było pełne zagubienia, przytłoczenia i niewypowiedzianego żalu, które rozmyły się w ciemnościach salonu. Nie wiedział, ile tu siedzieli, ale w dalszym ciągu było ciemno, noc nie mijała, nieprzenikniony woal mroku okrywał pomieszczenie.
Na ułamek sekundy zawahał się, nie wiedząc, czy powinien mówić, czy może lepiej było, gdyby już nie odpowiadał. Zamiast tego znowu opuścił głowę, jego czoło znów oparło się o jej ramię.
Mimo że był w szoku, w jej obecności czuł się trochę bezpieczniej. Zawsze tak było, ta noc nie była inna. Niosła złudzenia.
Oparł się o Geraldine, pozwalając sobie na chwilę słabości, na moment, w którym mógł być po prostu sobą, bez masek i bez udawania. Choć czy tak naprawdę? Milczeli, mowa nie była im potrzebna, jednak cisza niczego nie naprawiała. Wyłącznie odsuwała nieuniknione.
To było nowe, ale jednocześnie znane uczucie. Ta przytłaczająca pustka, którą emanował na nią, mimo że nie chciał tego robić. Mimo tego, że jeszcze chwilę temu usiłował odepchnąć od siebie dziewczynę, by otchłań jej nie pochłonęła. Teraz otaczała ich równie gęsta, co mrok, jakby zawsze tam była, czekając na odpowiedni moment, by się ujawnić.
Siedział w ramionach ukochanej kobiety, która już nie była jego, lecz zachowywała się tak, jakby w tej chwili żadne z nich o tym nie pamiętało. Jakby nadal byli ze sobą blisko. Nie jak sojuszniczka, nie jak przyjaciółka. Jakby nadal była jego, jakby cokolwiek kiedyś mieli, ta siła nadal ich ku sobie pchała.
Starała się wlać w niego odrobinę ciepła. A on jej na to pozwalał, czując intensywny chłód przenikający jego ciało. Jego czoło opierało się o jej ramię, ale sercu Ambroisa panowała pustka, którą nie mogła wypełnić żadna bliskość.
Czuł jak jego ciało reaguje na emocje, które go przytłaczały, na jej obecność, która jednocześnie tak wiele mu dawała i jeszcze więcej odbierała. Nie chciał jej ranić, nie chciał, by mu na to pozwalała, dawała się przytłoczyć, wychłodzić, wciągnąć w coś, czego podświadomie nie chciała.
Palce Ambroisa niekontrolowanie drżały na plecach obejmującej go Riny a usta, choć zaciśnięte, były spuchnięte od przygryzamia. Obejmował ją mocno, niemal tak mocno jak ona go przytulała. Zupełnie tak, jakby to miało pomóc mu nie utonąć w otchłani rozpaczy, ale jednocześnie przecież zdawał sobie sprawę z tego, że to było wyłącznie chwilowe złudzenie. Noc trwała. Zmierzch pochłaniał ich oboje.
Jego serce biło niespokojnie, oddech stawał się coraz bardziej płytki. Każda próba wciągnięcia powietrza była zbyt kosztowna. Brak nadziei ogarnął go jak ciemna toń.
Nie chciał myśleć o tym wszystkim, co się stało, ale wspomnienia nie pytały o pozwolenie. Przeszłość tak nie działała, przychodziła sama. Nie pukała, wdzierała się do mózgu. Myśli samoistnie krążyły wokół wyimaginowanych przyszłości, które nigdy nie miały się spełnić. Nadzieja przepadła. Jej światło nie było dłużej dostrzegalne na horyzoncie.
Wyrzuty sumienia zalewały go falą, której nie potrafił powstrzymać. Czuł, że zawiódł na każdym kroku. Robił to w tej chwili, w jaskini Doppelgangera, w Dolinie Godryka, podczas bójki z Astarothem, wychodząc z mieszkania, wielokrotnie wcześniej. Każda z tych chwil sprowadzała się do tamtego jednego wiosennego poranka, gdy zima odeszła, śniegi stopniały, ale nie dla niego. Jego ogarnął chłód, lodowata toń zaczęła go wciągać. Pochłaniała go, ale nie chciała dać mu całkowicie zatonąć.
Lata temu obiecywał Geraldine przyszłość, teraz ta już nie istniała. Nie pytał, co się działo przez ostatnie lata. Chciał wiedzieć, jednak odruchowo nie chciał zadawać tego pytania. Każda chwila, w której mógł być dla niej wsparciem, przekształcała się w kolejne wspomnienie, które teraz stawało się ciężarem nie do zniesienia. Z każdą myślą o tym, co mogło być, czuł jak jego serce kurczy się w piersi a gorycz w gardle narasta.
Jak miał poddać się temu, co teraz dla niego robiła? Jak mogła chcieć go pocieszać, zdając sobie sprawę z tego, że to nie działało w obie strony? Negował intencje Geraldine, bo nie powinna przekraczać tych granic. Nie, gdy były tam nie bez powodu. Nie, gdy mogła sparzyć się tym chłodem, zranić się czymś, czym nie musiała.
Zamknął oczy, wciągając powietrze, jakby to miało pomóc mu wstrzymać niekontrolowany wybuch emocji. Falę żalu, przytłaczające emocje, poczucie zagubienia. Desperacko pragnął nie czuć się tak zagubiony, nie chciał być tym, kim się stał. Czuł, że to wszystko było tylko iluzją, rzeczywistość z impetem uderzała go w twarz. Każda chwila, w której mógłby być silny, teraz była powodem do wstydu.
W końcu, kiedy emocje zaczęły go przytłaczać, pękł. Łzy, które wcześniej tylko delikatnie spływały mu po policzkach teraz stały się potokiem, który wydobywał się z niego w szlochach. Czuł jak jego ciało zanurza się w falach beznadziei, której się poddawał. jednocześnie. Gryzł wargi, próbując powstrzymać narastającą falę łez, ale im bardziej się starał, tym bardziej tracił nad sobą kontrolę.
Jej ramiona, które nie powinny być schronieniem, już nie, teraz zdawały się być jedynym miejscem, jakie jeszcze istniało. Namiastką ciepła. Czuł się jak dziecko, które zagubiło się w lesie, nie wiedząc jak wrócić do domu. Do niej. Była jego domem. Jedynym, jaki znał przez lata.
Każdy wdech przynosił ulgę i ból jednocześnie. Był zmęczony, cholernie zmęczony walką, ciemnością, która ogarniała świat, trwała tyle miesięcy bez dnia ulgi. Pragnął krzyczeć, wyrazić swój ból, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Jedyną rzeczą, która wydobywała się z jego ust, były ciche dźwięki wewnętrznego rozdarcia, bo choć w dalszym ciągu gryzł wargi, nie był w stanie powstrzymać łkania. Echa przeszłości, zawodzenie wiatru, zima, przejmująca zima.
Nawet nie próbował w to wierzyć. Mieli być ze sobą szczerzy. Nie wierzyła w to, nie brzmiała jak ktoś kto w to wierzył. Przecież się znali. Nie musiała go okłamywać. Nie po tym, co sobie wyrzucili. Nie po tym, że zamiast stanąć tuż obok siebie, korzystając z szansy danej im przez los, wyciągnęli działa.
Wystarczyło, że wszystko, co ze sobą wcześniej budowali było oparte na niewłaściwych podstawach, na dobrych intencjach, złudnych nadziejach - dokładnie tym, czego obiecali sobie nie wpuszczać do swojego życia. Jak doszło do tego, że wciąż to właśnie na tym oparli wszystko, co teraz zawaliło się jak domek z piasku pod naporem fali?
Czuł jak jej ramiona mocno oplatają jego ciało, paląco ciepłe dłonie dotykają skostniałych pleców a palce przesuwają się po zimno-wilgotnej skórze, wywołując dreszcze. Jego ciało drżało, gdy go dotykała. Dygotało, gdy odsuwała ręce, przesuwając je powoli. Nie tylko z chłodu, który przenikał go do szpiku kości, ale także z emocji, które błąkały się w łomoczącym sercu.
Był zszokowany, upodlony we własnych oczach, nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby opisać to, co odczuwał. Zresztą nigdy nie umiał tego robić, prawda? To również okazało się gwoździem do trumny. Powodem, dla którego moment, w którym powinni ze sobą porozmawiać nigdy nie nadszedł. Zaufanie nie zostało zachwiane, nie jego, nie do dzisiejszego popołudnia, po prostu nie umiał tego robić. Rozmawiać.
W pewnym momencie uniósł głowę, by spojrzeć jej w oczy. Jego spojrzenie było pełne zagubienia, przytłoczenia i niewypowiedzianego żalu, które rozmyły się w ciemnościach salonu. Nie wiedział, ile tu siedzieli, ale w dalszym ciągu było ciemno, noc nie mijała, nieprzenikniony woal mroku okrywał pomieszczenie.
Na ułamek sekundy zawahał się, nie wiedząc, czy powinien mówić, czy może lepiej było, gdyby już nie odpowiadał. Zamiast tego znowu opuścił głowę, jego czoło znów oparło się o jej ramię.
Mimo że był w szoku, w jej obecności czuł się trochę bezpieczniej. Zawsze tak było, ta noc nie była inna. Niosła złudzenia.
Oparł się o Geraldine, pozwalając sobie na chwilę słabości, na moment, w którym mógł być po prostu sobą, bez masek i bez udawania. Choć czy tak naprawdę? Milczeli, mowa nie była im potrzebna, jednak cisza niczego nie naprawiała. Wyłącznie odsuwała nieuniknione.
To było nowe, ale jednocześnie znane uczucie. Ta przytłaczająca pustka, którą emanował na nią, mimo że nie chciał tego robić. Mimo tego, że jeszcze chwilę temu usiłował odepchnąć od siebie dziewczynę, by otchłań jej nie pochłonęła. Teraz otaczała ich równie gęsta, co mrok, jakby zawsze tam była, czekając na odpowiedni moment, by się ujawnić.
Siedział w ramionach ukochanej kobiety, która już nie była jego, lecz zachowywała się tak, jakby w tej chwili żadne z nich o tym nie pamiętało. Jakby nadal byli ze sobą blisko. Nie jak sojuszniczka, nie jak przyjaciółka. Jakby nadal była jego, jakby cokolwiek kiedyś mieli, ta siła nadal ich ku sobie pchała.
Starała się wlać w niego odrobinę ciepła. A on jej na to pozwalał, czując intensywny chłód przenikający jego ciało. Jego czoło opierało się o jej ramię, ale sercu Ambroisa panowała pustka, którą nie mogła wypełnić żadna bliskość.
Czuł jak jego ciało reaguje na emocje, które go przytłaczały, na jej obecność, która jednocześnie tak wiele mu dawała i jeszcze więcej odbierała. Nie chciał jej ranić, nie chciał, by mu na to pozwalała, dawała się przytłoczyć, wychłodzić, wciągnąć w coś, czego podświadomie nie chciała.
Palce Ambroisa niekontrolowanie drżały na plecach obejmującej go Riny a usta, choć zaciśnięte, były spuchnięte od przygryzamia. Obejmował ją mocno, niemal tak mocno jak ona go przytulała. Zupełnie tak, jakby to miało pomóc mu nie utonąć w otchłani rozpaczy, ale jednocześnie przecież zdawał sobie sprawę z tego, że to było wyłącznie chwilowe złudzenie. Noc trwała. Zmierzch pochłaniał ich oboje.
Jego serce biło niespokojnie, oddech stawał się coraz bardziej płytki. Każda próba wciągnięcia powietrza była zbyt kosztowna. Brak nadziei ogarnął go jak ciemna toń.
Nie chciał myśleć o tym wszystkim, co się stało, ale wspomnienia nie pytały o pozwolenie. Przeszłość tak nie działała, przychodziła sama. Nie pukała, wdzierała się do mózgu. Myśli samoistnie krążyły wokół wyimaginowanych przyszłości, które nigdy nie miały się spełnić. Nadzieja przepadła. Jej światło nie było dłużej dostrzegalne na horyzoncie.
Wyrzuty sumienia zalewały go falą, której nie potrafił powstrzymać. Czuł, że zawiódł na każdym kroku. Robił to w tej chwili, w jaskini Doppelgangera, w Dolinie Godryka, podczas bójki z Astarothem, wychodząc z mieszkania, wielokrotnie wcześniej. Każda z tych chwil sprowadzała się do tamtego jednego wiosennego poranka, gdy zima odeszła, śniegi stopniały, ale nie dla niego. Jego ogarnął chłód, lodowata toń zaczęła go wciągać. Pochłaniała go, ale nie chciała dać mu całkowicie zatonąć.
Lata temu obiecywał Geraldine przyszłość, teraz ta już nie istniała. Nie pytał, co się działo przez ostatnie lata. Chciał wiedzieć, jednak odruchowo nie chciał zadawać tego pytania. Każda chwila, w której mógł być dla niej wsparciem, przekształcała się w kolejne wspomnienie, które teraz stawało się ciężarem nie do zniesienia. Z każdą myślą o tym, co mogło być, czuł jak jego serce kurczy się w piersi a gorycz w gardle narasta.
Jak miał poddać się temu, co teraz dla niego robiła? Jak mogła chcieć go pocieszać, zdając sobie sprawę z tego, że to nie działało w obie strony? Negował intencje Geraldine, bo nie powinna przekraczać tych granic. Nie, gdy były tam nie bez powodu. Nie, gdy mogła sparzyć się tym chłodem, zranić się czymś, czym nie musiała.
Zamknął oczy, wciągając powietrze, jakby to miało pomóc mu wstrzymać niekontrolowany wybuch emocji. Falę żalu, przytłaczające emocje, poczucie zagubienia. Desperacko pragnął nie czuć się tak zagubiony, nie chciał być tym, kim się stał. Czuł, że to wszystko było tylko iluzją, rzeczywistość z impetem uderzała go w twarz. Każda chwila, w której mógłby być silny, teraz była powodem do wstydu.
W końcu, kiedy emocje zaczęły go przytłaczać, pękł. Łzy, które wcześniej tylko delikatnie spływały mu po policzkach teraz stały się potokiem, który wydobywał się z niego w szlochach. Czuł jak jego ciało zanurza się w falach beznadziei, której się poddawał. jednocześnie. Gryzł wargi, próbując powstrzymać narastającą falę łez, ale im bardziej się starał, tym bardziej tracił nad sobą kontrolę.
Jej ramiona, które nie powinny być schronieniem, już nie, teraz zdawały się być jedynym miejscem, jakie jeszcze istniało. Namiastką ciepła. Czuł się jak dziecko, które zagubiło się w lesie, nie wiedząc jak wrócić do domu. Do niej. Była jego domem. Jedynym, jaki znał przez lata.
Każdy wdech przynosił ulgę i ból jednocześnie. Był zmęczony, cholernie zmęczony walką, ciemnością, która ogarniała świat, trwała tyle miesięcy bez dnia ulgi. Pragnął krzyczeć, wyrazić swój ból, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Jedyną rzeczą, która wydobywała się z jego ust, były ciche dźwięki wewnętrznego rozdarcia, bo choć w dalszym ciągu gryzł wargi, nie był w stanie powstrzymać łkania. Echa przeszłości, zawodzenie wiatru, zima, przejmująca zima.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down