20.12.2024, 15:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.12.2024, 15:11 przez Anthony Shafiq.)
Na moment uniósł w zdziwieniu brwi, – Pojednania? Och nie... może rzeczywiście ta metafora źle wybrzmiała. Myśl o pojednaniu, idealistyczna wizja, w której czarodzieje czystej krwi, półkrwi, ćwierćkrwi, żadnej krwi chodzą razem pod rączkę zbierać kwiaty na wiecznie zielonych niwach życia... to mrzonka. Dobra opowieść, dobre marzenie, ale nie cel możliwy do osiągnięcia. Ludzkość zbudowana jest na konflikcie, na rozwarstwieniu, na delikatnym balansie i kierunku, w którym społeczność jako zbiorowość powinna dążyć, ale nigdy go nie osiągnąć. Oczywistym jest to, że społeczności wzrastają i upadają, a ja po prostu bardzo nie chciałbym, żebyśmy teraz znajdowali się w okresie upadku. – Zwilżył usta winem, a ton jego głosu wskazywał jasno, że jest to jednak jego obawa. – Społeczność kastowa w której żyliśmy do tej pory, którą gruntował odpowiednio zaprojektowany system szkolnictwa, władzy, przepływu dóbr sugerowałby, że to niska klasa powinna wzniecić rewoltę, jak we Francji te dwa wieki temu, a nie kasta uprzywilejowana, która poczuła się obrażona takimi czy innymi posunięciami w Departamentach. Z resztą... cały ten tak zwany Manifest, to populistyczne brednie osoby, której cele wcale nie są nam znane, ale której nie można odmówić skutecznego zagrania na obawach moich i Twoich przyjaciół. – Jego niewesoły uśmiech nie sięgnął oczu. Stal nabrała chłodu, gdy błądził wzrokiem, ześlizgując się po rzeźbie ustawionej w głębi ogrodu, przedstawiającej tonącego mężczyznę zaduszanego przez węża.
– To o czym mówisz, jest zbieżne z moim celem. Uczynić konflikt nieopłacalnym. Kimkolwiek jest mężczyzna każący nazywać się lordem, będzie nikim, bez swoich popleczników, bez finansowania, bez zaopatrzenia. Każda sekta, poza liderem kultu, kręgami wtajemniczenia, potrzebuje tych prozaicznych odnóg, o których niewielu pamięta. Strach, pogarda, pragnienie władzy absolutnej - to proste struny do pociągnięcia, gdy u steru przez tyle lat był Leach. – Westchnął ciężko, milczeniem pomijając fakt, że sam te nuty podsycał onegdaj. Dla własnego zysku, który teraz niestety wybuchał mu w twarz konsekwencjami, których nie był w stanie w tamtych latach przewidzieć. Poczucie winy? Być może to dawna nieodczuwana gorycz wspierała go w kolejnych słowach. W ryzyku, które postanowił podjąć.
– Planuję znaleźć osoby, które myślą podobnie. Którym chce się... rzygać na myśl o trwającym konflikcie, o tym jak Ci idioci wykrwawiają ulice w imię potęgi, którą tracą poniewierając kastą robotniczą. Chciałbym utworzyć coś na kształt syndykatu, w którym każdy z partnerów zachowuje pełnię autonomii w swoich działaniach, a jednak skoro wszystkim przyświeca ten sam cel, w synergii działań i wymianie możliwości, zasobów, kontaktów, wiedzy współpracują aby ten cel osiągnąć. Przejęcie prasy, odcięcie od źródeł utrzymania, bardziej zdecydowane pozyskiwanie dowodów przeciwko osobom, które mogłyby współpracować z noszącymi maski, ale też... hmm... uzbrojenie ulicy. Zadbanie o tych, o których Ministerstwo nie dba. O wodę, która... jak sama zauważyłaś, jest niezbędna do życia, a która może w pewnym momencie zirytować się na tyle, by topić oliwę bez rozróżnienia na tą, która próbowała założyć im kajdany, a która by sobie tego wcale nie życzyła.– Umilkł w końcu, dając jej przestrzeń do przetrawienia czegoś, co było biegunowo odległe od rozmowy, które się podejmowało podczas tego typu wizyt. Oddychał ciężko, chłonąc jednak spokój, pośród przyjemnego wieczoru dogasającego sierpnia. Tak mało czasu... zabierali się za to późno, ale wierzył, tak mocno wierzył, że mogliby być czarnym koniem tego wyścigu.
– To o czym mówisz, jest zbieżne z moim celem. Uczynić konflikt nieopłacalnym. Kimkolwiek jest mężczyzna każący nazywać się lordem, będzie nikim, bez swoich popleczników, bez finansowania, bez zaopatrzenia. Każda sekta, poza liderem kultu, kręgami wtajemniczenia, potrzebuje tych prozaicznych odnóg, o których niewielu pamięta. Strach, pogarda, pragnienie władzy absolutnej - to proste struny do pociągnięcia, gdy u steru przez tyle lat był Leach. – Westchnął ciężko, milczeniem pomijając fakt, że sam te nuty podsycał onegdaj. Dla własnego zysku, który teraz niestety wybuchał mu w twarz konsekwencjami, których nie był w stanie w tamtych latach przewidzieć. Poczucie winy? Być może to dawna nieodczuwana gorycz wspierała go w kolejnych słowach. W ryzyku, które postanowił podjąć.
– Planuję znaleźć osoby, które myślą podobnie. Którym chce się... rzygać na myśl o trwającym konflikcie, o tym jak Ci idioci wykrwawiają ulice w imię potęgi, którą tracą poniewierając kastą robotniczą. Chciałbym utworzyć coś na kształt syndykatu, w którym każdy z partnerów zachowuje pełnię autonomii w swoich działaniach, a jednak skoro wszystkim przyświeca ten sam cel, w synergii działań i wymianie możliwości, zasobów, kontaktów, wiedzy współpracują aby ten cel osiągnąć. Przejęcie prasy, odcięcie od źródeł utrzymania, bardziej zdecydowane pozyskiwanie dowodów przeciwko osobom, które mogłyby współpracować z noszącymi maski, ale też... hmm... uzbrojenie ulicy. Zadbanie o tych, o których Ministerstwo nie dba. O wodę, która... jak sama zauważyłaś, jest niezbędna do życia, a która może w pewnym momencie zirytować się na tyle, by topić oliwę bez rozróżnienia na tą, która próbowała założyć im kajdany, a która by sobie tego wcale nie życzyła.– Umilkł w końcu, dając jej przestrzeń do przetrawienia czegoś, co było biegunowo odległe od rozmowy, które się podejmowało podczas tego typu wizyt. Oddychał ciężko, chłonąc jednak spokój, pośród przyjemnego wieczoru dogasającego sierpnia. Tak mało czasu... zabierali się za to późno, ale wierzył, tak mocno wierzył, że mogliby być czarnym koniem tego wyścigu.