20.12.2024, 15:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.12.2024, 16:38 przez Anthony Shafiq.)
Podniósł zdziwiony wzrok znad książki. Herbata wciąż pozostawała ciepła, w sumie niedawno usiedli, ale Shafiqowi zależało, by dokończyć rozdział, co mógł zrozumieć tylko i wyłącznie ktoś z kim łączyło go coś więcej niż przyjaźń. Połączenie dusz, nie dało się bliżej. Stalowe oczy uciekły do drzwi, a umysł powstrzymał odruch wstania i zajrzenia za nie. Nie był zbyt optymistycznie nastawiony do jasnowidzenia i wróżbiarstwa, chyba, że wychodziło z ust Morpheusa. Dopiero kolejne słowa przywołały rozluźniony, kpiący uśmieszek, lekko tylko doprawiony irytacją.
– Somnia błagam Cię, jeszcze jedno słowo i będę spontanicznie zdejmować barierę oklumencką tylko po to, żeby patrzeć jak próbujesz płukać sobie oczy!– warknął zaczepnie w jego kierunku. To on przez cały wyjazd do Egiptu pilnował się, żeby nawet nie dotknąć Erika więcej niż pozwalał mu na to dyplomatyczny protokół, a ten mu będzie punktować niestosowne zachowania w apartamencie? Poza tym, ze wszystkich miejsc, Shafiq wolał jednak spotykać się z młodszym kochankiem gdzie indziej, mając pewność, że runy wyciszające spełnią swoją funkcję. Zbyt wiele ograniczeń towarzyszyło mu w ekspresji swoich uczuć na co dzień, by poddawać się ograniczeniom w kradzionej intymności.
W końcu jednak otworzył drzwi i wraz ze słowami Scarlett, od razu zagrzmiał, wzrokiem przeskakując od Theodora do Scarlett, od Scarlett do Theodora.
– Morpheus! Potrzebuję Cię tutaj, natychmiast! – patrzył na nich, ale lekko obrócił głowę, by krzyczeć za siebie. Jego głos był napięty, ale zdecydowany, jak wtedy w sadzie u Abbottów, gdy zarządzał ewakuacją cywili podczas ataku monstrualnej rośliny. Pospiesznie też ustąpił młodym miejsca, wpuszczając ich do perfekcyjnie białego salonu. Ruchomy wieszak stojący przy wejściu skłonił się po płaszcze i okrycia głowy, ale odgonił go jak muchę.
– Gdzieś mam zapas wiggenowego. Zaraz wezwę lekarza. Morpheus w gościnnej są ręczniki, nie krępuj się ich użyć. Nie mam ubrań, ale szlafroki są do dyspozycji. – Zamknął drzwi wejściowe, pozostawiając pytanie o to skąd ta dwójka się zna i co się stało. Trzeba było upewnić się, że ich stan był stabilny. Mogli chodzić o własnych siłach ale... czy stali się celem ataku? Nad Theodorem wisiało jego dziedzictwo, ale Scarlett? Odsunął domysły, trzeba było działać. Zamaszystym gestem otworzył łazienkę - czarną w złote pasy, w której poza umywalką i toaletą znajdowały się kolejne drzwi prowadzące do niewielkiego prysznica. Pod zlewem ułożone były perfekcyjnie jednakowe białe ręczniki. – Ide po eliksiry, usiądźcie – zakomenderował znikając w korytarzu prowadzącym do dalszych pokoi apartamentu. Chwilę potem tuż obok nich przeszybował czarny kruk, który w swoich szponach trzymał niewielką notę. Nie było czasu jednak mu się przyglądać, gdy wyleciał przez otwarte okno dużego pokoju.
– Somnia błagam Cię, jeszcze jedno słowo i będę spontanicznie zdejmować barierę oklumencką tylko po to, żeby patrzeć jak próbujesz płukać sobie oczy!– warknął zaczepnie w jego kierunku. To on przez cały wyjazd do Egiptu pilnował się, żeby nawet nie dotknąć Erika więcej niż pozwalał mu na to dyplomatyczny protokół, a ten mu będzie punktować niestosowne zachowania w apartamencie? Poza tym, ze wszystkich miejsc, Shafiq wolał jednak spotykać się z młodszym kochankiem gdzie indziej, mając pewność, że runy wyciszające spełnią swoją funkcję. Zbyt wiele ograniczeń towarzyszyło mu w ekspresji swoich uczuć na co dzień, by poddawać się ograniczeniom w kradzionej intymności.
W końcu jednak otworzył drzwi i wraz ze słowami Scarlett, od razu zagrzmiał, wzrokiem przeskakując od Theodora do Scarlett, od Scarlett do Theodora.
– Morpheus! Potrzebuję Cię tutaj, natychmiast! – patrzył na nich, ale lekko obrócił głowę, by krzyczeć za siebie. Jego głos był napięty, ale zdecydowany, jak wtedy w sadzie u Abbottów, gdy zarządzał ewakuacją cywili podczas ataku monstrualnej rośliny. Pospiesznie też ustąpił młodym miejsca, wpuszczając ich do perfekcyjnie białego salonu. Ruchomy wieszak stojący przy wejściu skłonił się po płaszcze i okrycia głowy, ale odgonił go jak muchę.
– Gdzieś mam zapas wiggenowego. Zaraz wezwę lekarza. Morpheus w gościnnej są ręczniki, nie krępuj się ich użyć. Nie mam ubrań, ale szlafroki są do dyspozycji. – Zamknął drzwi wejściowe, pozostawiając pytanie o to skąd ta dwójka się zna i co się stało. Trzeba było upewnić się, że ich stan był stabilny. Mogli chodzić o własnych siłach ale... czy stali się celem ataku? Nad Theodorem wisiało jego dziedzictwo, ale Scarlett? Odsunął domysły, trzeba było działać. Zamaszystym gestem otworzył łazienkę - czarną w złote pasy, w której poza umywalką i toaletą znajdowały się kolejne drzwi prowadzące do niewielkiego prysznica. Pod zlewem ułożone były perfekcyjnie jednakowe białe ręczniki. – Ide po eliksiry, usiądźcie – zakomenderował znikając w korytarzu prowadzącym do dalszych pokoi apartamentu. Chwilę potem tuż obok nich przeszybował czarny kruk, który w swoich szponach trzymał niewielką notę. Nie było czasu jednak mu się przyglądać, gdy wyleciał przez otwarte okno dużego pokoju.