20.12.2024, 17:17 ✶
- Będzie ci przeszkadzać - nie zawahał się przed podważeniem jej słów, uśmiechając się szerzej i szerzej, naprawdę szeroko, z satysfakcją. - Będzie ci cholernie przeszkadzać, bo masz już swoje wyobrażenia i w tych wyobrażeniach - urwał znacząco, posyłając jej wymowne spojrzenie spod uniesionych brwi.
Czy musiał mówić coś więcej? Nie sądził. To było w tym najlepsze. Nawet w najśmielszych założeniach, które były naprawdę odważne, nie przewidziałby jak łatwo może im przyjść łączenie tego, co mieli od miesięcy z tym, czego tak właściwie oczekiwali od siebie nawzajem. Tego lekkiego, uszczypliwego, wodzącego za nos tonu głosu i słów, o które nie pokusiłby się jeszcze kilka godzin wcześniej, idiotycznie obawiając się, że mógł tym coś popsuć.
- Wydawało mi się, że niespecjalnie za nimi przepadasz - zmrużył oczy, przypatrując się Geraldine, aby wyczytać z jej twarzy coś, co mogłoby podważyć jej wypowiedź.
Nie. Mimo tego, że oboje należeli do impulsywnych ludzi łatwo ulegających chwili, Ambroise raczej miał stosunkowo wyrobione zdanie o tym jak jego dziewczyna reagowała na niespodzianki. Być może po prostu nie był w nich najlepszy, zresztą teraz mieli sobie znacznie więcej do zaoferowania niż wtedy, kiedy musieli się powstrzymywać, ale raczej nie dopuszczał do siebie tej możliwości. Musiał uważać, żeby nie rozjuszyć swojej wampirzycy, nie?
- Nie musiałem - stwierdził gładko. - Spędzamy ze sobą tyle czasu, że już mnie przed tobą ostrzegali - może nie wprost, bo chyba nikt nie miał ochoty oglądać jego reakcji na mówienie mu wprost o czymś, co zdecydowanie skwitowałby w bardzo dosadny sposób, ale raz czy dwa, ewentualnie dwadzieścia dwa rzeczywiście dotarły do niego jakieś sugestie.
Co śmieszniejsze nie wątpił, że to musiało również działać w drugą stronę. Opinia publiczna raczej nie działała zbyt logicznie. Łatwo opiniowała, wydawała osądy i rzucała nimi na prawo i na lewo. A on przecież też nie był dla nich krystalicznie czysty. Z pewnością co nieco usłyszała.
- Co najmniej cztery, ale mam trochę litości - machnął ręką, całkowicie świadomie dając Yaxleyównie do zrozumienia coś, co nie było aż takie dalekie od prawdy.
Gdyby się uparł, zapewne byłby w stanie wyciągnąć znacznie więcej z tego wszystkiego, co do tej pory usłyszał. Był jednak całkowicie świadomy tego, że ona również miała całkiem spore pole do popisu. Z powodzeniem mogła odbić te wszystkie słowa, nie musiała nawet sięgać zbyt daleko.
Krążyły o nich względnie podobne plotki, tyle tylko, że dla niego towarzystwo miało odrobinę więcej uznania. Czemu? Cholera wiedziała. Nie pytał, nie drążył, bo ta pozycja całkiem mu odpowiadała. Jak do tej pory raczej korzystał na swojej renomie. Działała jak magnes. Przyciągała do niego kobiety pełne chęci zmiany jego nastawienia, nie je odpychała.
To zapewne miało się zmienić. Nie tylko w wiadomym zakresie, bo to już się stało. Od wielu miesięcy nie czuł potrzeby rozglądania się za kimkolwiek. Nie, gdy jego pragnienia dotyczyły jednej konkretnej osoby, nikogo więcej. Raczej w innym sensie. Tak właściwie to był naprawdę ciekawy opinii, jaka miała o nich krążyć.
- Pięć - poprawił się, kiwając głową z pełną powagą, choć praktycznie od razu przygryzł wargę, odwracając wzrok na ścianę, żeby powstrzymać uśmiech.
Nie zamierzał dać się tak łatwo odtrącić. Nie, gdy posmakował jej ust, zatapiając się w miękkości ciała, w zapachu włosów, w oddechu i w tym wszystkim, czym tak bardzo go do siebie przyciągała. Nikt inny nie potrafił robić z nim czegoś takiego, nikt tak na niego nie działał. Wampiryzm czy nie, nie był jedynym z tych frajerów, nie miał zamiaru się od niej oddalać, mogła mieć całkowitą jasność w tym zakresie.
To, że ona również tego nie planowała wyłącznie ułatwiało im całą sprawę. Nie oznaczało, że nie zamierzał się starać, aby ta idylla trwała. Oczywiście, że miał taki zamiar, zasługiwała na wszystko, co chciał, by miała. A kiedy już coś sobie założył, raczej dążył do tego, żeby to spełnić.
- Dzięki? - Nawet nie mrugnął, posyłając szeroki uśmiech w jej stronę,
Nie musiał jej mówić, że w tym momencie miał zamiar zapamiętać te słowa, wyciągając je w najbardziej właściwych momentach. Mieli to w zwyczaju, prawda? Sprawiało mu to wręcz niezdrową satysfakcję, gdy mógł odnosić się do tych wszystkich pochopnie rzuconych komentarzy o najlepszej partii, więc i w tym wypadku nie mogło być inaczej.
Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej niż później miała mu wytknąć upór, zaciętość czy nazwać go osłem jak zrobiła to nawet tego dnia z rana. Wtedy zdecydowanie zamierzał przypomnieć jej, że przecież jakiś czas wcześniej określiła to pewnością siebie, która w tym momencie tak bardzo jej odpowiadała.
Tak. To, że przenieśli swoją relację na zupełnie inny wymiar nie oznaczało, że mieli dawać sobie jakąkolwiek taryfę ulgową. Nie wątpił, że Geraldine również nie zamierzała oszczędzać go w jakikolwiek sposób. Znali się. Doskonale wiedział, w co się angażował, w co ona świadomie wchodziła.
To nie była standardowa relacja. Nie, gdy tak właściwie od miesięcy balansowali na pograniczu przyjaźni i tego niezręcznego stanu o krok od pęknięcia, zatarcia wszelkich granic, zostania na noc z opcją czegoś więcej niż wspólnego śniadania.
- Mhm - odmruknął z przekąsem, wciągając powietrze w płuca i uśmiechając się bez przekonania, nieco ironicznie. - Powiedzmy, że wezmę to na siebie i swoje starania a nie na to, że ułatwiałaś mi sprawę, zwiewając od mojego spojrzenia - nie, żeby sam tego nie robił.
To również wydawało się teraz odrobinę godne pożałowania. Nie potrzebowali aż tak bardzo się kryć, kiedy na siebie nie patrzyli. Kątem oka nie dało się wszystkiego dostrzec, takie starania były z góry skazane na porażkę, co było jednocześnie bardzo wygodne w kontekście krycia fizycznych reakcji, jak i po prostu śmieszne. Nieco dziecinne i niedojrzałe.
Nie dało się ukryć, że w kwestii ukrywania nie mieli sobie równych, gdy ta druga strona też skupiała się głównie na tym samym. Mieli te same reakcje, te same oczekiwania. Niemalże identyczne techniki. Całe szczęście teraz już bez konieczności praktykowania.
Na dożywocie?
Sam nie wiedział, czemu użył właśnie tego określenia, bo przecież nie odbiegali aż tak bardzo w planach, ale rzeczywiście wydawało się to właściwe. Nie tydzień, nie miesiąc, nie kilka tygodni. Lata, dekady. Był w stanie to sobie wyobrazić. Właśnie to, nic innego.
- A więc mamy jasność - stwierdził bez zawahania, kwitując to kiwnięciem głowy.
Wolność i niezależność brzmiała doskonale, jednak to, o czym teraz mimochodem wspominali wcale nie brzmiało jak coś, co miałoby ich ograniczyć. Znali się, swoje nawyki i przyzwyczajenia. Zmieniali je przez miesiące, nawet nie do końca sobie to uświadamiając. To było coś naturalnego, niewymuszonego, stałe trwający proces dostosowywania się do nowych warunków i okoliczności.
Chciał, żeby była w jego życiu, by nigdy nie wątpiła w swoje miejsce w nim, bo w tym momencie nie wyobrażał sobie innego życia niż to, które tworzyli. Stąd wynikały te wszystkie opory, nie z obawy przed zmianą. Skoro odwzajemniali swoje pragnienia, to miało wystarczyć. Cała reszta nie była taka istotna, szczególnie w tych różowych okularach.
- Jak zawsze - parsknął cicho, kręcąc głową.
No, oczywiście, że tu także wystarczyło tylko słowo. Miał wrażenie, że we wszystkim, co ostatnio robili (a właściwie: czego nie robili w wyniku dziwnego zaniechania) wystarczyły wyłącznie krótkie słowa. Tyle tylko, że nie byli zbyt wybitni w tym zakresie. Zarówno on, jak i ona. Ewidentnie nie mogła mu tego wytykać, nawet jeśli chciała.
- Touché czy coś - machnął wolną ręką, drugą w dalszym ciągu opierając na jej biodrze, nie planował się teraz odsuwać. - Nie róbmy z tego powracającego motywu. To trochę żenada - nawet, jeżeli nie planował dołączania do żadnego klubu, tym bardziej nie łowieckiego, zdecydowanie miał co innego na myśli.
I pomimo żartów, potrzebowali to sobie wyklarować, by w przyszłości uniknąć dalszego miotania się w czymś, co mogło zostać wyjaśnione w przeciągu kilku chwil.
Gdy wszystko stało się tak jasne, że aż wręcz banalne, pewne aspekty ich dotychczasowej relacji stały się absurdalnie zabawne. Może trochę podszyte pewną ironią, lecz w największej mierze po prostu śmieszne. Bowiem im bardziej mogliby się w to zagłębiać, tym jaśniejsze mogłyby być te wszystkie rzeczy, które wcześniej pokrętnie interpretowali jako niejasne sygnały.
Jacy przyjaciele spędzali ze sobą większość czasu wolnego? Szczególnie nie będąc dziećmi czy nastolatkami a dwojgiem dorosłych ludzi prowadzących w teorii osobne życia? Którzy koledzy tak często dostawaliby u siebie na noc? Kupowaliby sobie prezenty bez okazji, przychodziliby z kwiatami tak jak to parokrotnie instynktownie zrobił? Zabiegaliby o każdy uśmiech, kontakt wzrokowy, niezobowiązujący acz naprawdę wiele znaczący pretekst, by dotknąć się nawzajem?
Byli tak dobrymi przyjaciółmi, że aż beznadziejnymi.
- Strumykonogi? - Odbił piłeczkę, patrząc na Geraldine z ukosa.
Mogli tak do końca dnia. Może nie był ekspertem od stworzeń, ale całkiem nieźle znał się na akwenach wodnych. Przynajmniej na tym, co rosło w ich bezpośrednim otoczeniu czy w wodzie, bo to, co tam pływało lub dreptało - to już nie była jego bajka. Zdecydowanie.
Zresztą nawet nie próbował ukrywać, że miało go to kiedykolwiek fascynować. Szczególnie nie po wydarzeniach mających miejsce kilka miesięcy wcześniej w Snowdonii. Do tej pory zdarzało mu się myśleć o tym w kontekście czegoś odpychającego. Magiczne stworzenia nie miały mieć jego uwagi.
Starał się zatem unikać weryfikowania tego, czy jakieś tam magiczne stawonogi były warte oderwania się od wspólnego weekendu i obserwowania, zdecydowanie skupiając się na pozytywnych aspektach tego jak obecnie wyglądała ich rzeczywistość. Bez powrotu do tamtego roku, który oboje instynktownie wymazywali, jakby nigdy nie istniał.
- W razie czego powiesz jej, że spełniła swoją rolę - dodał bez wahania, chwilowo raczej woląc nie zagłębiać się zbytnio w kwestie poinformowania kogokolwiek o tym, że jakiekolwiek przesadnie wyzywające sukienki nie były już w żaden sposób konieczne.
Tak właściwie to zdecydowanie bardziej podobała mu się tamta z balu maskowego, choć nie odsłaniała aż tyle, co ta, której mieli okazję wspólnie się pozbyć. Nie zamierzał dyktować swojej dziewczynie, co powinna nosić na te wszystkie kolejne wydarzenia towarzyskie, rzecz jasna, jednak naprawdę nie było potrzeby, by stara wiedźma nadal usiłowała maczać palce w znalezieniu Geraldine kawalera.
Plan został wykonany, polowanie można było uznać za udane, partia się znalazła, została znaleziona drogą wspólnego przyciągania, więc sprawa mogła zostać zamknięta. Założenia były zrealizowane. Z pewnością musieli dopilnować konwenansów, aby mieć z nimi spokój, jednak tego dnia nie musieli się tym przejmować.
Przynajmniej był tego zdania, choć dosyć nieoczekiwanie wymknęli się z przyjęcia. Ani przez moment nie zastanawiał się przy tym, co miała sobie pomyśleć jego oficjalna towarzyszka. Prawdę mówiąc to był pierwszy moment, kiedy coś takiego przeszło przez myśli Greengrassa, który parsknął cicho pod nosem, nie ukrywając nagłego rozbawienia.
Mimo to nie skomentował tego faktu. Jedynie uśmiechnął się do siebie, składając ostatni pocałunek na włosach Geraldine i puszczając ją wreszcie, by mogła dokończyć pakowanie.
- W razie czego dokupimy, co będzie potrzebne - stwierdził, patrząc na nią bez większego przejęcia możliwością tego, że czegoś nie zabrała.
Nawet nie spojrzał bliżej na zawartość jej plecaka, jedynie rzucił okiem w tamtym kierunku. Nie znał się na temacie damskich fatałaszków. Prawdę mówiąc nie wydawało mu się konieczne, aby pakowała się w jakiś szerszy sposób, skoro i tak planowali spędzić większość czasu bez konieczności ubierania.
- Spadamy stąd? - Stwierdził zatem bez dalszego zawahania, odruchowo wyciągając rękę po plecak, żeby przerzucić go sobie przez ramię.
Lepiej, żeby się do tego przyzwyczajała. To też była jego nowa rola, instynktownie ją przyjmował.
Czy musiał mówić coś więcej? Nie sądził. To było w tym najlepsze. Nawet w najśmielszych założeniach, które były naprawdę odważne, nie przewidziałby jak łatwo może im przyjść łączenie tego, co mieli od miesięcy z tym, czego tak właściwie oczekiwali od siebie nawzajem. Tego lekkiego, uszczypliwego, wodzącego za nos tonu głosu i słów, o które nie pokusiłby się jeszcze kilka godzin wcześniej, idiotycznie obawiając się, że mógł tym coś popsuć.
- Wydawało mi się, że niespecjalnie za nimi przepadasz - zmrużył oczy, przypatrując się Geraldine, aby wyczytać z jej twarzy coś, co mogłoby podważyć jej wypowiedź.
Nie. Mimo tego, że oboje należeli do impulsywnych ludzi łatwo ulegających chwili, Ambroise raczej miał stosunkowo wyrobione zdanie o tym jak jego dziewczyna reagowała na niespodzianki. Być może po prostu nie był w nich najlepszy, zresztą teraz mieli sobie znacznie więcej do zaoferowania niż wtedy, kiedy musieli się powstrzymywać, ale raczej nie dopuszczał do siebie tej możliwości. Musiał uważać, żeby nie rozjuszyć swojej wampirzycy, nie?
- Nie musiałem - stwierdził gładko. - Spędzamy ze sobą tyle czasu, że już mnie przed tobą ostrzegali - może nie wprost, bo chyba nikt nie miał ochoty oglądać jego reakcji na mówienie mu wprost o czymś, co zdecydowanie skwitowałby w bardzo dosadny sposób, ale raz czy dwa, ewentualnie dwadzieścia dwa rzeczywiście dotarły do niego jakieś sugestie.
Co śmieszniejsze nie wątpił, że to musiało również działać w drugą stronę. Opinia publiczna raczej nie działała zbyt logicznie. Łatwo opiniowała, wydawała osądy i rzucała nimi na prawo i na lewo. A on przecież też nie był dla nich krystalicznie czysty. Z pewnością co nieco usłyszała.
- Co najmniej cztery, ale mam trochę litości - machnął ręką, całkowicie świadomie dając Yaxleyównie do zrozumienia coś, co nie było aż takie dalekie od prawdy.
Gdyby się uparł, zapewne byłby w stanie wyciągnąć znacznie więcej z tego wszystkiego, co do tej pory usłyszał. Był jednak całkowicie świadomy tego, że ona również miała całkiem spore pole do popisu. Z powodzeniem mogła odbić te wszystkie słowa, nie musiała nawet sięgać zbyt daleko.
Krążyły o nich względnie podobne plotki, tyle tylko, że dla niego towarzystwo miało odrobinę więcej uznania. Czemu? Cholera wiedziała. Nie pytał, nie drążył, bo ta pozycja całkiem mu odpowiadała. Jak do tej pory raczej korzystał na swojej renomie. Działała jak magnes. Przyciągała do niego kobiety pełne chęci zmiany jego nastawienia, nie je odpychała.
To zapewne miało się zmienić. Nie tylko w wiadomym zakresie, bo to już się stało. Od wielu miesięcy nie czuł potrzeby rozglądania się za kimkolwiek. Nie, gdy jego pragnienia dotyczyły jednej konkretnej osoby, nikogo więcej. Raczej w innym sensie. Tak właściwie to był naprawdę ciekawy opinii, jaka miała o nich krążyć.
- Pięć - poprawił się, kiwając głową z pełną powagą, choć praktycznie od razu przygryzł wargę, odwracając wzrok na ścianę, żeby powstrzymać uśmiech.
Nie zamierzał dać się tak łatwo odtrącić. Nie, gdy posmakował jej ust, zatapiając się w miękkości ciała, w zapachu włosów, w oddechu i w tym wszystkim, czym tak bardzo go do siebie przyciągała. Nikt inny nie potrafił robić z nim czegoś takiego, nikt tak na niego nie działał. Wampiryzm czy nie, nie był jedynym z tych frajerów, nie miał zamiaru się od niej oddalać, mogła mieć całkowitą jasność w tym zakresie.
To, że ona również tego nie planowała wyłącznie ułatwiało im całą sprawę. Nie oznaczało, że nie zamierzał się starać, aby ta idylla trwała. Oczywiście, że miał taki zamiar, zasługiwała na wszystko, co chciał, by miała. A kiedy już coś sobie założył, raczej dążył do tego, żeby to spełnić.
- Dzięki? - Nawet nie mrugnął, posyłając szeroki uśmiech w jej stronę,
Nie musiał jej mówić, że w tym momencie miał zamiar zapamiętać te słowa, wyciągając je w najbardziej właściwych momentach. Mieli to w zwyczaju, prawda? Sprawiało mu to wręcz niezdrową satysfakcję, gdy mógł odnosić się do tych wszystkich pochopnie rzuconych komentarzy o najlepszej partii, więc i w tym wypadku nie mogło być inaczej.
Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej niż później miała mu wytknąć upór, zaciętość czy nazwać go osłem jak zrobiła to nawet tego dnia z rana. Wtedy zdecydowanie zamierzał przypomnieć jej, że przecież jakiś czas wcześniej określiła to pewnością siebie, która w tym momencie tak bardzo jej odpowiadała.
Tak. To, że przenieśli swoją relację na zupełnie inny wymiar nie oznaczało, że mieli dawać sobie jakąkolwiek taryfę ulgową. Nie wątpił, że Geraldine również nie zamierzała oszczędzać go w jakikolwiek sposób. Znali się. Doskonale wiedział, w co się angażował, w co ona świadomie wchodziła.
To nie była standardowa relacja. Nie, gdy tak właściwie od miesięcy balansowali na pograniczu przyjaźni i tego niezręcznego stanu o krok od pęknięcia, zatarcia wszelkich granic, zostania na noc z opcją czegoś więcej niż wspólnego śniadania.
- Mhm - odmruknął z przekąsem, wciągając powietrze w płuca i uśmiechając się bez przekonania, nieco ironicznie. - Powiedzmy, że wezmę to na siebie i swoje starania a nie na to, że ułatwiałaś mi sprawę, zwiewając od mojego spojrzenia - nie, żeby sam tego nie robił.
To również wydawało się teraz odrobinę godne pożałowania. Nie potrzebowali aż tak bardzo się kryć, kiedy na siebie nie patrzyli. Kątem oka nie dało się wszystkiego dostrzec, takie starania były z góry skazane na porażkę, co było jednocześnie bardzo wygodne w kontekście krycia fizycznych reakcji, jak i po prostu śmieszne. Nieco dziecinne i niedojrzałe.
Nie dało się ukryć, że w kwestii ukrywania nie mieli sobie równych, gdy ta druga strona też skupiała się głównie na tym samym. Mieli te same reakcje, te same oczekiwania. Niemalże identyczne techniki. Całe szczęście teraz już bez konieczności praktykowania.
Na dożywocie?
Sam nie wiedział, czemu użył właśnie tego określenia, bo przecież nie odbiegali aż tak bardzo w planach, ale rzeczywiście wydawało się to właściwe. Nie tydzień, nie miesiąc, nie kilka tygodni. Lata, dekady. Był w stanie to sobie wyobrazić. Właśnie to, nic innego.
- A więc mamy jasność - stwierdził bez zawahania, kwitując to kiwnięciem głowy.
Wolność i niezależność brzmiała doskonale, jednak to, o czym teraz mimochodem wspominali wcale nie brzmiało jak coś, co miałoby ich ograniczyć. Znali się, swoje nawyki i przyzwyczajenia. Zmieniali je przez miesiące, nawet nie do końca sobie to uświadamiając. To było coś naturalnego, niewymuszonego, stałe trwający proces dostosowywania się do nowych warunków i okoliczności.
Chciał, żeby była w jego życiu, by nigdy nie wątpiła w swoje miejsce w nim, bo w tym momencie nie wyobrażał sobie innego życia niż to, które tworzyli. Stąd wynikały te wszystkie opory, nie z obawy przed zmianą. Skoro odwzajemniali swoje pragnienia, to miało wystarczyć. Cała reszta nie była taka istotna, szczególnie w tych różowych okularach.
- Jak zawsze - parsknął cicho, kręcąc głową.
No, oczywiście, że tu także wystarczyło tylko słowo. Miał wrażenie, że we wszystkim, co ostatnio robili (a właściwie: czego nie robili w wyniku dziwnego zaniechania) wystarczyły wyłącznie krótkie słowa. Tyle tylko, że nie byli zbyt wybitni w tym zakresie. Zarówno on, jak i ona. Ewidentnie nie mogła mu tego wytykać, nawet jeśli chciała.
- Touché czy coś - machnął wolną ręką, drugą w dalszym ciągu opierając na jej biodrze, nie planował się teraz odsuwać. - Nie róbmy z tego powracającego motywu. To trochę żenada - nawet, jeżeli nie planował dołączania do żadnego klubu, tym bardziej nie łowieckiego, zdecydowanie miał co innego na myśli.
I pomimo żartów, potrzebowali to sobie wyklarować, by w przyszłości uniknąć dalszego miotania się w czymś, co mogło zostać wyjaśnione w przeciągu kilku chwil.
Gdy wszystko stało się tak jasne, że aż wręcz banalne, pewne aspekty ich dotychczasowej relacji stały się absurdalnie zabawne. Może trochę podszyte pewną ironią, lecz w największej mierze po prostu śmieszne. Bowiem im bardziej mogliby się w to zagłębiać, tym jaśniejsze mogłyby być te wszystkie rzeczy, które wcześniej pokrętnie interpretowali jako niejasne sygnały.
Jacy przyjaciele spędzali ze sobą większość czasu wolnego? Szczególnie nie będąc dziećmi czy nastolatkami a dwojgiem dorosłych ludzi prowadzących w teorii osobne życia? Którzy koledzy tak często dostawaliby u siebie na noc? Kupowaliby sobie prezenty bez okazji, przychodziliby z kwiatami tak jak to parokrotnie instynktownie zrobił? Zabiegaliby o każdy uśmiech, kontakt wzrokowy, niezobowiązujący acz naprawdę wiele znaczący pretekst, by dotknąć się nawzajem?
Byli tak dobrymi przyjaciółmi, że aż beznadziejnymi.
- Strumykonogi? - Odbił piłeczkę, patrząc na Geraldine z ukosa.
Mogli tak do końca dnia. Może nie był ekspertem od stworzeń, ale całkiem nieźle znał się na akwenach wodnych. Przynajmniej na tym, co rosło w ich bezpośrednim otoczeniu czy w wodzie, bo to, co tam pływało lub dreptało - to już nie była jego bajka. Zdecydowanie.
Zresztą nawet nie próbował ukrywać, że miało go to kiedykolwiek fascynować. Szczególnie nie po wydarzeniach mających miejsce kilka miesięcy wcześniej w Snowdonii. Do tej pory zdarzało mu się myśleć o tym w kontekście czegoś odpychającego. Magiczne stworzenia nie miały mieć jego uwagi.
Starał się zatem unikać weryfikowania tego, czy jakieś tam magiczne stawonogi były warte oderwania się od wspólnego weekendu i obserwowania, zdecydowanie skupiając się na pozytywnych aspektach tego jak obecnie wyglądała ich rzeczywistość. Bez powrotu do tamtego roku, który oboje instynktownie wymazywali, jakby nigdy nie istniał.
- W razie czego powiesz jej, że spełniła swoją rolę - dodał bez wahania, chwilowo raczej woląc nie zagłębiać się zbytnio w kwestie poinformowania kogokolwiek o tym, że jakiekolwiek przesadnie wyzywające sukienki nie były już w żaden sposób konieczne.
Tak właściwie to zdecydowanie bardziej podobała mu się tamta z balu maskowego, choć nie odsłaniała aż tyle, co ta, której mieli okazję wspólnie się pozbyć. Nie zamierzał dyktować swojej dziewczynie, co powinna nosić na te wszystkie kolejne wydarzenia towarzyskie, rzecz jasna, jednak naprawdę nie było potrzeby, by stara wiedźma nadal usiłowała maczać palce w znalezieniu Geraldine kawalera.
Plan został wykonany, polowanie można było uznać za udane, partia się znalazła, została znaleziona drogą wspólnego przyciągania, więc sprawa mogła zostać zamknięta. Założenia były zrealizowane. Z pewnością musieli dopilnować konwenansów, aby mieć z nimi spokój, jednak tego dnia nie musieli się tym przejmować.
Przynajmniej był tego zdania, choć dosyć nieoczekiwanie wymknęli się z przyjęcia. Ani przez moment nie zastanawiał się przy tym, co miała sobie pomyśleć jego oficjalna towarzyszka. Prawdę mówiąc to był pierwszy moment, kiedy coś takiego przeszło przez myśli Greengrassa, który parsknął cicho pod nosem, nie ukrywając nagłego rozbawienia.
Mimo to nie skomentował tego faktu. Jedynie uśmiechnął się do siebie, składając ostatni pocałunek na włosach Geraldine i puszczając ją wreszcie, by mogła dokończyć pakowanie.
- W razie czego dokupimy, co będzie potrzebne - stwierdził, patrząc na nią bez większego przejęcia możliwością tego, że czegoś nie zabrała.
Nawet nie spojrzał bliżej na zawartość jej plecaka, jedynie rzucił okiem w tamtym kierunku. Nie znał się na temacie damskich fatałaszków. Prawdę mówiąc nie wydawało mu się konieczne, aby pakowała się w jakiś szerszy sposób, skoro i tak planowali spędzić większość czasu bez konieczności ubierania.
- Spadamy stąd? - Stwierdził zatem bez dalszego zawahania, odruchowo wyciągając rękę po plecak, żeby przerzucić go sobie przez ramię.
Lepiej, żeby się do tego przyzwyczajała. To też była jego nowa rola, instynktownie ją przyjmował.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down