21.12.2024, 02:25 ✶
Życie w Hogwarcie nie było zbyt łatwe.
Szczególnie jeśli miało się piętnaście lat, spało się w podziemiach szkoły pod wężowym patronatem i codziennie rano zajmowało się wspólną łazienkę na co najmniej dwadzieścia pięć minut.
A już tym bardziej, jeśli zamiast błękitnej, mieniącej się srebrnymi drobinkami, czystej krwi w żyłach przelewał się szlam. Całe połacie brudnej, śmierdzącej juchy, którą dało się rozpoznać już z drugiego końca korytarza. Zawsze należało zaznaczyć to kilkoma głośnymi okrzykami w kwiecistym stylu, bo inaczej to tobie koledzy wrzuciliby ropuchę do łóżka albo ukradli buty i zawiesili je na gzymsie, tuż za oknem sali Wróżbiarstwa.
Bo co? Boisz się? Zwykłej szlamy?
No, cóż, takie stanowisko mogli mieć rówieśnicy Tessy tylko i wyłącznie w pierwszej albo drugiej klasie, bo tuż po tym młoda czarownica wyrobiła sobie bardzo… mocną opinię. A przynajmniej jej prawy sierpowy, którym zawsze celowała w czyjś łuk brwiowy albo szczękę, mógł uchodzić za coś kurewsko potężnego. Bo może i nie miała zbyt dużej siły, ale w takim sytuacjach zazwyczaj liczyła się chwila zaskoczenia i odpowiedni pęd. Wystarczyło zwyczajnie…
— Skamander, zluzuj trochę wiąz w miotle, bo Cię zaraz na ławce usadzę!
Piątoroczna Ślizgonka zatrzymała się gwałtownie w trakcie lotu, przejeżdżając tuż-tuż nad głowami kolegów z Gryffindoru, który zaraz pożegnali ją wymachiwaniem pięści. Nie obyło się również bez typowego dla Lwów buczenia, kiedy mieli styczność z kimkolwiek z jej domu.
Dziewczyna podleciała kawałek do przodu i odgarnęła loki, lecące jej do oczu.
— No przecież staram się złapać ten pieprzony znicz! — odkrzyknęła nauczycielowi Miotlarstwa, wychylając się niebezpiecznie do przodu. Zamachnęła się na belfra z wyraźną złością, bo czepiał się jej tego popołudnia jak kolczasty krzak psiej dupy. To za wolno, to zbyt szurała wiązkami miotły po murawie, to za blisko trybun. Sranie w banie, jakby to powiedział jej nowy kumpel — Longbottom, którego poznała właśnie na meczu quidditcha. — Czy może jednak zmieniły się zasady gry od poprzedniego sezonu i mam krążyć przy tych zasranych drążkach?!
— Tessa, weź daj spokój… — dobiegły ją szepty z boku, kiedy to koledzy i koleżanki z drużyny starali się załagodzić jakoś całą sprawę. Niestety, wiadomym było, że młoda Skamander nie lubiła za bardzo spuszczać z tonu, a już szczególnie kiedy ktoś bezpodstawnie na nią nalatywał. Niestety teraz to miarka się przebrała.
Profesor wyraźnie poczerwieniał na twarzy i wygrzebał z kieszeni obszernej szaty złoty gwizdek. A potem, patrząc jej prosto w oczy, zadął w niego z całej siły. Na tyle mocno, że dziewczyna skrzywiła się, a siedzący bliżej niego uczniowie innych domów musieli zakryć uszy rękami. Tessa nie zamierzała jednak odchodzić bez powiedzenia ostatniego słowa i wykonała w kierunku starego czarodzieja kilka obraźliwych gestów, do wykonania których ściągnęła nawet rękawiczki. Kiedy odlatywała towarzyszyły jej jedynie kolejne przeciągłe gwizdy i spojrzenia pełne wyraźnej dezaprobaty ze strony innych członków drużyny.
Ale nie mogli nic powiedzieć. Bo przecież Tessa przechodziła przez trudny okres i opiekun ich domu prosił każdego z kolei, aby dali jej spokój. Bo przecież niedawno zmarła jej matka i młodsza siostra. Bo przecież nie wypadało dokładać jej zbędnego balastu, kiedy i tak nosiła na barkach ciężar własnego poczucia winy.
Odstawiła miotłę na swoje miejsce w szatni — nie mogła się jeszcze przebrać z powrotem, bo trening nadal nie dobiegł końca. Kto wie, może trener uzna nagle, że może wrócić na boisko i Ślizgonka zawinie rurę z powrotem w akompaniamencie rwetesu, tupania i okrzyków ze strony wspierającej drużyny i widowni na trybunach…
— Co wy odpierdalacie? — warknęła Skamander, wchodząc po schodach na uczelniane siedziska. Całe zajście było słychać już z samego dołu, ale była przekonana, że tylko się tutaj wygłupiają i może plotkują na temat zawodnikach, śmigających nad murawą. Myliła się tylko połowicznie, co w sumie wyszło i tak zdecydowanie gorzej.
Zacisnęła dłonie w pięści i rozejrzała się po delikwentach. Znała te spojrzenia aż za dobrze. Pełne wyższości i przekonania, że są lepsi od innych. Nie wszyscy Puchoni byli aż tak potulni, jak się mówiło, a wręcz przeciwnie. Mogłeś się odwrócić na chwilę i tomiszczem z Historii Magii w łeb albo, w gorszym przypadku, należało spodziewać się tego, że uczniowie z domu Borsuka zawsze mieli coś w rodzaju odpowiedzialności stadnej. No, tylko tutaj nie grało to w tym dobrym sensie.
Stanęła zaraz przed prześladowaną dziewczyną i choć ta w ogóle o to nie prosiła, Tessa już zaczynała nastawiać się bojowo. Tutaj może chodziło o jakąś solidarność. Krwistą? Nie, chyba nie. Chociaż… no, może tylko trochę.
Szczególnie jeśli miało się piętnaście lat, spało się w podziemiach szkoły pod wężowym patronatem i codziennie rano zajmowało się wspólną łazienkę na co najmniej dwadzieścia pięć minut.
A już tym bardziej, jeśli zamiast błękitnej, mieniącej się srebrnymi drobinkami, czystej krwi w żyłach przelewał się szlam. Całe połacie brudnej, śmierdzącej juchy, którą dało się rozpoznać już z drugiego końca korytarza. Zawsze należało zaznaczyć to kilkoma głośnymi okrzykami w kwiecistym stylu, bo inaczej to tobie koledzy wrzuciliby ropuchę do łóżka albo ukradli buty i zawiesili je na gzymsie, tuż za oknem sali Wróżbiarstwa.
Bo co? Boisz się? Zwykłej szlamy?
No, cóż, takie stanowisko mogli mieć rówieśnicy Tessy tylko i wyłącznie w pierwszej albo drugiej klasie, bo tuż po tym młoda czarownica wyrobiła sobie bardzo… mocną opinię. A przynajmniej jej prawy sierpowy, którym zawsze celowała w czyjś łuk brwiowy albo szczękę, mógł uchodzić za coś kurewsko potężnego. Bo może i nie miała zbyt dużej siły, ale w takim sytuacjach zazwyczaj liczyła się chwila zaskoczenia i odpowiedni pęd. Wystarczyło zwyczajnie…
— Skamander, zluzuj trochę wiąz w miotle, bo Cię zaraz na ławce usadzę!
Piątoroczna Ślizgonka zatrzymała się gwałtownie w trakcie lotu, przejeżdżając tuż-tuż nad głowami kolegów z Gryffindoru, który zaraz pożegnali ją wymachiwaniem pięści. Nie obyło się również bez typowego dla Lwów buczenia, kiedy mieli styczność z kimkolwiek z jej domu.
Dziewczyna podleciała kawałek do przodu i odgarnęła loki, lecące jej do oczu.
— No przecież staram się złapać ten pieprzony znicz! — odkrzyknęła nauczycielowi Miotlarstwa, wychylając się niebezpiecznie do przodu. Zamachnęła się na belfra z wyraźną złością, bo czepiał się jej tego popołudnia jak kolczasty krzak psiej dupy. To za wolno, to zbyt szurała wiązkami miotły po murawie, to za blisko trybun. Sranie w banie, jakby to powiedział jej nowy kumpel — Longbottom, którego poznała właśnie na meczu quidditcha. — Czy może jednak zmieniły się zasady gry od poprzedniego sezonu i mam krążyć przy tych zasranych drążkach?!
— Tessa, weź daj spokój… — dobiegły ją szepty z boku, kiedy to koledzy i koleżanki z drużyny starali się załagodzić jakoś całą sprawę. Niestety, wiadomym było, że młoda Skamander nie lubiła za bardzo spuszczać z tonu, a już szczególnie kiedy ktoś bezpodstawnie na nią nalatywał. Niestety teraz to miarka się przebrała.
Profesor wyraźnie poczerwieniał na twarzy i wygrzebał z kieszeni obszernej szaty złoty gwizdek. A potem, patrząc jej prosto w oczy, zadął w niego z całej siły. Na tyle mocno, że dziewczyna skrzywiła się, a siedzący bliżej niego uczniowie innych domów musieli zakryć uszy rękami. Tessa nie zamierzała jednak odchodzić bez powiedzenia ostatniego słowa i wykonała w kierunku starego czarodzieja kilka obraźliwych gestów, do wykonania których ściągnęła nawet rękawiczki. Kiedy odlatywała towarzyszyły jej jedynie kolejne przeciągłe gwizdy i spojrzenia pełne wyraźnej dezaprobaty ze strony innych członków drużyny.
Ale nie mogli nic powiedzieć. Bo przecież Tessa przechodziła przez trudny okres i opiekun ich domu prosił każdego z kolei, aby dali jej spokój. Bo przecież niedawno zmarła jej matka i młodsza siostra. Bo przecież nie wypadało dokładać jej zbędnego balastu, kiedy i tak nosiła na barkach ciężar własnego poczucia winy.
Odstawiła miotłę na swoje miejsce w szatni — nie mogła się jeszcze przebrać z powrotem, bo trening nadal nie dobiegł końca. Kto wie, może trener uzna nagle, że może wrócić na boisko i Ślizgonka zawinie rurę z powrotem w akompaniamencie rwetesu, tupania i okrzyków ze strony wspierającej drużyny i widowni na trybunach…
— Co wy odpierdalacie? — warknęła Skamander, wchodząc po schodach na uczelniane siedziska. Całe zajście było słychać już z samego dołu, ale była przekonana, że tylko się tutaj wygłupiają i może plotkują na temat zawodnikach, śmigających nad murawą. Myliła się tylko połowicznie, co w sumie wyszło i tak zdecydowanie gorzej.
Zacisnęła dłonie w pięści i rozejrzała się po delikwentach. Znała te spojrzenia aż za dobrze. Pełne wyższości i przekonania, że są lepsi od innych. Nie wszyscy Puchoni byli aż tak potulni, jak się mówiło, a wręcz przeciwnie. Mogłeś się odwrócić na chwilę i tomiszczem z Historii Magii w łeb albo, w gorszym przypadku, należało spodziewać się tego, że uczniowie z domu Borsuka zawsze mieli coś w rodzaju odpowiedzialności stadnej. No, tylko tutaj nie grało to w tym dobrym sensie.
Stanęła zaraz przed prześladowaną dziewczyną i choć ta w ogóle o to nie prosiła, Tessa już zaczynała nastawiać się bojowo. Tutaj może chodziło o jakąś solidarność. Krwistą? Nie, chyba nie. Chociaż… no, może tylko trochę.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you