Czy to możliwe, że czas zwolnił jeszcze bardziej? Wydawało się to absurdalne, biorąc pod uwagę ich wcześniejszą rozmowę o dziwnie zakrzywionym czasie ostatnich miesięcy: jednocześnie szybkim i wolnym, ale teraz to masło na kanapce rozciągnęło się jeszcze bardziej, w oczekiwaniu na to, aż Laurent dojdzie do siebie.
Jedna sekunda. Druga. Trzecia. I to spojrzenie pełne niezrozumienia. Ona też nie rozumiała. Sekundy zmieniły się w ich ułamki, tak bardzo, że można było niemalże fizycznie odczuć jak powoli się przemieszczają do przodu. Victoria dopiero po chwili sobie uświadomiła, że wstrzymała oddech – jakby to miało w czymkolwiek pomóc.
– Za co? Nie przepraszaj mnie – co to była jedna filiżanka w obliczu zmartwienia o zdrowie bliskiej osoby? Mogła sobie tych filiżanek kupić tysiące, nie były warte przeprosin, nie miały dla niej żadnego sentymentalnego znaczenia, to tylko porcelana… Którą mógł się skaleczyć Laurent jak i ona – ale w tej chwili o tym też nie myślała. – Tak. Zsunąłeś się z fotela – chociaż najpierw upuścił filiżankę… Victoria teraz przyglądała mu się bardzo uważnie, badawczo, gdy już był na jej łóżku, a nie na podłodze. – Skąd wiesz? To nie jest… to nie jest normalne – jak mogło mu nic nie być? Victoria usiadła na skraju łóżka obok niego, po jego prawej stronie i złapała jedną jego dłoń w swoją, lewą. Zimną jak sam lód, ale prawda była taka, że teraz o tym zupełnie nie myślała – o dyskomforcie, jaki może sprawić drugiej osobie. Wycelowała za to różdżką w prawej dłoni w te kawałki porcelany i herbatę na podłodze, by się tego pozbyć, a następnie na Laurenta – żeby wysuszyć jego ubranie.
– Laurent, co się dzieje? – ciemne oczy kobiety wpatrywały się teraz w niego z nową intensywnością, nie do końca kupując mówienia o tym, że czasami mu się tak zdarza. Nic o tym nie wiedziała, a przecież ostatni czas był dla Laurenta BARDZO nerwowy i… nic takiego się nie wydarzyło. Z kolei ich dzisiejsza rozmowa była przecież spokojna. Fakt, nie zgadzali się ze sobą w rozmowie w kuchni i wynikało to ze zmartwienia o Laurenta i jego niezwykły talent do pakowania się w naprawdę szkodliwe i toksyczne relacje – ale powiedziała mu szczerze, że będzie go wspierać niezależnie od decyzji i tego co się stanie, to było w końcu jego życie… Ona mogła mu tylko przekazać inną perspektywę, pokazać to, co dla niego było niewidoczne, bo wybierał, by tego nie widzieć, ale ostateczna decyzja zawsze będzie należała do niego. Victoria była chyba ostatnią osobą, która coś by na kimś chciała wymusić; przeciwnie, wolała by ludzie sami dochodzili do właściwych wniosków. – Mówisz o tym jakby to było nic… Byłeś z tym u magimedyka? – miał Florence… ale rozumiała doskonale, że były sprawy, z którymi wcale nie chciało się chodzić do rodziny. Ojciec Victorii był medykiem, kiedyś to on ją leczył, babcia była medykiem, a nawet dyrektorem szpitala, obecnie najczęściej wybierała się jednak do kuzynki Annaleigh, a i tak czasami… wolała coś załatwić nie alarmując rodziny, co nie było takie znowu proste, biorąc pod uwagę ilość magimedyków o nazwisku Lestrange. Ale w takich momentach szła do Cynthii. – Uważam na siebie na tyle na ile mogę – westchnęła cicho i przejechała kciukiem po knykciach Laurenta – A co z twoją ochroną? – lekko przekrzywiła głowę, bo oboje doskonale wiedzieli, że to on był w gorszym położeniu: nie pojedynkował się, nie miał takiego refleksu, a poza tym to na niego zrobiono bardzo bezpośredni atak, nie na nią. – Jarczuka? Hmm – prawdę mówiąc to nigdy nawet o takiej ewentualności nie myślała. – Sama nie wiem…