21.12.2024, 23:14 ✶
Maeve zatrzymała się w pół kroku, z butelką śliwkowego wina w ręce. Przez moment wyglądała tak, jakby przez przypadek nieproszona weszła komuś w kadr, stała jak łania zahipnotyzowana światłami nieubłaganie zbliżającego się pociągu. Pytanie Stanleya brzmiało niemal absurdalnie, jakby chciał obarczyć się winą za coś, co nigdy nie mogło być pod jego kontrolą. W pierwszym odruchu chciała zaprzeczyć natychmiast, rzucić jakimś zgryźliwym żartem o tym, że pecha przynoszą tylko osoby, które próbują ją rozdzielić z jedzeniem i to przede wszystkim sobie, ale jego spojrzenie sprawiło, że tego nie zrobiła. Widział ją na przestrzał, jakby wszystkie jej fasady, które budowała przez lata, były niczym więcej niż cieniutką warstwą mgły.
Już rzuciła dzisiaj głupim żarcikiem i wszyscy wiedzą, jak fantastycznie na tym wyszła.
Ostrożnie postawiła butelkę na biurku, ledwo omijając stertę papierów, kadzidełek oraz narzędzi ogrodniczych. Usiadła na skraju łóżka, niedbale strzepując z miejsca resztki ziemi, i spojrzała na niego uważnie, próbując znaleźć właściwe słowa.
- Stanley - zaczęła, ale zaraz umilkła. Przełknęła ślinę, jakby to, co miała powiedzieć, było czymś gorzkim, czymś, co nie chciało przejść przez gardło. - Pecha przynosi zrządzenie losu, nie ludzie. Jeśli już, to pecha przynoszą tobie inni. W sensie... cholera, wiesz, o co mi chodzi. - Odwróciła wzrok, jakby nagle bardzo zainteresowała się doniczką, która groziła upadkiem z parapetu. Podrapała się po głowie, próbując nie myśleć o tym, że być może właśnie teraz jest odpowiedzialna za to, by nieco posklejać tego człowieka w całość. A przecież zawsze czuła, że jej ręce są zbyt niezdarne do tak precyzyjnej roboty.
- To, co się stało... - zaczęła znów, a jej głos był cichszy niż zwykle, bardziej miękki. - Nie świadczy o tobie. W życiu Roberta było tyle zmiennych, tyle innych osób, że szansa na to, że tylko ty, jako jedyny, miałeś wpływ na jego śmierć, jest nikła, jeśli nie zerowa. - Przeniosła na niego wzrok, już bez cienia wymuszonego uśmiechu, którym zwykle starała się maskować swoje emocje. - Poza tym, gdybyś zabił człowieka samym istnieniem, siedzeniem sobie wyczilowany w Głębinie, nie byłbyś zwykłym chodzącym pechem. Byłbyś jebanym bogiem, Borgin - wycedziła już trochę przez zaciśnięte zęby, zirytowana, że w ogóle przeszło mu przez myśl, że gdzieś w tym leżała jego wina.
Przez chwilę siedziała w ciszy, niepewna, czy jej słowa mają jakikolwiek sens. Potem wzruszyła ramionami, jakby chcąc rozładować napięcie, a następnie zerwała się z łóżka, żeby podejść do Stanleya.
- Nieważne. Chodź tu - zarządziła, a potem wciągnęła go w swoje objęcia i zwyczajnie przytuliła. Zwykle nie była skora do takich gestów, ale miała wrażenie, że właśnie tego mógł teraz potrzebować. Nawet jeśli nie znajdzie właściwego sposobu, by jakoś pomóc, to chociaż swoją obecnością może powiedzieć mu, że nie jest sam.
Już rzuciła dzisiaj głupim żarcikiem i wszyscy wiedzą, jak fantastycznie na tym wyszła.
Ostrożnie postawiła butelkę na biurku, ledwo omijając stertę papierów, kadzidełek oraz narzędzi ogrodniczych. Usiadła na skraju łóżka, niedbale strzepując z miejsca resztki ziemi, i spojrzała na niego uważnie, próbując znaleźć właściwe słowa.
- Stanley - zaczęła, ale zaraz umilkła. Przełknęła ślinę, jakby to, co miała powiedzieć, było czymś gorzkim, czymś, co nie chciało przejść przez gardło. - Pecha przynosi zrządzenie losu, nie ludzie. Jeśli już, to pecha przynoszą tobie inni. W sensie... cholera, wiesz, o co mi chodzi. - Odwróciła wzrok, jakby nagle bardzo zainteresowała się doniczką, która groziła upadkiem z parapetu. Podrapała się po głowie, próbując nie myśleć o tym, że być może właśnie teraz jest odpowiedzialna za to, by nieco posklejać tego człowieka w całość. A przecież zawsze czuła, że jej ręce są zbyt niezdarne do tak precyzyjnej roboty.
- To, co się stało... - zaczęła znów, a jej głos był cichszy niż zwykle, bardziej miękki. - Nie świadczy o tobie. W życiu Roberta było tyle zmiennych, tyle innych osób, że szansa na to, że tylko ty, jako jedyny, miałeś wpływ na jego śmierć, jest nikła, jeśli nie zerowa. - Przeniosła na niego wzrok, już bez cienia wymuszonego uśmiechu, którym zwykle starała się maskować swoje emocje. - Poza tym, gdybyś zabił człowieka samym istnieniem, siedzeniem sobie wyczilowany w Głębinie, nie byłbyś zwykłym chodzącym pechem. Byłbyś jebanym bogiem, Borgin - wycedziła już trochę przez zaciśnięte zęby, zirytowana, że w ogóle przeszło mu przez myśl, że gdzieś w tym leżała jego wina.
Przez chwilę siedziała w ciszy, niepewna, czy jej słowa mają jakikolwiek sens. Potem wzruszyła ramionami, jakby chcąc rozładować napięcie, a następnie zerwała się z łóżka, żeby podejść do Stanleya.
- Nieważne. Chodź tu - zarządziła, a potem wciągnęła go w swoje objęcia i zwyczajnie przytuliła. Zwykle nie była skora do takich gestów, ale miała wrażenie, że właśnie tego mógł teraz potrzebować. Nawet jeśli nie znajdzie właściwego sposobu, by jakoś pomóc, to chociaż swoją obecnością może powiedzieć mu, że nie jest sam.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —