Gdyby te filiżanki otrzymała od kogoś bliskiego sercu – to była szansa na sentyment. Teraz jednak nic takiego nie miało miejsca, strata jednej filiżanki była więc niczym, ledwie mrugnięciem okiem i ściśniętym sercem, bo Laurent wylądował na podłodze. Było mało rzeczy, jakie otrzymywała od bliskich – nie było potrzeby, przecież Victoria miała galeonów jak lodu, co zapragnęła, mogła kupić sobie sama… I chyba właśnie dlatego tak się cieszyła na wszystkie słodycze, jakie dostawała, albo na zawieszkę do naszyjnika z festynu.
Delikatnie rozłożyła palce, kiedy poczuła, że Laurent chce je spleść ze swoimi, by mu to ułatwić.
– I… już? I tyle? Nic się nie da na to poradzić? – aż nie chciało jej się wierzyć, że konsultacja z magimedykiem skończyła się wnioskiem, że „no czasami cię odłącza” i koniec. – To szalenie niebezpieczne… Co jak źle upadniesz i… – widziała to oczami wyobraźni, bo przed chwilą była światkiem, jak zsunął się z jej fotela. Nieco mocniej zacisnęła palce na jego palcach, nie porzucając tego uspokajającego gestu głaskania kciukiem kawałka jego skóry. – Zawsze byłeś taki delikatny – odparła i uśmiechnęła się lekko do swoich myśli, nadal jednak patrząc na Laurenta, gdy tylko odkryła, jaką jest osobą, zawsze chciała się nim opiekować; był jak ten najpiękniejszy kwiat, który zakwita tylko, jeśli włoży się mnóstwo wysiłku w zapewnienie mu odpowiednich warunków do życia.
– Wyobrażam sobie, że mniejsza wolność i ktoś ciągle kręcący się w twoim otoczeniu będzie cię bardzo denerwować – i że dlatego się do tej pory na tę ochronę nie zgodził. – Ale chociaż przez jakiś czas… mm? – jeśli jednak to pochodziło od jego ojca… cóż. Wiedziała, że Laurent bardzo jest w ojca wpatrzony i jednocześnie że te ich relacje są napięte. Może nie tak, jak ta, która miała z własną matką, ale jednak. – Dziwię się, że twój ojciec nie postawił na swoim i nie wcisnął ci ochrony wbrew twojej woli – w zasadzie to… no na ile znała Edwarda Prewetta z opowieści Laurenta, to byłby do tego zdolny. I to, że tego nie zrobił, naprawdę wydawało się dla Victorii bardzo dziwne. – Och… okej. Uważasz, że… Hm… I tak będę nadal szukać innego domu dla siebie, może tam by to nie było takie głupie? Bo jarczuk tutaj… – lekko przekrzywiła głowę, wyobrażając sobie tego psa na klatce schodowej przez tych kilka pięter… Owszem, miała dla siebie całą kamienicę, ale mimo wszystko to było co innego niż duży dom gdzieś na odludziu. Bo nadal nie porzuciła myśli o nim, jedynie na chwilę przystopowała, by zająć się innymi rzeczami.
Victoria na moment rozszerzyła oczy, zaskoczona ostatnim pytaniem Laurenta. Chyba nie powinna się tak temu dziwić? Temu, skąd się to brało, lekkiemu drganiu jego głosu. Nie trzymała już różdżki prawą dłonią, więc uniosła ją do twarzy Laurenta, by lekko odsunąć włosy, które opadły mu na twarz, na oczy.
– Nie – i nie było to kłamstwo, naprawdę o tym nie myślała. Ani wtedy, ani teraz. – Dlatego wyczyściłam jej pamięć. Straciła przytomność w trakcie tamtej walki i mogłyśmy ją dobić, ale… no nie – uśmiechnęła się lekko i przejechała kciukiem po policzku Laurenta.