22.12.2024, 01:58 ✶
Eden zamarła, wpatrując się w Millie z takim wyrazem twarzy, jakby ktoś oblał ją wiadrem zimnej wody. W mgnieniu oka cała senność i otumanienie spowodowane kacem zniknęły, zastąpione nagłym napięciem. Spięła się tak wyraźnie, że gdyby tylko mogła, wtopiłaby się w oparcie kanapy, byle jak najdalej od złocistych oczu Moody. Była przekonana, że Millie coś wiedziała. A może po prostu czytała za dużo w tym uśmiechu, w tych kartach i w słowach zbyt słodkich, by mogły być szczere.
W każdym razie to było ostatnie, czego Eden teraz potrzebowała.
- Wczorajszy dzień był rzeczywiście niezapomniany - rzuciła sucho, odchylając się nieco na kanapie i zakładając nogę na nogę. Jej głos ociekał przymusem, jakby rzucała na wiatr frazesy, które niby zgadzały się ze słowami przedmówczyni, ale tylko po to, żeby dała jej spokój. Jakby nie chciała się kłócić z furiatką, bo wiedziała, że ze względu na pewną... słabość, Eden sprowadzi ją do swojego poziomu i pokona doświadczeniem. - Masz mi za złe, że rozmawiałam z ludźmi, Mildred? Wolałabyś, żebym stanęła po kolana w wodzie i patrzyła się na gości złowrogo? - Uniosła brwi, udając głupią. Udawała, choć doskonale wiedziała, że chodziło o Alastora. Nie do końca wiedziała, co Millie chciała osiągnąć tym ostentacyjnym wybuchem zazdrości, ale Eden nie była w ciemię bita i nie miała zamiaru się kajać. Nie była do niczego zobligowana.
Spojrzała przelotnie na kubek kawy, który Brenna jej podała, jakby zastanawiała się, czy nie rzucić nim o ścianę, ale ostatecznie uniosła go do ust i wzięła łyk. Kofeina działała szybko, ale nie wystarczająco szybko, by rozwiązać tę sytuację.
- Skoro tak stawiasz sprawę, to mogę skusić się na tosta - odwróciła głowę w kierunku Longbottom i uśmiechnęła się łagodnie, tym razem bez cienia szydery. Może nawet było w tym coś przepraszającego? Jedynie zmęczenie wciąż tańczyło w jej oczach, tym razem spotęgowane nastoletnim buntem Millie. Jak inaczej miała nazwać takie fochy, takie dziecinne zagrywki? Mogła udawać, że nie znosi Brenny, ale nawet jej nie chciała skazywać na bycie świadkiem kłótni, do której Moody ewidentnie próbowała ją namówić. Co się stało z załatwianiem prywatnych spraw za kulisami?
Przesłodzony uśmiech Millie był jak szpilka wbita prosto w serce Eden. Z jednej strony miała ochotę zerwać się i wyjść, z drugiej zaś czuła się jak zahipnotyzowana. Coś w złocistych oczach Moody, w tym pełnym jadu spojrzeniu, kazało jej zostać, jakby czekała na cios, który miał dopiero nadejść. Jakby gotowała się na nadstawienie drugiego policzka.
- Tradycja to tylko presja wywierana przez martwych ludzi - odbiła błyskawicznie, rzucając znudzone spojrzenie na karty. Upiła łyk kawy, robiąc to cokolwiek przeciągle, jakby chciała dać się Millie wygadać. Nazwijmy to po imieniu - w dupie miała tego jej tarota. Nie wierzyła w mgliste przepowiednie, bajki z mchu i paproci, które były tak niekonkretne, że mogły przydarzyć się każdemu. Ze wszystkich osób akurat Moody powinna o tym najlepiej wiedzieć. - Nadal się w to bawisz, Millie? Myślałam, że z tego się prędzej czy później wyrasta - zaświergotała, równie słodkim i jadowitym tonem, co jej przeciwniczka, nie mając zamiaru pozostawać dłużną. Próbowała brzmieć nonszalancko, ale napięcie w jej głosie zdradzało coś więcej. Była wściekła. Na Millie za to, że tak dobrze ją przejrzała. Na Brennę za to, że tutaj była.
A najbardziej na siebie za to, że gdzieś w głębi duszy czuła, że może naprawdę zasłużyła na ten przesłodzony uśmiech i jadowity ton.
W każdym razie to było ostatnie, czego Eden teraz potrzebowała.
- Wczorajszy dzień był rzeczywiście niezapomniany - rzuciła sucho, odchylając się nieco na kanapie i zakładając nogę na nogę. Jej głos ociekał przymusem, jakby rzucała na wiatr frazesy, które niby zgadzały się ze słowami przedmówczyni, ale tylko po to, żeby dała jej spokój. Jakby nie chciała się kłócić z furiatką, bo wiedziała, że ze względu na pewną... słabość, Eden sprowadzi ją do swojego poziomu i pokona doświadczeniem. - Masz mi za złe, że rozmawiałam z ludźmi, Mildred? Wolałabyś, żebym stanęła po kolana w wodzie i patrzyła się na gości złowrogo? - Uniosła brwi, udając głupią. Udawała, choć doskonale wiedziała, że chodziło o Alastora. Nie do końca wiedziała, co Millie chciała osiągnąć tym ostentacyjnym wybuchem zazdrości, ale Eden nie była w ciemię bita i nie miała zamiaru się kajać. Nie była do niczego zobligowana.
Spojrzała przelotnie na kubek kawy, który Brenna jej podała, jakby zastanawiała się, czy nie rzucić nim o ścianę, ale ostatecznie uniosła go do ust i wzięła łyk. Kofeina działała szybko, ale nie wystarczająco szybko, by rozwiązać tę sytuację.
- Skoro tak stawiasz sprawę, to mogę skusić się na tosta - odwróciła głowę w kierunku Longbottom i uśmiechnęła się łagodnie, tym razem bez cienia szydery. Może nawet było w tym coś przepraszającego? Jedynie zmęczenie wciąż tańczyło w jej oczach, tym razem spotęgowane nastoletnim buntem Millie. Jak inaczej miała nazwać takie fochy, takie dziecinne zagrywki? Mogła udawać, że nie znosi Brenny, ale nawet jej nie chciała skazywać na bycie świadkiem kłótni, do której Moody ewidentnie próbowała ją namówić. Co się stało z załatwianiem prywatnych spraw za kulisami?
Przesłodzony uśmiech Millie był jak szpilka wbita prosto w serce Eden. Z jednej strony miała ochotę zerwać się i wyjść, z drugiej zaś czuła się jak zahipnotyzowana. Coś w złocistych oczach Moody, w tym pełnym jadu spojrzeniu, kazało jej zostać, jakby czekała na cios, który miał dopiero nadejść. Jakby gotowała się na nadstawienie drugiego policzka.
- Tradycja to tylko presja wywierana przez martwych ludzi - odbiła błyskawicznie, rzucając znudzone spojrzenie na karty. Upiła łyk kawy, robiąc to cokolwiek przeciągle, jakby chciała dać się Millie wygadać. Nazwijmy to po imieniu - w dupie miała tego jej tarota. Nie wierzyła w mgliste przepowiednie, bajki z mchu i paproci, które były tak niekonkretne, że mogły przydarzyć się każdemu. Ze wszystkich osób akurat Moody powinna o tym najlepiej wiedzieć. - Nadal się w to bawisz, Millie? Myślałam, że z tego się prędzej czy później wyrasta - zaświergotała, równie słodkim i jadowitym tonem, co jej przeciwniczka, nie mając zamiaru pozostawać dłużną. Próbowała brzmieć nonszalancko, ale napięcie w jej głosie zdradzało coś więcej. Była wściekła. Na Millie za to, że tak dobrze ją przejrzała. Na Brennę za to, że tutaj była.
A najbardziej na siebie za to, że gdzieś w głębi duszy czuła, że może naprawdę zasłużyła na ten przesłodzony uśmiech i jadowity ton.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~