22.12.2024, 02:16 ✶
Mama i tata zawsze powtarzali, że w sytuacjach zwady należało podejść do swojego oponenta ze zrozumieniem. Może rodzice go nie kochali i w taki właśnie sposób odreagowywał brak miłości i wsparcia ze strony rodziny. Może obudził się dzisiaj w złym humorze. A może po prostu nieustannie rwało go w krzyżu i bolała dupa.
Tessa naprawdę bardzo chciała być tutaj lepszym człowiekiem. Powinna wyciągnąć do nich rękę, poklepać po ramieniu i przytaknąć, bo przecież mieli rację. Należało przecież służalczo dodać, że: Tak, drodzy koledzy i koleżanki, możecie do woli mieszać z błotem każdego, kto jest od was chociaż trochę inny. Teraz proszę, możecie śmiało dać mi w twarz i nawet nie będę się bronić. To, co, sztama?
— No, widzę, że nie jesteśmy już tacy mocni w gębie, co? — dodała po chwili ciszy, kiedy niezbyt puchońscy prześladowcy wyraźnie ucichli. Na takich to trzeba było tylko wrzasnąć i od razu spieprzali z podkulonymi ogonami. Niestety… zazwyczaj obierali kurs w stronę najbliższego nauczyciela i właśnie tam wylewali żale. Najczęściej kompletnie przekłamane, co kończyło się dla faktycznego poszkodowanego pucowaniem fiolek w kantorku z eliksirami albo inwentaryzacji sypiących się podręczników w bibliotece.
Następnym punktem programu było dla Tessy chwycenie nieznajomej dziewczyny za rękaw szaty i wyprowadzenie jej ze stadionu. Chciała też poczęstować ją czekoladową żabą z tylnej kieszeni swojej torby, które zostawiła tam ostatnio na czarną godzinę i najwyraźniej ta właśnie nadeszła. Może nie dla niej, ale nadal — pomoc musiała nadejść i cukier byłby tutaj najskuteczniejszym funkcjonariuszem. Nie przewidziała jednak tego, że — jeszcze wtedy nieznana jej — Jo rzuci się na drugą Puchonkę w niezrozumiałym napadzie… apopleksji?
Czy oni naprawdę wrzucili jej żabę za kołnierz? Nie ma co, kończyły się im już pomysły. Najwyraźniej wracali na powrót do pierwszych klas. Spodziewała się tutaj większej dozy okrucieństwa, czegoś na kształt zrzucenia z trybun. Nie żeby na coś takiego liczyła. No, może nie w kwestii Bletchey.
— No ja pierdolę… — wymamrotała tylko pod nosem, przewracając oczami. Na całe szczęście Tessa była od Jo trochę wyższa i na pewno postawniejsza. Ćwiczyła latanie na miotle od dobrych kilku lat, bo swoją pierwszą, sprzątającą brykę otrzymała od rodziców na swoje szóste urodziny. Dlatego bez trudu złapała Puchonkę za ramiona i wytrzepała podstępną żabę spod jej koszuli. — Wszystko okej?
Wszystko obyłoby się bez większego konfliktu, gdyby nie… magiczne słowa, które zostały zawieszone w eterze kilka sekund wcześniej.
Tuż po tym zapadła cisza.
— Szlamo? — powtórzyła Tessa z uśmiechem. I nie był to gest podyktowany jakąkolwiek życzliwością. Zaśmiała się w końcu, wychodząc naprzeciw grupie czystokrwistych smarkaczy. — Ach, no tak, musicie nam wybaczyć. Człowiek czasami zapomina gdzie jego miejsce. My już pójdziemy, dobra?
Odwróciła się na pięcie i gdy Jo mogła być już pewna, że Skamander puści to wszystko płazem, tak dokładnie ułamek sekundy później Ślizgonka okręciła się dookoła własnej osi i przypierdoliła pyskatej Puchonce prosto w nos.
Z momentalnie złamanego nosa trysnęła krew, plamiąc mundurek i knykcie Tessy.
— Uciekaj! — krzyknęła do Jo, łapiąc ją za rękę i spieprzając po schodach trybun.
Tessa naprawdę bardzo chciała być tutaj lepszym człowiekiem. Powinna wyciągnąć do nich rękę, poklepać po ramieniu i przytaknąć, bo przecież mieli rację. Należało przecież służalczo dodać, że: Tak, drodzy koledzy i koleżanki, możecie do woli mieszać z błotem każdego, kto jest od was chociaż trochę inny. Teraz proszę, możecie śmiało dać mi w twarz i nawet nie będę się bronić. To, co, sztama?
— No, widzę, że nie jesteśmy już tacy mocni w gębie, co? — dodała po chwili ciszy, kiedy niezbyt puchońscy prześladowcy wyraźnie ucichli. Na takich to trzeba było tylko wrzasnąć i od razu spieprzali z podkulonymi ogonami. Niestety… zazwyczaj obierali kurs w stronę najbliższego nauczyciela i właśnie tam wylewali żale. Najczęściej kompletnie przekłamane, co kończyło się dla faktycznego poszkodowanego pucowaniem fiolek w kantorku z eliksirami albo inwentaryzacji sypiących się podręczników w bibliotece.
Następnym punktem programu było dla Tessy chwycenie nieznajomej dziewczyny za rękaw szaty i wyprowadzenie jej ze stadionu. Chciała też poczęstować ją czekoladową żabą z tylnej kieszeni swojej torby, które zostawiła tam ostatnio na czarną godzinę i najwyraźniej ta właśnie nadeszła. Może nie dla niej, ale nadal — pomoc musiała nadejść i cukier byłby tutaj najskuteczniejszym funkcjonariuszem. Nie przewidziała jednak tego, że — jeszcze wtedy nieznana jej — Jo rzuci się na drugą Puchonkę w niezrozumiałym napadzie… apopleksji?
Czy oni naprawdę wrzucili jej żabę za kołnierz? Nie ma co, kończyły się im już pomysły. Najwyraźniej wracali na powrót do pierwszych klas. Spodziewała się tutaj większej dozy okrucieństwa, czegoś na kształt zrzucenia z trybun. Nie żeby na coś takiego liczyła. No, może nie w kwestii Bletchey.
— No ja pierdolę… — wymamrotała tylko pod nosem, przewracając oczami. Na całe szczęście Tessa była od Jo trochę wyższa i na pewno postawniejsza. Ćwiczyła latanie na miotle od dobrych kilku lat, bo swoją pierwszą, sprzątającą brykę otrzymała od rodziców na swoje szóste urodziny. Dlatego bez trudu złapała Puchonkę za ramiona i wytrzepała podstępną żabę spod jej koszuli. — Wszystko okej?
Wszystko obyłoby się bez większego konfliktu, gdyby nie… magiczne słowa, które zostały zawieszone w eterze kilka sekund wcześniej.
Tuż po tym zapadła cisza.
— Szlamo? — powtórzyła Tessa z uśmiechem. I nie był to gest podyktowany jakąkolwiek życzliwością. Zaśmiała się w końcu, wychodząc naprzeciw grupie czystokrwistych smarkaczy. — Ach, no tak, musicie nam wybaczyć. Człowiek czasami zapomina gdzie jego miejsce. My już pójdziemy, dobra?
Odwróciła się na pięcie i gdy Jo mogła być już pewna, że Skamander puści to wszystko płazem, tak dokładnie ułamek sekundy później Ślizgonka okręciła się dookoła własnej osi i przypierdoliła pyskatej Puchonce prosto w nos.
Z momentalnie złamanego nosa trysnęła krew, plamiąc mundurek i knykcie Tessy.
— Uciekaj! — krzyknęła do Jo, łapiąc ją za rękę i spieprzając po schodach trybun.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you