25.01.2023, 22:15 ✶
Chciałbym powitać serdecznie wszystkich zgromadzonych na dzisiejszej uroczystości. Rodzinę, przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych moich oraz Simone.
Głos Malfoya rozbrzmiał mu w uszach i Dolohov mimowolnie zaczął myśleć nad tym, czy mógł wpisać się w którąkolwiek z tych kategorii. Odkąd tylko usłyszał o jej śmierci, ogarnęło go brutalne wręcz zobojętnienie. Nie miał na dzisiaj żadnych klientów. Nie dlatego, że nikt nie zechciał się na ten dzień umówić - po prostu intuicja kazała mu ominąć ten dzień w zapełnianiu kalendarza i to chyba właśnie to było tak rozczarowujące - data wskazana mu przez los nie była żadnym ciekawym wydarzeniem, a jedynie pożegnaniem... samobójczyni? Tak chyba gdzieś usłyszał pomiędzy wierszami i teraz kiedy stojąc obok swojej żony udawał, że go tutaj cokolwiek obchodzi, dotarło do niego, że jeżeli się naprawdę zabiła, to ta uroczystość miała być nie tylko nudna, ale i pozostawiać jakiś niesmak. Bo samobójców, przynajmniej w systemie wartości Dolohova, chować się powinno co najwyżej w bezimiennych grobach gdzieś w oddali, tak żeby nikt nie wiedział, do czego ich krewnego zapędziło życie.
Żałosne.
Kanclerz skarbu mówiący o tym w sposób jakby chciał wyrazić wielki żal. To było dobre wystąpienie, perfekcyjna modulacja głosu, nawet mu cień opadł na oczy w taki sposób, jakby się chmury miały zaraz popłakać nad losem tejże kobiety. Ale Dolohov nie był głupi. Można mu było zarzucić naprawdę wiele, ale na pewno nie głupotę, panie Malfoy.
Z trudem powstrzymał delikatny uśmiech chcący wypełznąć na usta.
Kanclerz skarbu dzielący się przydługą historią ich miłości, zapewniający o wielkim uczuciu od zawsze i na zawsze, ale Dolohov był pewien, że ledwie cztery dni temu czytał w gazecie o tym, jak pod pretekstem pamięci po tej żonie wybrał się na bal charytatywny u rodziny Longbottom i licytował się w najlepsze o swojego przyjaciela, chociaż mógł po prostu wpłacić im sporą kwotę pieniędzy.
Oh.
I wtedy do niego dotarło, że ten pogrzeb mógł być nieco ciekawszy, niż wcześniej zakładał.
- Istotnie - przyznał swojej ukochanej, raz jeszcze unosząc się dumną z pewności, że to musiała być ta jedyna, skoro jasnowidzem nie była, a jednak wyciągała mu z głowy myśli. Pochylił się nad nią lekko, zniżając swój głos. - To trochę dziwne, że jej w ogóle wyprawili uroczystość...
Stojąc obok Annie wspartej o jego ramię, Dolohov wyglądał bardzo naturalne. Widać było, że ta bliskość nie była w żaden sposób wymuszona. Tego by pewnie życzył Simone, gdyby w czerniejącym sercu znalazła się choćby kropla współczucia. To jednak pozostawało niezmiennie wypchane egoizmem.
- Skarbie, a znasz może - zaczął, również cicho, bo to nie było pytanie, jakie się zadawało na pogrzebach - datę urodzenia pana wdowca?
Chłodne i oceniające spojrzenie Vakela utkwiło na Elliocie na o wiele dłużej niż wypadało. Wróżbita przeniósł je dobrych kilka sekund po tym, jak Elliott wrócił pomiędzy członków swojej rodziny. Już teraz wiedział, że jeżeli nie miał zasnąć tutaj na stojąco, bo by się przecież nie wzruszył na pogrzebie własnej matki, a co dopiero jakiejś tam Simone, to będzie się chciał dowiedzieć o tym wszystkim nieco więcej.
Głos Malfoya rozbrzmiał mu w uszach i Dolohov mimowolnie zaczął myśleć nad tym, czy mógł wpisać się w którąkolwiek z tych kategorii. Odkąd tylko usłyszał o jej śmierci, ogarnęło go brutalne wręcz zobojętnienie. Nie miał na dzisiaj żadnych klientów. Nie dlatego, że nikt nie zechciał się na ten dzień umówić - po prostu intuicja kazała mu ominąć ten dzień w zapełnianiu kalendarza i to chyba właśnie to było tak rozczarowujące - data wskazana mu przez los nie była żadnym ciekawym wydarzeniem, a jedynie pożegnaniem... samobójczyni? Tak chyba gdzieś usłyszał pomiędzy wierszami i teraz kiedy stojąc obok swojej żony udawał, że go tutaj cokolwiek obchodzi, dotarło do niego, że jeżeli się naprawdę zabiła, to ta uroczystość miała być nie tylko nudna, ale i pozostawiać jakiś niesmak. Bo samobójców, przynajmniej w systemie wartości Dolohova, chować się powinno co najwyżej w bezimiennych grobach gdzieś w oddali, tak żeby nikt nie wiedział, do czego ich krewnego zapędziło życie.
Żałosne.
Kanclerz skarbu mówiący o tym w sposób jakby chciał wyrazić wielki żal. To było dobre wystąpienie, perfekcyjna modulacja głosu, nawet mu cień opadł na oczy w taki sposób, jakby się chmury miały zaraz popłakać nad losem tejże kobiety. Ale Dolohov nie był głupi. Można mu było zarzucić naprawdę wiele, ale na pewno nie głupotę, panie Malfoy.
Z trudem powstrzymał delikatny uśmiech chcący wypełznąć na usta.
Kanclerz skarbu dzielący się przydługą historią ich miłości, zapewniający o wielkim uczuciu od zawsze i na zawsze, ale Dolohov był pewien, że ledwie cztery dni temu czytał w gazecie o tym, jak pod pretekstem pamięci po tej żonie wybrał się na bal charytatywny u rodziny Longbottom i licytował się w najlepsze o swojego przyjaciela, chociaż mógł po prostu wpłacić im sporą kwotę pieniędzy.
Oh.
I wtedy do niego dotarło, że ten pogrzeb mógł być nieco ciekawszy, niż wcześniej zakładał.
- Istotnie - przyznał swojej ukochanej, raz jeszcze unosząc się dumną z pewności, że to musiała być ta jedyna, skoro jasnowidzem nie była, a jednak wyciągała mu z głowy myśli. Pochylił się nad nią lekko, zniżając swój głos. - To trochę dziwne, że jej w ogóle wyprawili uroczystość...
Stojąc obok Annie wspartej o jego ramię, Dolohov wyglądał bardzo naturalne. Widać było, że ta bliskość nie była w żaden sposób wymuszona. Tego by pewnie życzył Simone, gdyby w czerniejącym sercu znalazła się choćby kropla współczucia. To jednak pozostawało niezmiennie wypchane egoizmem.
- Skarbie, a znasz może - zaczął, również cicho, bo to nie było pytanie, jakie się zadawało na pogrzebach - datę urodzenia pana wdowca?
Chłodne i oceniające spojrzenie Vakela utkwiło na Elliocie na o wiele dłużej niż wypadało. Wróżbita przeniósł je dobrych kilka sekund po tym, jak Elliott wrócił pomiędzy członków swojej rodziny. Już teraz wiedział, że jeżeli nie miał zasnąć tutaj na stojąco, bo by się przecież nie wzruszył na pogrzebie własnej matki, a co dopiero jakiejś tam Simone, to będzie się chciał dowiedzieć o tym wszystkim nieco więcej.
with all due respect, which is none