22.12.2024, 23:31 ✶
Scylla pojawiła się na umówionym miejscu z narzuconym na ramiona płaszczem, który skutecznie osłaniał ją przed chłodnym, wilgotnym powietrzem wieczoru. Jej sylwetka wyłaniała się z mroku jak cień, delikatny i nieuchwytny, choć w każdym kroku tkwiła jakaś dziwna determinacja. Nie wiedziała do końca, czego mogła spodziewać się po Louvainie - w jego słowach i gestach było coś niepokojącego, coś, co z jednej strony fascynowało, a z drugiej wprowadzało nieustanną obawę.
- Nie potrafię szyć - odparła cicho, zerkając na mężczyznę, który wyglądał dziś zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Ten jego mugolski styl ubioru zdawał się niemal kpiną wobec wszystkiego, co reprezentował sobą na co dzień. Czy to jakiś test? A może próba udowodnienia, że można wtopić się w tłum, nie tracąc przy tym własnej tożsamości? Scylla miała swoje podejrzenia, ale nie zamierzała ich teraz wyjawiać. Nie miała też zamiaru komentować tego, jak Lestrange wyglądał - ostatnim razem, gdy wygłosiła w jego kierunku krytykę, chyba nie przyjął jej najlepiej. - Niemniej dziękuję - przypomniała sobie o przyzwoitej reakcji na komplement, a potem uśmiechnęła się wręcz mechanicznie, choć nadal sympatycznie. Nie wydawała się nieuprzejma, co najwyżej nieobyta w wymianie grzeczności.
Zanurkowała dłonią w kieszeni płaszcza.
- To dla ciebie - oznajmiła, podając mu pojedynczą kartę tarota. Dziesiątka buław - arkana mówiąca o osobie ambitnej, często nadmiernie, która dąży do perfekcji i własnych ideałów w sposób uparty. O kimś, kto lubi przewodzić. - Nie znam cię wystarczająco dobrze, więc pozwoliłam sobie najpierw zapytać kart, co sądzą o kimś, kto zaprosił mnie na spacer po ciemku i to jeszcze w takiej... szemranej okolicy - oświadczyła bez cienia wstydu, choć była pewna doza obrzydzenia w jej spojrzeniu, kiedy wiodła nim po rzędach szeregowców. Nie była snobką, ale wiedziała, jaki rodzaj ludzi tutaj zamieszkiwał. Czuła się, jakby wpadła w gniazdo jadowitych mrówek, które na szczęście jeszcze nie zdążyły zauważyć jej obecności i obleźć całego ciała. Gdyby nie gwarancja obecności Louvaina, nigdy w życiu nie postawiłaby stopy po mugolskiej stronie Londynu. Widać było po Scylli, że jest jakaś podminowana, może nawet nabuzowana. Czuć było bijący od niej dyskomfort. Nie chciała tu być.
- Chyba wiem, kto tutaj mieszka. Pachnie... znajomo - wyrwała nagle, wpatrując się ewidentnie w drzwi domu Gilesa. Z jej perspektywy było to perfekcyjnie zrozumiałe, normalne stwierdzenie, więc nie spieszyła z wyjaśnieniami. Niby nie dzieliła się chętnie informacją o rodzinnej przypadłości, a jednak nie przeszło jej przez myśl, że takie wyznanie mogło wydawać się dla postronnej osoby zwyczajnie dziwne. - Czemu chciałeś się spotkać akurat tutaj? - Odwróciła głowę w kierunku Louvaina i chyba po raz pierwszy spojrzała mu prosto w oczy. Przelotnie, ale intensywnie. Jakby chciała poznać nie tylko jego odpowiedź, ale i drugie dno, które może w nich skrywać.
Rzut na wykaz intencji Louvaina
- Nie potrafię szyć - odparła cicho, zerkając na mężczyznę, który wyglądał dziś zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Ten jego mugolski styl ubioru zdawał się niemal kpiną wobec wszystkiego, co reprezentował sobą na co dzień. Czy to jakiś test? A może próba udowodnienia, że można wtopić się w tłum, nie tracąc przy tym własnej tożsamości? Scylla miała swoje podejrzenia, ale nie zamierzała ich teraz wyjawiać. Nie miała też zamiaru komentować tego, jak Lestrange wyglądał - ostatnim razem, gdy wygłosiła w jego kierunku krytykę, chyba nie przyjął jej najlepiej. - Niemniej dziękuję - przypomniała sobie o przyzwoitej reakcji na komplement, a potem uśmiechnęła się wręcz mechanicznie, choć nadal sympatycznie. Nie wydawała się nieuprzejma, co najwyżej nieobyta w wymianie grzeczności.
Zanurkowała dłonią w kieszeni płaszcza.
- To dla ciebie - oznajmiła, podając mu pojedynczą kartę tarota. Dziesiątka buław - arkana mówiąca o osobie ambitnej, często nadmiernie, która dąży do perfekcji i własnych ideałów w sposób uparty. O kimś, kto lubi przewodzić. - Nie znam cię wystarczająco dobrze, więc pozwoliłam sobie najpierw zapytać kart, co sądzą o kimś, kto zaprosił mnie na spacer po ciemku i to jeszcze w takiej... szemranej okolicy - oświadczyła bez cienia wstydu, choć była pewna doza obrzydzenia w jej spojrzeniu, kiedy wiodła nim po rzędach szeregowców. Nie była snobką, ale wiedziała, jaki rodzaj ludzi tutaj zamieszkiwał. Czuła się, jakby wpadła w gniazdo jadowitych mrówek, które na szczęście jeszcze nie zdążyły zauważyć jej obecności i obleźć całego ciała. Gdyby nie gwarancja obecności Louvaina, nigdy w życiu nie postawiłaby stopy po mugolskiej stronie Londynu. Widać było po Scylli, że jest jakaś podminowana, może nawet nabuzowana. Czuć było bijący od niej dyskomfort. Nie chciała tu być.
- Chyba wiem, kto tutaj mieszka. Pachnie... znajomo - wyrwała nagle, wpatrując się ewidentnie w drzwi domu Gilesa. Z jej perspektywy było to perfekcyjnie zrozumiałe, normalne stwierdzenie, więc nie spieszyła z wyjaśnieniami. Niby nie dzieliła się chętnie informacją o rodzinnej przypadłości, a jednak nie przeszło jej przez myśl, że takie wyznanie mogło wydawać się dla postronnej osoby zwyczajnie dziwne. - Czemu chciałeś się spotkać akurat tutaj? - Odwróciła głowę w kierunku Louvaina i chyba po raz pierwszy spojrzała mu prosto w oczy. Przelotnie, ale intensywnie. Jakby chciała poznać nie tylko jego odpowiedź, ale i drugie dno, które może w nich skrywać.
Rzut na wykaz intencji Louvaina
Rzut PO 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga