23.12.2024, 03:27 ✶
Uśmiechnął się. Tak właściwie to zadrżały mu kąciki ust. Trudno byłoby to nazwać uśmiechem, szczególnie, że nie objąłby on oczu. Jednakże słowa Geraldine dotyczące genezy imienia zwierzęcia bardzo nieznacznie go rozbawiły. To było tak proste, że aż na swój sposób doskonałe. Ona była doskonała. Zawsze.
To bolało.
Tak samo jak oddychanie i odpychanie od siebie tych wszystkich myśli. Nawet podczas tak banalnej rozmowy, która mimo wszystko raz za razem przypominała mu o tym, co stracił.
- Uwierz mi, że jak zechce to doskoczy - tym razem nawet ewidentnie się uśmiechnął, może trochę ironicznie i z przekąsem, ale było to wyraźnie wyczuwalne w dotychczas ponurym tonie jego głosu.
Nie mówił, że dobrze zrobiła, że zadbała o to, aby nie mieć problemu. Nie sądził, aby potrzebowała jego pochwał. Nie był osobą, od której mogłaby oczekiwać aprobaty. Kiedyś to było ich wspólne marzenie, lecz teraz sama dbała o to, aby je spełnić. Tak jak wiele innych.
Jak to się stało, że będąc sobie tak bliscy, teraz tak bardzo się od siebie oddalili? W rok przeżyli dekady. Nie musiał pytać, aby to dostrzegać. Widział, że los ich nie oszczędzał. Zupełnie tak, jakby nagle pękła tama, którą wspólnie budowali, bo nikt nie dostrzegł małej rysy, i nagle wylało się na nich siedem lat powstrzymywanych nieszczęść.
Trudno było z tym walczyć. Nawet jeśli nie miało się tendencji do płynięcia z nurtem rzeki, po pewnym czasie ramiona zaczynały piec a siły opadały. Pojawiała się bierność. Nie pogodzenie z losem, ono nie miało nadejść. Bierność za to tak. Uodpornienie na ciosy poprzez przyjmowanie ich z cynizmem i rozgoryczeniem.
- Naprawdę nie sądzę - skwitowałby to machnięciem ręką, gdyby nie trzymał ich na plecach Geraldine, obejmując ją ramionami i na krótką chwilę ponownie opierając głowę na ramieniu dziewczyny.
Tyle tylko, że tym razem nie czołem a podbródkiem. Tuż przy jej uchu, ogarniając je ciepłym oddechem i szeptem niemal niesłyszalnym w jękach wiatru za oknami.
- Naprawdę nie sądzę, że w tym wypadku może być jeszcze jakieś gorzej - rozwinął, nie wahając się przed cichym, jednak bardzo wymownym skomentowaniem jej słów.
Jasne. Los był przekorny. Wprost uwielbiał pokazywać Greengrassowi jak bardzo Ambroise się mylił, ale w tym jednym przypadku raczej naprawdę nie istniało już żadne gorzej. Wszystkie najgorsze rzeczy już się wydarzyły. Otchłań otworzyła się prawie dwa lata temu, teraz jedynie wylewały się z niej coraz to nowsze demony.
W takich chwilach jak ta teraz można było bardzo łatwo pomylić rzeczywistość ze złudzeniami. Przynajmniej tak mu się niegdyś wydawało. Obecnie usiłował się pilnować. Ten poranek był dowodem na to, że nie do końca mu wychodziło, jednakże teraz naprawdę próbował.
Nie chciał jej w to wciągać. Nie głębiej niż już to zrobił. Ten wieczór, ta noc była przedsmakiem tego jak to mogłoby wyglądać i...
...nie chciała tego. Próbowała, była przy nim tak jak o tym mówiła, ale nie wiedziała, na co by się pisała. Nie miała pojęcia.
Myślę, że teraz raczej będzie trudno.
To także były zatrważająco pozytywne słowa, bo umieściła w nich to jedno określenie - raczej. Zupełnie tak, jakby nadal upierała się przy tym, że deszcz kiedyś przestanie padać, że kiedyś wreszcie znowu zaświeci słońce. Wydawało, jakby minęły lata odkąd zaczęło grzmieć, a ona w dalszym ciągu trwała przy tych słowach. Raczej. Jeszcze będzie dobrze.
- Jak masz zamiar iść dalej, nigdy nie wiedząc na pewno, czy jeszcze kiedyś zaświeci słońce? - Mógłby ją spytać, unosząc głowę.
Zamiast tego wybrał jednak coś zupełnie innego. Prostsze, choć może wcale nie łatwiejsze pytanie. Co tak właściwie usiłowali teraz osiągnąć? Co robili, siedząc tu przy sobie i czemu to robili? Poszukiwali nowej drogi, nadziei tam, gdzie jej nie było? Powtarzali te same błędy? Karmili się tymi samymi kłamstwami, nawet jeśli bańka już pękła?
Bo chcę nie było odpowiedzią. Pokręcił głową. Może to lepiej, że nie mogli sobie teraz patrzeć w oczy. Może to gorzej.
- Dobrze wiesz, co robimy - odpowiedział praktycznie bez chwili namysłu, choć spokojnie i cicho.
Nie musieli sobie tego wyjaśniać. Już to kiedyś przechodzili, choć w innej formie. Łatwiejszej, w której wszystko zależało wyłącznie od nich, ich prywatnych mentalnych ograniczeń i nadmiernej samokontroli. Wtedy cholernie mocno się miotali. Motali się, kręcili, nie mogli zaznać spokoju.
Teraz? Zaczynało być podobnie. Tyle tylko, że trudniej. Dokładnie tak jak to Geraldine powiedziała: myślę, że teraz raczej będzie trudno i w istocie było. Już teraz. Między nimi, nawet pomimo praktycznego braku fizycznego dystansu, bo w dalszym ciągu obejmował ją jak rozbitek na falach.
Wyrzucał to sobie. Może nie było tego po nim widać (już nie), ale wewnątrz w dalszym ciągu toczył walkę. Ten typ mentalnej wojny, która chyba nigdy nie miała wygasnąć. Szczególnie obecnie - przy świadomości tego, że cokolwiek było między nimi, nie wygasło mimo upływu czasu i nie miało do końca zgasnąć, nawet jeśli powiedzieli sobie tak wiele gorzkich słów.
Paradoksalnie te słowa wypowiedziane na ganku wcale nie poprawiły czegokolwiek. Określenie, którego użyli i rola, jaką sobie tam nadali brzmiały cholernie mocno jak niegdysiejszy najlepszy przyjaciel.
Niczym kolejny błąd, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że w tym przypadku sytuacja miała wyglądać inaczej niż wtedy, bo mieli się unikać, nie spędzać ze sobą każdą możliwą chwilę. To nie było pocieszająco.
- Więc będziemy rozmawiać jak sojusznicy - w jego słowach kryło się coś na kształt pytania, ten konkretny ton, ale nie pytał, raczej stwierdzał gorzki fakt - utrzymywać granice, ważyć słowa, wszystko, żeby się sobie nawzajem nie narzucać - brzmiało to gorzko, lecz przede wszystkim zmęczenie, bo w istocie był tym zmęczony a przecież dopiero zaczęli to robić.
W dodatku całkowicie przecząc w tym sobie poprzez te wszystkie gesty wykluczające tę neutralność.
- Nasz sojusz nie wypali - nawet nie próbował mówić czegoś w rodzaju: nie sądzę, że nasz sojusz wypali, bo to byłoby zbyt dużym zakrzywianiem rzeczywistości, nawet jak na nich a byli w tym naprawdę nieźli. - Nie potrafię tylko z tobą rozmawiać - trzeba to było wyjaśnić, nawet jeśli chyba oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę. - Nie mogę cię ciągnąć na dno. Nie mogę tylko z tobą rozmawiać. Nie mogę z tobą nie rozmawiać. Nie po tym wszystkim. Być blisko. Nie być. Trzymać dystans. Mieć świadomość, że znowu się mijamy - sama widziała jak okrutnie skomplikowana była ta sytuacja.
Nie trudna, nie łatwa. Pogmatwana, popierdolona, pełna wszystkich możliwych emocji, które powinny tam być i przed którymi uciekali, jak i tych, których nigdy tu nie chcieli a które i tak się pojawiły. Jak senne mary. Koszmary. Tyle tylko, że na jawie.
- Wszystko dziś spierdoliliśmy - i nie było możliwości, aby to cofnąć, ale płynięcie z nurtem też nie brzmiało jak możliwość.
Co nią było?
To bolało.
Tak samo jak oddychanie i odpychanie od siebie tych wszystkich myśli. Nawet podczas tak banalnej rozmowy, która mimo wszystko raz za razem przypominała mu o tym, co stracił.
- Uwierz mi, że jak zechce to doskoczy - tym razem nawet ewidentnie się uśmiechnął, może trochę ironicznie i z przekąsem, ale było to wyraźnie wyczuwalne w dotychczas ponurym tonie jego głosu.
Nie mówił, że dobrze zrobiła, że zadbała o to, aby nie mieć problemu. Nie sądził, aby potrzebowała jego pochwał. Nie był osobą, od której mogłaby oczekiwać aprobaty. Kiedyś to było ich wspólne marzenie, lecz teraz sama dbała o to, aby je spełnić. Tak jak wiele innych.
Jak to się stało, że będąc sobie tak bliscy, teraz tak bardzo się od siebie oddalili? W rok przeżyli dekady. Nie musiał pytać, aby to dostrzegać. Widział, że los ich nie oszczędzał. Zupełnie tak, jakby nagle pękła tama, którą wspólnie budowali, bo nikt nie dostrzegł małej rysy, i nagle wylało się na nich siedem lat powstrzymywanych nieszczęść.
Trudno było z tym walczyć. Nawet jeśli nie miało się tendencji do płynięcia z nurtem rzeki, po pewnym czasie ramiona zaczynały piec a siły opadały. Pojawiała się bierność. Nie pogodzenie z losem, ono nie miało nadejść. Bierność za to tak. Uodpornienie na ciosy poprzez przyjmowanie ich z cynizmem i rozgoryczeniem.
- Naprawdę nie sądzę - skwitowałby to machnięciem ręką, gdyby nie trzymał ich na plecach Geraldine, obejmując ją ramionami i na krótką chwilę ponownie opierając głowę na ramieniu dziewczyny.
Tyle tylko, że tym razem nie czołem a podbródkiem. Tuż przy jej uchu, ogarniając je ciepłym oddechem i szeptem niemal niesłyszalnym w jękach wiatru za oknami.
- Naprawdę nie sądzę, że w tym wypadku może być jeszcze jakieś gorzej - rozwinął, nie wahając się przed cichym, jednak bardzo wymownym skomentowaniem jej słów.
Jasne. Los był przekorny. Wprost uwielbiał pokazywać Greengrassowi jak bardzo Ambroise się mylił, ale w tym jednym przypadku raczej naprawdę nie istniało już żadne gorzej. Wszystkie najgorsze rzeczy już się wydarzyły. Otchłań otworzyła się prawie dwa lata temu, teraz jedynie wylewały się z niej coraz to nowsze demony.
W takich chwilach jak ta teraz można było bardzo łatwo pomylić rzeczywistość ze złudzeniami. Przynajmniej tak mu się niegdyś wydawało. Obecnie usiłował się pilnować. Ten poranek był dowodem na to, że nie do końca mu wychodziło, jednakże teraz naprawdę próbował.
Nie chciał jej w to wciągać. Nie głębiej niż już to zrobił. Ten wieczór, ta noc była przedsmakiem tego jak to mogłoby wyglądać i...
...nie chciała tego. Próbowała, była przy nim tak jak o tym mówiła, ale nie wiedziała, na co by się pisała. Nie miała pojęcia.
Myślę, że teraz raczej będzie trudno.
To także były zatrważająco pozytywne słowa, bo umieściła w nich to jedno określenie - raczej. Zupełnie tak, jakby nadal upierała się przy tym, że deszcz kiedyś przestanie padać, że kiedyś wreszcie znowu zaświeci słońce. Wydawało, jakby minęły lata odkąd zaczęło grzmieć, a ona w dalszym ciągu trwała przy tych słowach. Raczej. Jeszcze będzie dobrze.
- Jak masz zamiar iść dalej, nigdy nie wiedząc na pewno, czy jeszcze kiedyś zaświeci słońce? - Mógłby ją spytać, unosząc głowę.
Zamiast tego wybrał jednak coś zupełnie innego. Prostsze, choć może wcale nie łatwiejsze pytanie. Co tak właściwie usiłowali teraz osiągnąć? Co robili, siedząc tu przy sobie i czemu to robili? Poszukiwali nowej drogi, nadziei tam, gdzie jej nie było? Powtarzali te same błędy? Karmili się tymi samymi kłamstwami, nawet jeśli bańka już pękła?
Bo chcę nie było odpowiedzią. Pokręcił głową. Może to lepiej, że nie mogli sobie teraz patrzeć w oczy. Może to gorzej.
- Dobrze wiesz, co robimy - odpowiedział praktycznie bez chwili namysłu, choć spokojnie i cicho.
Nie musieli sobie tego wyjaśniać. Już to kiedyś przechodzili, choć w innej formie. Łatwiejszej, w której wszystko zależało wyłącznie od nich, ich prywatnych mentalnych ograniczeń i nadmiernej samokontroli. Wtedy cholernie mocno się miotali. Motali się, kręcili, nie mogli zaznać spokoju.
Teraz? Zaczynało być podobnie. Tyle tylko, że trudniej. Dokładnie tak jak to Geraldine powiedziała: myślę, że teraz raczej będzie trudno i w istocie było. Już teraz. Między nimi, nawet pomimo praktycznego braku fizycznego dystansu, bo w dalszym ciągu obejmował ją jak rozbitek na falach.
Wyrzucał to sobie. Może nie było tego po nim widać (już nie), ale wewnątrz w dalszym ciągu toczył walkę. Ten typ mentalnej wojny, która chyba nigdy nie miała wygasnąć. Szczególnie obecnie - przy świadomości tego, że cokolwiek było między nimi, nie wygasło mimo upływu czasu i nie miało do końca zgasnąć, nawet jeśli powiedzieli sobie tak wiele gorzkich słów.
Paradoksalnie te słowa wypowiedziane na ganku wcale nie poprawiły czegokolwiek. Określenie, którego użyli i rola, jaką sobie tam nadali brzmiały cholernie mocno jak niegdysiejszy najlepszy przyjaciel.
Niczym kolejny błąd, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że w tym przypadku sytuacja miała wyglądać inaczej niż wtedy, bo mieli się unikać, nie spędzać ze sobą każdą możliwą chwilę. To nie było pocieszająco.
- Więc będziemy rozmawiać jak sojusznicy - w jego słowach kryło się coś na kształt pytania, ten konkretny ton, ale nie pytał, raczej stwierdzał gorzki fakt - utrzymywać granice, ważyć słowa, wszystko, żeby się sobie nawzajem nie narzucać - brzmiało to gorzko, lecz przede wszystkim zmęczenie, bo w istocie był tym zmęczony a przecież dopiero zaczęli to robić.
W dodatku całkowicie przecząc w tym sobie poprzez te wszystkie gesty wykluczające tę neutralność.
- Nasz sojusz nie wypali - nawet nie próbował mówić czegoś w rodzaju: nie sądzę, że nasz sojusz wypali, bo to byłoby zbyt dużym zakrzywianiem rzeczywistości, nawet jak na nich a byli w tym naprawdę nieźli. - Nie potrafię tylko z tobą rozmawiać - trzeba to było wyjaśnić, nawet jeśli chyba oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę. - Nie mogę cię ciągnąć na dno. Nie mogę tylko z tobą rozmawiać. Nie mogę z tobą nie rozmawiać. Nie po tym wszystkim. Być blisko. Nie być. Trzymać dystans. Mieć świadomość, że znowu się mijamy - sama widziała jak okrutnie skomplikowana była ta sytuacja.
Nie trudna, nie łatwa. Pogmatwana, popierdolona, pełna wszystkich możliwych emocji, które powinny tam być i przed którymi uciekali, jak i tych, których nigdy tu nie chcieli a które i tak się pojawiły. Jak senne mary. Koszmary. Tyle tylko, że na jawie.
- Wszystko dziś spierdoliliśmy - i nie było możliwości, aby to cofnąć, ale płynięcie z nurtem też nie brzmiało jak możliwość.
Co nią było?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down