23.12.2024, 14:45 ✶
- Nie, nie potrafiliśmy. Zresztą - nieznacznie się uśmiechnął, kręcąc głową i oddychając cicho w szyję Geraldine, czując jak jej włosy łaskoczą go w twarz tak jak wtedy, gdy było między nimi dobrze i takie momenty nie były niczym zdrożnym - nie było sensu, prawda? Było nam lepiej bez tego - dystans nie był czymś, co działało w ich przypadku.
Wręcz przeciwnie. Wprowadzał wyłącznie zamieszanie i zbędne cierpienie. Kiedyś mieli te same zamiary. Identyczne intencje, założenia i pragnienia. Dystansowanie się od siebie nawzajem było głupie. Skazane na porażkę, bo oboje chcieli tego samego, oboje byli w stanie po to sięgnąć. Nie potrzebowali wiele więcej niż ten jeden moment pęknięcia, aby przestać błądzić we mgle.
To było łatwe, naturalne, właściwe. Ich nowa rzeczywistość taka nie była. Ponownie narzucali sobie pompatycznie brzmiące role, choć doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie miały wypalić. Nie, gdy nawet teraz nie szanowali tych sztucznych granic, lgnąc do siebie. On do niej lgnął, nawet jeśli w słowach ponownie próbował ją odepchnąć.
Gesty mówiły co innego. Były czułe, ale nie w ten neutralny, przyjacielski sposób. Nie mieli sojuszu. Nie mogli go mieć.
- A co innego nam pozostaje? - Chyba wcale nie potrzebował słyszeć odpowiedzi na to pytanie.
Już raz przeszli przez podobną rozmowę. Nie przyniosła im niczego prócz zniszczenia i pożogi. W zaledwie kilkanaście minut roznieśli w pył wiele wspólnych lat. Zrujnowali wspomnienia, bo nie byli w stanie odnaleźć wspólnego języka.
Teraz nie chciał się z nią kłócić. Nie musiał o tym mówić. Dawał to do zrozumienia wszystkim, co teraz robił. Tym uściskiem, podbródkiem opartym o ramię Geraldine, spokojnym, choć cholernie smutnym i przygaszonym tonem głosu. Nie chciał ponownie prowadzić wojen. Po prostu nie wiedział. Próbował zrozumieć coś, na co chyba nie było żadnej logicznej odpowiedzi.
Tak wyglądał ten nowy piękny świat - chaos i zagubienie, próba walki z wiatrakami, odnalezienia się w rzeczywistości, która nic nie dawała. Tym bardziej nie odpowiedzi. Wyłącznie odbierała. Przecież oboje zdawali sobie z tego sprawę.
- Wiesz, że to nie jest prawda. Dno ma wiele warstw mułu - zaprzeczył, głęboko oddychając i kręcąc głową.
Nie mogli pomijać tego wszystkiego, co działo się dookoła nich. Tego, co już się stało. Kiedy wydawało się, że nie może być już gorzej, działy się kolejne rzeczy jeszcze bardziej ich pogrążające. Geraldine usiłowała mówić, próbowała twierdzić, że jego niebo nie było czarne a jej szare. Tak, ten sam deszcz padał im na głowę. Tak, znaleźli się w tym samym bagnie, ale były różne stopnie pogrążenia.
Nie upodliła się aż tak bardzo. Nieważne, co zrobiła w przeciągu tego półtora roku. Zawsze była lepsza i miała taka pozostać. Nie chciał pociągnąć jej na dno, nie chciał jej utopić w tym wszystkim, pogrążyć ją w mule tak bardzo, że już by się stamtąd nie wydostała. Przecież wiedzieli jak to wyglądało.
A jednak jak na złość nie był w stanie ponownie jej odtrącić. Nie teraz. Nie fizycznie. W dalszym ciągu ją obejmował. Nadal muskał oddechem jej skórę. Wciąż nader wszystko pragnął przyłożyć wargi do ciepłej szyi dziewczyny, opierając usta na miękkiej skórze i sunąc po niej aż do ucha, szepcząc, że może jednak wszystko będzie dobrze. Jeśli tylko tego zechcą.
Ale życie tak nie działało. Nigdy nie miało.
- I wiesz, że nie mogę się z tobą nie zgodzić - nie wiedział, czy chciała, żeby jej zaprzeczył.
Tak na pewno byłoby łatwiej. Gdyby był w stanie powiedzieć Yaxleyównie, że racja leży gdzieś indziej. Nawet nie musiał patrzeć jej w oczy, bo nieprzenikniona ciemność stanowiła zasłonę dla wszystkich niewerbalnych prawd.
Tyle tylko, że nie chciał jej okłamywać. Od samego początku serii tych kurewsko trudnych rozmów, Ambroise nawet nie starał się mówić czegoś, co z pozoru byłoby łatwiejsze od większości tego, co padło z jego ust i było szczere.
Mógłby zacząć od wierutnego kłamstwa. Powiedzieć ukochanej, że jej nie kocha. Sprowadzić to do wypalonych uczuć. Do obojętności i spowszednienia ich wspólnego życia. Nudy, narastającej obojętności, wrażenia zamknięcia w złotej klatce. Tyle tylko, że to nie byłyby prawdziwe słowa.
Wiele razy myślał o tym, co będzie, jeśli się spotkają. Kiedyś musieli. Przy dzieleniu tych samych miejsc musieli to zrobić. Prędzej czy później mieli prowadzić tę rozmowę, którą tak bardzo spierdolili, niszcząc wszystko, co kiedykolwiek było istotne, wszystkie wspomnienia.
Myślał o tym, co jej wtedy powie. Kłamstwo o braku uczuć wydawało się najlepszą możliwą zasłoną dymną. Czymś, co by ich od siebie odwiodło. A jednak, gdy przyszło co do czego nie potrafił tego zrobić. Powiedział prawdę i ta prawda bolała. Nie mieli mieć tego ponownie, nie chciał tego z nikim innym. Tylko z nią, jedynie z nią.
A to przepadło. Bezpowrotnie.
- To było dla nas najlepsze i nigdy nie powtórzy się z nikim innym - stwierdził z niezmąconą pewnością siebie, bo nawet jeśli życzył jej szczęścia i tego, aby odnalazła nową drogę w swoim życiu, właściwszą drogę, to gdzieś tam zdawał sobie sprawę z tego, że to co mieli było wyjątkowe.
Dla niego, dla niej, dla nich, nawet jeśli oni już nie istnieli. Może nie rozmawiali o tym zbyt często, nie poruszali tego tematu, ale gdy to robili, tkwił w tym ten rodzaj niezachwianej pewności, którego Roise nie miał przy nikim innym. Przy niczym innym też nie, bo niczego nie był tak pewien jak tego. Nie pracy, nie pozycji, nie dalszej ścieżki, nie bez niej u boku. Nie bez siebie przy niej.
A jednak oto tu siedzieli. Blisko, lecz jednocześnie bardzo daleko. W zupełnych ciemnościach, które w tym momencie dawały im jednocześnie schronienie przed bolesną prawdą, jak też były częścią tej mącącej, bardzo mrocznej siły, która pojawiła się nieproszona. Nie chcieli jej w swoim domu, usiłowali z nią walczyć, dystansować się i zapewniać sobie wsparcie, bezpieczeństwo.
Jak żałośnie krótko im to wychodziło? Nie byli w stanie poradzić sobie z widmami dłużej niż kilka miesięcy. Pół roku, chyba nawet niecałe. A potem? Później nadeszło, bo czas nie zatrzymał się na tamtym mroźnym poranku. Trwało już półtora roku. Sytuacja wyłącznie się pogarszała. Bagno stawało się coraz głębsze.
Tego wieczoru... ...a może w istocie tamtego?... ...musiało być już po północy, miał takie wrażenie... ...tamtego-tego wieczoru chwycili łopaty w ręce, lecz nie po to, żeby przynieść sobie ulgę, wydostać się na powierzchnię. Nie stworzyli sobie kanału. Dobili to ciosem w głowę i pochowali ze sobą w mule.
Czemu? Nie wiedział, ale miała rację, gdy powiedziała, że to nie był świeży trup. Raczej inferius, bo wbrew temu, co dawali sobie przez kilka godzin - nie mogli tego nazwać ożywieńcem. To w dalszym ciągu były zwłoki przeszłości.
- Spierdoliliśmy to już dawno temu, ale dziś to dobiliśmy - odpowiedział ciężkim, ponurym tonem pozbawionym czegokolwiek prócz zmęczenia.
Nie było w nim nadziei, nie było pogłębionego żalu, bo ten już dawno temu zaczął przytłaczać wszystko inne i stał się stałym elementem rzeczywistości. A nader wszystko nie było tu miejsca na pogodzenie się z nową sytuacją - poprawił się zgodnie z tym, czego chciała, bo miała rację. Spierdolili to już dawno temu. Mówili o faktach, lecz to nie brzmiało właściwie.
Co gorsza, Ambroise naprawdę nie sądził, aby istniało coś, co miałoby właściwsze brzmienie. To było jedno wielkie, głębokie bagno. Brodzili w nim po pas. Tyle tylko, że wbrew słowom Geraldine, wciąż był przekonany o tym, że on głębiej. Wyciągając ku niej rękę i udając, że wszystko jeszcze będzie pięknie, w istocie tylko głębiej by ją wciągnął. Więc czemu siedzieli w uścisku, pozwalając sobie na coś, co już nie było ich?
Wręcz przeciwnie. Wprowadzał wyłącznie zamieszanie i zbędne cierpienie. Kiedyś mieli te same zamiary. Identyczne intencje, założenia i pragnienia. Dystansowanie się od siebie nawzajem było głupie. Skazane na porażkę, bo oboje chcieli tego samego, oboje byli w stanie po to sięgnąć. Nie potrzebowali wiele więcej niż ten jeden moment pęknięcia, aby przestać błądzić we mgle.
To było łatwe, naturalne, właściwe. Ich nowa rzeczywistość taka nie była. Ponownie narzucali sobie pompatycznie brzmiące role, choć doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie miały wypalić. Nie, gdy nawet teraz nie szanowali tych sztucznych granic, lgnąc do siebie. On do niej lgnął, nawet jeśli w słowach ponownie próbował ją odepchnąć.
Gesty mówiły co innego. Były czułe, ale nie w ten neutralny, przyjacielski sposób. Nie mieli sojuszu. Nie mogli go mieć.
- A co innego nam pozostaje? - Chyba wcale nie potrzebował słyszeć odpowiedzi na to pytanie.
Już raz przeszli przez podobną rozmowę. Nie przyniosła im niczego prócz zniszczenia i pożogi. W zaledwie kilkanaście minut roznieśli w pył wiele wspólnych lat. Zrujnowali wspomnienia, bo nie byli w stanie odnaleźć wspólnego języka.
Teraz nie chciał się z nią kłócić. Nie musiał o tym mówić. Dawał to do zrozumienia wszystkim, co teraz robił. Tym uściskiem, podbródkiem opartym o ramię Geraldine, spokojnym, choć cholernie smutnym i przygaszonym tonem głosu. Nie chciał ponownie prowadzić wojen. Po prostu nie wiedział. Próbował zrozumieć coś, na co chyba nie było żadnej logicznej odpowiedzi.
Tak wyglądał ten nowy piękny świat - chaos i zagubienie, próba walki z wiatrakami, odnalezienia się w rzeczywistości, która nic nie dawała. Tym bardziej nie odpowiedzi. Wyłącznie odbierała. Przecież oboje zdawali sobie z tego sprawę.
- Wiesz, że to nie jest prawda. Dno ma wiele warstw mułu - zaprzeczył, głęboko oddychając i kręcąc głową.
Nie mogli pomijać tego wszystkiego, co działo się dookoła nich. Tego, co już się stało. Kiedy wydawało się, że nie może być już gorzej, działy się kolejne rzeczy jeszcze bardziej ich pogrążające. Geraldine usiłowała mówić, próbowała twierdzić, że jego niebo nie było czarne a jej szare. Tak, ten sam deszcz padał im na głowę. Tak, znaleźli się w tym samym bagnie, ale były różne stopnie pogrążenia.
Nie upodliła się aż tak bardzo. Nieważne, co zrobiła w przeciągu tego półtora roku. Zawsze była lepsza i miała taka pozostać. Nie chciał pociągnąć jej na dno, nie chciał jej utopić w tym wszystkim, pogrążyć ją w mule tak bardzo, że już by się stamtąd nie wydostała. Przecież wiedzieli jak to wyglądało.
A jednak jak na złość nie był w stanie ponownie jej odtrącić. Nie teraz. Nie fizycznie. W dalszym ciągu ją obejmował. Nadal muskał oddechem jej skórę. Wciąż nader wszystko pragnął przyłożyć wargi do ciepłej szyi dziewczyny, opierając usta na miękkiej skórze i sunąc po niej aż do ucha, szepcząc, że może jednak wszystko będzie dobrze. Jeśli tylko tego zechcą.
Ale życie tak nie działało. Nigdy nie miało.
- I wiesz, że nie mogę się z tobą nie zgodzić - nie wiedział, czy chciała, żeby jej zaprzeczył.
Tak na pewno byłoby łatwiej. Gdyby był w stanie powiedzieć Yaxleyównie, że racja leży gdzieś indziej. Nawet nie musiał patrzeć jej w oczy, bo nieprzenikniona ciemność stanowiła zasłonę dla wszystkich niewerbalnych prawd.
Tyle tylko, że nie chciał jej okłamywać. Od samego początku serii tych kurewsko trudnych rozmów, Ambroise nawet nie starał się mówić czegoś, co z pozoru byłoby łatwiejsze od większości tego, co padło z jego ust i było szczere.
Mógłby zacząć od wierutnego kłamstwa. Powiedzieć ukochanej, że jej nie kocha. Sprowadzić to do wypalonych uczuć. Do obojętności i spowszednienia ich wspólnego życia. Nudy, narastającej obojętności, wrażenia zamknięcia w złotej klatce. Tyle tylko, że to nie byłyby prawdziwe słowa.
Wiele razy myślał o tym, co będzie, jeśli się spotkają. Kiedyś musieli. Przy dzieleniu tych samych miejsc musieli to zrobić. Prędzej czy później mieli prowadzić tę rozmowę, którą tak bardzo spierdolili, niszcząc wszystko, co kiedykolwiek było istotne, wszystkie wspomnienia.
Myślał o tym, co jej wtedy powie. Kłamstwo o braku uczuć wydawało się najlepszą możliwą zasłoną dymną. Czymś, co by ich od siebie odwiodło. A jednak, gdy przyszło co do czego nie potrafił tego zrobić. Powiedział prawdę i ta prawda bolała. Nie mieli mieć tego ponownie, nie chciał tego z nikim innym. Tylko z nią, jedynie z nią.
A to przepadło. Bezpowrotnie.
- To było dla nas najlepsze i nigdy nie powtórzy się z nikim innym - stwierdził z niezmąconą pewnością siebie, bo nawet jeśli życzył jej szczęścia i tego, aby odnalazła nową drogę w swoim życiu, właściwszą drogę, to gdzieś tam zdawał sobie sprawę z tego, że to co mieli było wyjątkowe.
Dla niego, dla niej, dla nich, nawet jeśli oni już nie istnieli. Może nie rozmawiali o tym zbyt często, nie poruszali tego tematu, ale gdy to robili, tkwił w tym ten rodzaj niezachwianej pewności, którego Roise nie miał przy nikim innym. Przy niczym innym też nie, bo niczego nie był tak pewien jak tego. Nie pracy, nie pozycji, nie dalszej ścieżki, nie bez niej u boku. Nie bez siebie przy niej.
A jednak oto tu siedzieli. Blisko, lecz jednocześnie bardzo daleko. W zupełnych ciemnościach, które w tym momencie dawały im jednocześnie schronienie przed bolesną prawdą, jak też były częścią tej mącącej, bardzo mrocznej siły, która pojawiła się nieproszona. Nie chcieli jej w swoim domu, usiłowali z nią walczyć, dystansować się i zapewniać sobie wsparcie, bezpieczeństwo.
Jak żałośnie krótko im to wychodziło? Nie byli w stanie poradzić sobie z widmami dłużej niż kilka miesięcy. Pół roku, chyba nawet niecałe. A potem? Później nadeszło, bo czas nie zatrzymał się na tamtym mroźnym poranku. Trwało już półtora roku. Sytuacja wyłącznie się pogarszała. Bagno stawało się coraz głębsze.
Tego wieczoru... ...a może w istocie tamtego?... ...musiało być już po północy, miał takie wrażenie... ...tamtego-tego wieczoru chwycili łopaty w ręce, lecz nie po to, żeby przynieść sobie ulgę, wydostać się na powierzchnię. Nie stworzyli sobie kanału. Dobili to ciosem w głowę i pochowali ze sobą w mule.
Czemu? Nie wiedział, ale miała rację, gdy powiedziała, że to nie był świeży trup. Raczej inferius, bo wbrew temu, co dawali sobie przez kilka godzin - nie mogli tego nazwać ożywieńcem. To w dalszym ciągu były zwłoki przeszłości.
- Spierdoliliśmy to już dawno temu, ale dziś to dobiliśmy - odpowiedział ciężkim, ponurym tonem pozbawionym czegokolwiek prócz zmęczenia.
Nie było w nim nadziei, nie było pogłębionego żalu, bo ten już dawno temu zaczął przytłaczać wszystko inne i stał się stałym elementem rzeczywistości. A nader wszystko nie było tu miejsca na pogodzenie się z nową sytuacją - poprawił się zgodnie z tym, czego chciała, bo miała rację. Spierdolili to już dawno temu. Mówili o faktach, lecz to nie brzmiało właściwie.
Co gorsza, Ambroise naprawdę nie sądził, aby istniało coś, co miałoby właściwsze brzmienie. To było jedno wielkie, głębokie bagno. Brodzili w nim po pas. Tyle tylko, że wbrew słowom Geraldine, wciąż był przekonany o tym, że on głębiej. Wyciągając ku niej rękę i udając, że wszystko jeszcze będzie pięknie, w istocie tylko głębiej by ją wciągnął. Więc czemu siedzieli w uścisku, pozwalając sobie na coś, co już nie było ich?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down