23.12.2024, 14:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.12.2024, 14:57 przez Lyssa Dolohov.)
Nie mogła niestety aż tak sprawnie ocenić tego, czy gabinet Florence był rzeczywiście o wiele czystszy od reszty pomieszczeń, gdzie lekarze przyjmowali pacjentów. Głównie dlatego, że za często w Mungu nie bywała. Zawsze cieszyła się stosunkowo dobrym zdrowiem i od przyjazdu do Anglii jej stopa ani razu nie postała w tym przybytku. Przynajmniej nie jeśli chodziło o porady lekarskie we własnej sprawie. Bo i czemu by miała robić sobie takie wycieczki, kiedy w Prawach Czasu rezydowała jej własna, prywatna lekarka, która dodatkowo miała drzwi w drzwi z gabinetem Vakela swój własny gabinet lekarski? A pomijając kontrowersyjne wybory Annaleigh w sprawie radzenia sobie z emocjami Dolohova, to była bardzo dobrym lekarzem. Ba! Lyssa z pewną przekorą była w stanie stwierdzić, że właśnie ta jej biegłość w eliksirach było czymś co świadczyło o tym, jak dobrze sobie z nimi radziła.
Ale tego, co dolegało pannie Mulciber nie mógł wyleczyć żaden eliksir. Nie było też zaklęcia, które mogłaby rzucić Annaleight. Ale był też zupełnie inny problem - Lyssa zwyczajnie nie chciała, by macocha wiedziała o jej małym sekrecie, który wydawał jej się niezwykle niewłaściwy. Nie chciała, by ktokolwiek z rodziny wiedział, jak bardzo zabolało ją Beltane; jak przez głupi moment wpadła w sidła swoich własnych fantazji, gubiąc się w nich kompletnie i całkowicie. Im mocniej wspominała Alastora, tym więcej szczegółów w nim wydawało jej się nie do przyjęcia. Może i był nawet przystojny, ale musiałaby do tego nawet nie zmrużyć oczy, ale je całkowicie zamknąć. Głównie po to, żeby nie widzieć jego szczerbatego uśmiechu, ani pełnego niezręczności wyrazu twarzy, gdy tańczyła dookoła niego, tak łasa na chociażby odrobinę uwagi.
Tak samo nie chciała, by pani Dolohov dowiedziała się, że wianek na słup wniosła jej akurat dziewczyna. Co prawda Uli nawet nie znała i nie aspirowała do tego żeby ją poznać, ale społeczeństwo rządziło się własnymi regułami, które panna Mulciber zwyczajnie bardzo dobrze znała i nie potrzebowała do tego wychować się angielką. Nienawiść i niechęć do nieznanego była przecież uniwersalna.
Uśmiechnęła się Florence w łagodny sposób, słysząc odpowiedź - całe szczęście dla niej, chociaż i tak spodziewała się, że akurat jej alergen nie będzie składnikiem świeczek czy innych mieszanek potrzebnych do przeprowadzenia rytuału. Bezoar w końcu był uniwersalny, ale gdyby miał odpędzać klątwy, to już dawno łyknęłaby go, najlepiej na szpitalnym korytarzu, żeby szybciej ktoś zareagował na postępującą reakcję uczuleniową. Cierpliwie też wysłuchała kolejnych słów uzdrowicielki, zapamiętując kolejne instrukcje, a na koniec pokiwała głową, dając znać że zrozumiała i zwieńczyła to wszystko krótkim 'dobrze'.
Zajęła miejsce w wyznaczonym okręgu, splatając ręce w swobodnym geście przed sobą. Przymknęła nawet oczy, żeby ograniczyć docierające do niej bodźce, ale szept uzdrowicielki nie był aż tak łatwy do zignorowania. Trwał, podtrzymywał napięcie i przynajmniej był na tyle cichy, że Lyssa nie była w stanie rozróżnić poszczególnych jego słów. Pozostawała tylko niewyraźna melodia, gdzieś na granicy. Zapach ziół był drażniący i szybko myśli dziewczyny popłynęły gdzieś dalej, zupełnie w nieznane, wyrywając ją ze schludnego, trochę zbyt porządnego gabinetu lekarskiego. Stała odrobinę zbyt długo, wyraźnie zawieszona w przestrzeni, nawet kiedy Bulstrode wreszcie wywołała ją do tablicy. Mulciber, to chyba była ona.
- To tyle? - rzuciła niemrawo, rozglądając się po gabinecie i mimowolnie zaciskając palce dłoni nieco mocniej, jakby chcąc dodać kolejny bodziec i przywrócić myśli na właściwy tor. - Przepraszam, po prostu myślałam, że to... bardziej czasochłonne. Dużo było takich efektów ubocznych? Względem ilości przeprowadzonych łamań rytuałów.
Jakby się nad tym zastanowić, to nie czuła się źle. Właściwie to czuła się dokładnie tak samo, jak kiedy stanęła w drzwiach pani Bulstrode, jeszcze... kwadrans temu? Spojrzenie mimowolnie poleciało na zegarek, zmarszczeniem brwi komentując szybki upływ czasu. Ale może to i lepiej, że nie spędziła tutaj zbyt długo. Miała też nadzieję, nawet jest Ula wciąż pozostawała jej całkiem obca i w gruncie rzeczy to obojętna, że ona też nie czuła niczego złego w momencie kiedy więź została zerwana.
Ale tego, co dolegało pannie Mulciber nie mógł wyleczyć żaden eliksir. Nie było też zaklęcia, które mogłaby rzucić Annaleight. Ale był też zupełnie inny problem - Lyssa zwyczajnie nie chciała, by macocha wiedziała o jej małym sekrecie, który wydawał jej się niezwykle niewłaściwy. Nie chciała, by ktokolwiek z rodziny wiedział, jak bardzo zabolało ją Beltane; jak przez głupi moment wpadła w sidła swoich własnych fantazji, gubiąc się w nich kompletnie i całkowicie. Im mocniej wspominała Alastora, tym więcej szczegółów w nim wydawało jej się nie do przyjęcia. Może i był nawet przystojny, ale musiałaby do tego nawet nie zmrużyć oczy, ale je całkowicie zamknąć. Głównie po to, żeby nie widzieć jego szczerbatego uśmiechu, ani pełnego niezręczności wyrazu twarzy, gdy tańczyła dookoła niego, tak łasa na chociażby odrobinę uwagi.
Tak samo nie chciała, by pani Dolohov dowiedziała się, że wianek na słup wniosła jej akurat dziewczyna. Co prawda Uli nawet nie znała i nie aspirowała do tego żeby ją poznać, ale społeczeństwo rządziło się własnymi regułami, które panna Mulciber zwyczajnie bardzo dobrze znała i nie potrzebowała do tego wychować się angielką. Nienawiść i niechęć do nieznanego była przecież uniwersalna.
Uśmiechnęła się Florence w łagodny sposób, słysząc odpowiedź - całe szczęście dla niej, chociaż i tak spodziewała się, że akurat jej alergen nie będzie składnikiem świeczek czy innych mieszanek potrzebnych do przeprowadzenia rytuału. Bezoar w końcu był uniwersalny, ale gdyby miał odpędzać klątwy, to już dawno łyknęłaby go, najlepiej na szpitalnym korytarzu, żeby szybciej ktoś zareagował na postępującą reakcję uczuleniową. Cierpliwie też wysłuchała kolejnych słów uzdrowicielki, zapamiętując kolejne instrukcje, a na koniec pokiwała głową, dając znać że zrozumiała i zwieńczyła to wszystko krótkim 'dobrze'.
Zajęła miejsce w wyznaczonym okręgu, splatając ręce w swobodnym geście przed sobą. Przymknęła nawet oczy, żeby ograniczyć docierające do niej bodźce, ale szept uzdrowicielki nie był aż tak łatwy do zignorowania. Trwał, podtrzymywał napięcie i przynajmniej był na tyle cichy, że Lyssa nie była w stanie rozróżnić poszczególnych jego słów. Pozostawała tylko niewyraźna melodia, gdzieś na granicy. Zapach ziół był drażniący i szybko myśli dziewczyny popłynęły gdzieś dalej, zupełnie w nieznane, wyrywając ją ze schludnego, trochę zbyt porządnego gabinetu lekarskiego. Stała odrobinę zbyt długo, wyraźnie zawieszona w przestrzeni, nawet kiedy Bulstrode wreszcie wywołała ją do tablicy. Mulciber, to chyba była ona.
- To tyle? - rzuciła niemrawo, rozglądając się po gabinecie i mimowolnie zaciskając palce dłoni nieco mocniej, jakby chcąc dodać kolejny bodziec i przywrócić myśli na właściwy tor. - Przepraszam, po prostu myślałam, że to... bardziej czasochłonne. Dużo było takich efektów ubocznych? Względem ilości przeprowadzonych łamań rytuałów.
Jakby się nad tym zastanowić, to nie czuła się źle. Właściwie to czuła się dokładnie tak samo, jak kiedy stanęła w drzwiach pani Bulstrode, jeszcze... kwadrans temu? Spojrzenie mimowolnie poleciało na zegarek, zmarszczeniem brwi komentując szybki upływ czasu. Ale może to i lepiej, że nie spędziła tutaj zbyt długo. Miała też nadzieję, nawet jest Ula wciąż pozostawała jej całkiem obca i w gruncie rzeczy to obojętna, że ona też nie czuła niczego złego w momencie kiedy więź została zerwana.