23.12.2024, 21:37 ✶
Kącik ust Ambroisa mimowolnie powędrował w górę wraz z głębokim, rozdygotanym wciągnięciem powietrza do płuc przez nos. Nie chciał dawać tego do zrozumienia, ale tej nocy nie panował nad własnymi reakcjami. Prawdę mówiąc, nie tylko tej nocy - przez cały czas odkąd zjawili się w Piaskownicy, zachowywał się zupełnie nie tak jak zakładał.
Pozwalał sobie na spuszczenie gardy. Zaczął robić się ckliwy i sentymentalny zanim jeszcze doszedł do tego wniosku. Wyciągnął rękę w kierunku Geraldine, choć nie była już jego. Był gotowy złamać wszystkie swoje zasady i założenia, zbliżając się do niej mimo tego, że wtedy w jego głowie miała narzeczonego.
Nie miała, ustalili to, ale to nic nie ułatwiało. W dalszym ciągu powinni się pilnować. Ustalili, że będą dla siebie sojusznikami. Wystarczyło kilka chwil, aby ponownie złamali niepisane zasady tego układu. Nie potrzebowali wiele, aby znaleźć się tuż obok siebie. Tak - platonicznie, ale czy na pewno?
Próbowała go zrozumieć, nawet jeśli nie chciał, żeby musiała to robić, bo lepiej byłoby, gdyby po prostu się od niego odsunęła. Usiłowała dać mu ukojenie w chwilach załamania, którego nie powinna widzieć, ale nie odeszła (rano miał tego żałować, prawda? czuć wstyd i zażenowanie, upodlenie, ale jeszcze nie teraz). Obejmowała go i to przez chwilę działało.
Teraz przestawało, bo poruszone wspomnienia i cicha rozmowa szeptem sprawiały, że miał ochotę dotknąć wargami skóry dziewczyny w sposób, na który nie pozwalają sobie sojusznicy. Tylko tyle i aż tyle. Poczuć namiastkę tego, o czym mówili. Bycia szczęśliwym.
- Tak, było - temu też nie mógł zaprzeczyć.
Naprawdę ją kochał. Zarówno wtedy jak teraz. To nie wystarczało, nie mogło wystarczyć, ale było najprawdziwszą rzeczą, jaką mógł powiedzieć. Nie kłamał. Nie potrafił. Byłoby lepiej, gdyby to robił, jednakże zawsze miał pewność, że to by się nie powiodło.
Kiwnął głową. Nie, nie na wszystkie pytania mogli mieć odpowiedzi. W istocie. Jednakże w tym wypadku chyba powinni. Inaczej kręcili się w kółko. Na nowo, kolejny raz, ale teraz w trudniejszy sposób. Bez wizji przyszłości. Nie wspólnej.
- Mój muł - zawahał się; teraz dostrzegał jak absurdalnie to brzmi, ale nie było lepszego porównania - jest głęboko pod twoim. Tak. To na pewno, ale jednocześnie to inny rodzaj mułu, wiesz, wierz mi - gdyby to było takie proste, aby mógł to ująć w słowach i nie musiał uciekać się do mówienia jej, że musi (jasne, nic nie musiała) mu uwierzyć, pewnie byłoby znacznie lepiej.
Ale co miał jej powiedzieć? Już próbowali ze sobą rozmawiać. Nie tylko się zamotali, pogubili, lecz także przekroczyli przy tym wszystkie granice będące tam nie bez powodu. Nie chciał tego powtarzać. Tym bardziej, że to byłby naprawdę długi wywód, po którym jeszcze bardziej by go...
...może nie znienawidziła, bo nawet teraz po tym wszystkim nie czuł od niej nienawiści, ale na pewno nie patrzyłaby na niego w ten sam sposób. Byłoby znacznie gorzej. To byłoby to gorzej, o którego rzekomemu nieistnieniu mówili kilka chwil wcześniej. Ona by mu tego nie wybaczyła, on już sobie tego nie wybaczał.
Przez ostatnie lata podejmowali wiele trudnych decyzji. Raz za razem pakowali się w kłopoty po to, żeby jakoś je dźwignąć. Byli w stanie wrócić na prostą. Albo przynajmniej tak im się wydawało. W istocie w obliczu tego, co teraz wiedział, jedynie odwlekali własną klęskę. Przekładali wydanie wyroku a więc także egzekucję.
Odsyłali to wszystko do tego cholernego Wizengamotu, który pojawiał się w momencie, w którym wyłonienie zwycięzcy w konflikcie nie było możliwe. Tyle tylko, że w tym wypadku nie robili tego w stosunku do siebie nawzajem tylko w sporze z losem.
Aż wreszcie ten dzień, moment werdyktu musiał nadejść. Postawili wszystko na jedną kartę, zbudowali na niej wspólne życie i przegrali. Stracili dom, przyszłość, siebie nawzajem. Wszystko, na czym mu zależało, wszelkie plany przestały działać.
Powinien się cieszyć, że Geraldine realizuje choć część ze swoich założeń. Wzięła psy. No, jednego ukradła, ale to też było pewnego rodzaju wzięcie - wzięcie w ręce i spierdolenie. Poszukiwała sposobu na to, żeby wygrzebać się ze swojego mułu.
Nie mógł jej głębiej wciągać pod powierzchnię. Nie, gdy była coraz bliżej wyjścia. Szczególnie, że pozbyli się dopplegangera, więc mogła spróbować odetchnąć z ulgą. To nie miało być łatwe. Zdawał sobie z tego sprawę, ale przynajmniej była dla niej jakaś szansa.
Później? W przeciwieństwie do tego, co mu teraz mówiła, może czas mógł dla niej leczyć rany. Nie rok, nie dwa, nie pięć, nawet nie dziesięć. Była młoda, silna. Mogła mieć przyszłość przed sobą. Jeśli to miało być piętnaście albo dwadzieścia lat, nawet za tak długo to wciąż było warte walki.
Którą paradoksalnie było odpuszczenie. To był ten jeden przypadek, gdy bierność mogła pomóc. Zaniechanie mogło okazać się słuszne. Nawet, jeśli bolało i było trudne. Bo jak miał ją puścić, gdy ręce nie chciały go słuchać, ramiona zaciskały się wokół jej talii a usta same lgnęły do ciepłej skóry?
To było dokładnie to, czego chciał uniknąć wtedy tamtego zimnego poranka. Zwątpienie i słabość. Wrażenie, że mogą tak trwać. Nic się nie stanie, jeśli pozwolą sobie na jeszcze kilka minut. A później ponownie to odwleką. Jeszcze raz, znowu. Gdzieś pod skórą zdawał sobie sprawę z tego, że wtedy postąpił w tamten sposób, aby nie mierzyć się z tym, co czekało ich teraz.
- Robisz ze mnie najgorszego kłamcę - w tonie głosu, którym się odezwał brzmiało tyle samo taniego rozbawienia, co rozgoryczenia.
Lepiej byłoby, gdyby potrafił ją okłamać. Może wtedy całkowicie by go znienawidziła, ale nie czuliby się aż tacy zagubieni. Bowiem podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że oboje tacy są. Pogubieni, zagmatwani, szukający czegoś nawet tam, gdzie nie powinno tego być.
Świadczyły o tym gesty. Słowa nie musiały. Wystarczyło, że go obejmowała. Że on objął ją mocniej, jakby z obawą, gdy nagle przestała obejmować go jednym ramieniem. Nie chciał, by zdjęła ciepłą rękę z jego skóry. Nie spodziewał się jednak dotyku w sposób, w jaki mu go dała.
W pierwszej chwili zamarł. W kolejnej, gdy przesunęła palcami po jego szczęce, drgnął, przysuwając do nich wargi. Bardzo delikatnie, subtelnie i czule muskając ustami sam brzeg palców Geraldine. Odruchowo, bezmyślnie łapiąc się na tym po kilku sekundach. Odwrócił wzrok. Przestał.
- Nie, nie spaliliśmy - odmruknął na wydechu, starając się powstrzymać przed pochopnymi gwałtownymi ruchami.
Zastygł. Dalej obejmował Geraldine. W dalszym ciągu trzymał dłonie na jej plecach, jednak wzrokiem coraz bardziej uciekał w kierunku zarysu dłoni dziewczyny. Ledwo widocznej w ciemnościach, ale parzącej jego skórę. Palącej żywym ogniem kontrastującym z chłodem, który go ogarnął. Topił się pod tym dotykiem. Już nie tylko na falach, lecz niemal dosłownie się roztapiał.
Nie spalili tego - tak. Dobili, ale nie spopielili jeszcze wszystkiego, co pozostało. Powinni to zrobić. Nie powinni tego robić. Nie miał pojęcia, co należało a co nie, bo wszystko zrobiło się znacznie bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek mógłby pomyśleć. Tyle scenariuszy odtwarzanych w głowie i w żadnym nie przewidział, że będzie im tak trudno.
Nie pomyślałby, że usłyszy od niej to, co padło chwilę temu. Byli zgodni w tej jednej sprawie. W tym, że cokolwiek było między nimi, nie zniknęło. Oddalili się od siebie. Unikali się nawzajem przez wiele miesięcy, nie nawiązywali kontaktu, usiłowali zachowywać dystans. Tylko po to, aby w przeciągu kilku chwil przejść od ziania chłodem do czegoś palącego.
- Powinnaś - zaczął na nowo, powracając do tamtej chwili zanim rozproszyła go swoim dotykiem, do słów, które wtedy padły; zgadzał się z nimi, jakżeby mógł inaczej, ale to nic nie ułatwiało.
- Nie możesz nie próbować, przez to będzie tylko gorzej - powtórzył po niej, nawet jeśli te słowa paliły go żywym ogniem.
To, co mieli było wyjątkowe. To, na co zasługiwała jeszcze bardziej. Nie mógł jej tego odbierać. Ani zaoferować. Czuł się bezsilny.
Pozwalał sobie na spuszczenie gardy. Zaczął robić się ckliwy i sentymentalny zanim jeszcze doszedł do tego wniosku. Wyciągnął rękę w kierunku Geraldine, choć nie była już jego. Był gotowy złamać wszystkie swoje zasady i założenia, zbliżając się do niej mimo tego, że wtedy w jego głowie miała narzeczonego.
Nie miała, ustalili to, ale to nic nie ułatwiało. W dalszym ciągu powinni się pilnować. Ustalili, że będą dla siebie sojusznikami. Wystarczyło kilka chwil, aby ponownie złamali niepisane zasady tego układu. Nie potrzebowali wiele, aby znaleźć się tuż obok siebie. Tak - platonicznie, ale czy na pewno?
Próbowała go zrozumieć, nawet jeśli nie chciał, żeby musiała to robić, bo lepiej byłoby, gdyby po prostu się od niego odsunęła. Usiłowała dać mu ukojenie w chwilach załamania, którego nie powinna widzieć, ale nie odeszła (rano miał tego żałować, prawda? czuć wstyd i zażenowanie, upodlenie, ale jeszcze nie teraz). Obejmowała go i to przez chwilę działało.
Teraz przestawało, bo poruszone wspomnienia i cicha rozmowa szeptem sprawiały, że miał ochotę dotknąć wargami skóry dziewczyny w sposób, na który nie pozwalają sobie sojusznicy. Tylko tyle i aż tyle. Poczuć namiastkę tego, o czym mówili. Bycia szczęśliwym.
- Tak, było - temu też nie mógł zaprzeczyć.
Naprawdę ją kochał. Zarówno wtedy jak teraz. To nie wystarczało, nie mogło wystarczyć, ale było najprawdziwszą rzeczą, jaką mógł powiedzieć. Nie kłamał. Nie potrafił. Byłoby lepiej, gdyby to robił, jednakże zawsze miał pewność, że to by się nie powiodło.
Kiwnął głową. Nie, nie na wszystkie pytania mogli mieć odpowiedzi. W istocie. Jednakże w tym wypadku chyba powinni. Inaczej kręcili się w kółko. Na nowo, kolejny raz, ale teraz w trudniejszy sposób. Bez wizji przyszłości. Nie wspólnej.
- Mój muł - zawahał się; teraz dostrzegał jak absurdalnie to brzmi, ale nie było lepszego porównania - jest głęboko pod twoim. Tak. To na pewno, ale jednocześnie to inny rodzaj mułu, wiesz, wierz mi - gdyby to było takie proste, aby mógł to ująć w słowach i nie musiał uciekać się do mówienia jej, że musi (jasne, nic nie musiała) mu uwierzyć, pewnie byłoby znacznie lepiej.
Ale co miał jej powiedzieć? Już próbowali ze sobą rozmawiać. Nie tylko się zamotali, pogubili, lecz także przekroczyli przy tym wszystkie granice będące tam nie bez powodu. Nie chciał tego powtarzać. Tym bardziej, że to byłby naprawdę długi wywód, po którym jeszcze bardziej by go...
...może nie znienawidziła, bo nawet teraz po tym wszystkim nie czuł od niej nienawiści, ale na pewno nie patrzyłaby na niego w ten sam sposób. Byłoby znacznie gorzej. To byłoby to gorzej, o którego rzekomemu nieistnieniu mówili kilka chwil wcześniej. Ona by mu tego nie wybaczyła, on już sobie tego nie wybaczał.
Przez ostatnie lata podejmowali wiele trudnych decyzji. Raz za razem pakowali się w kłopoty po to, żeby jakoś je dźwignąć. Byli w stanie wrócić na prostą. Albo przynajmniej tak im się wydawało. W istocie w obliczu tego, co teraz wiedział, jedynie odwlekali własną klęskę. Przekładali wydanie wyroku a więc także egzekucję.
Odsyłali to wszystko do tego cholernego Wizengamotu, który pojawiał się w momencie, w którym wyłonienie zwycięzcy w konflikcie nie było możliwe. Tyle tylko, że w tym wypadku nie robili tego w stosunku do siebie nawzajem tylko w sporze z losem.
Aż wreszcie ten dzień, moment werdyktu musiał nadejść. Postawili wszystko na jedną kartę, zbudowali na niej wspólne życie i przegrali. Stracili dom, przyszłość, siebie nawzajem. Wszystko, na czym mu zależało, wszelkie plany przestały działać.
Powinien się cieszyć, że Geraldine realizuje choć część ze swoich założeń. Wzięła psy. No, jednego ukradła, ale to też było pewnego rodzaju wzięcie - wzięcie w ręce i spierdolenie. Poszukiwała sposobu na to, żeby wygrzebać się ze swojego mułu.
Nie mógł jej głębiej wciągać pod powierzchnię. Nie, gdy była coraz bliżej wyjścia. Szczególnie, że pozbyli się dopplegangera, więc mogła spróbować odetchnąć z ulgą. To nie miało być łatwe. Zdawał sobie z tego sprawę, ale przynajmniej była dla niej jakaś szansa.
Później? W przeciwieństwie do tego, co mu teraz mówiła, może czas mógł dla niej leczyć rany. Nie rok, nie dwa, nie pięć, nawet nie dziesięć. Była młoda, silna. Mogła mieć przyszłość przed sobą. Jeśli to miało być piętnaście albo dwadzieścia lat, nawet za tak długo to wciąż było warte walki.
Którą paradoksalnie było odpuszczenie. To był ten jeden przypadek, gdy bierność mogła pomóc. Zaniechanie mogło okazać się słuszne. Nawet, jeśli bolało i było trudne. Bo jak miał ją puścić, gdy ręce nie chciały go słuchać, ramiona zaciskały się wokół jej talii a usta same lgnęły do ciepłej skóry?
To było dokładnie to, czego chciał uniknąć wtedy tamtego zimnego poranka. Zwątpienie i słabość. Wrażenie, że mogą tak trwać. Nic się nie stanie, jeśli pozwolą sobie na jeszcze kilka minut. A później ponownie to odwleką. Jeszcze raz, znowu. Gdzieś pod skórą zdawał sobie sprawę z tego, że wtedy postąpił w tamten sposób, aby nie mierzyć się z tym, co czekało ich teraz.
- Robisz ze mnie najgorszego kłamcę - w tonie głosu, którym się odezwał brzmiało tyle samo taniego rozbawienia, co rozgoryczenia.
Lepiej byłoby, gdyby potrafił ją okłamać. Może wtedy całkowicie by go znienawidziła, ale nie czuliby się aż tacy zagubieni. Bowiem podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że oboje tacy są. Pogubieni, zagmatwani, szukający czegoś nawet tam, gdzie nie powinno tego być.
Świadczyły o tym gesty. Słowa nie musiały. Wystarczyło, że go obejmowała. Że on objął ją mocniej, jakby z obawą, gdy nagle przestała obejmować go jednym ramieniem. Nie chciał, by zdjęła ciepłą rękę z jego skóry. Nie spodziewał się jednak dotyku w sposób, w jaki mu go dała.
W pierwszej chwili zamarł. W kolejnej, gdy przesunęła palcami po jego szczęce, drgnął, przysuwając do nich wargi. Bardzo delikatnie, subtelnie i czule muskając ustami sam brzeg palców Geraldine. Odruchowo, bezmyślnie łapiąc się na tym po kilku sekundach. Odwrócił wzrok. Przestał.
- Nie, nie spaliliśmy - odmruknął na wydechu, starając się powstrzymać przed pochopnymi gwałtownymi ruchami.
Zastygł. Dalej obejmował Geraldine. W dalszym ciągu trzymał dłonie na jej plecach, jednak wzrokiem coraz bardziej uciekał w kierunku zarysu dłoni dziewczyny. Ledwo widocznej w ciemnościach, ale parzącej jego skórę. Palącej żywym ogniem kontrastującym z chłodem, który go ogarnął. Topił się pod tym dotykiem. Już nie tylko na falach, lecz niemal dosłownie się roztapiał.
Nie spalili tego - tak. Dobili, ale nie spopielili jeszcze wszystkiego, co pozostało. Powinni to zrobić. Nie powinni tego robić. Nie miał pojęcia, co należało a co nie, bo wszystko zrobiło się znacznie bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek mógłby pomyśleć. Tyle scenariuszy odtwarzanych w głowie i w żadnym nie przewidział, że będzie im tak trudno.
Nie pomyślałby, że usłyszy od niej to, co padło chwilę temu. Byli zgodni w tej jednej sprawie. W tym, że cokolwiek było między nimi, nie zniknęło. Oddalili się od siebie. Unikali się nawzajem przez wiele miesięcy, nie nawiązywali kontaktu, usiłowali zachowywać dystans. Tylko po to, aby w przeciągu kilku chwil przejść od ziania chłodem do czegoś palącego.
- Powinnaś - zaczął na nowo, powracając do tamtej chwili zanim rozproszyła go swoim dotykiem, do słów, które wtedy padły; zgadzał się z nimi, jakżeby mógł inaczej, ale to nic nie ułatwiało.
- Nie możesz nie próbować, przez to będzie tylko gorzej - powtórzył po niej, nawet jeśli te słowa paliły go żywym ogniem.
To, co mieli było wyjątkowe. To, na co zasługiwała jeszcze bardziej. Nie mógł jej tego odbierać. Ani zaoferować. Czuł się bezsilny.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down