23.12.2024, 21:52 ✶
Chciał to powtórzyć - to, że bardzo go przeprasza. Strach... Nigdy, absolutnie nigdy nie chciał, aby Morpheus musiał bać się jutra - stanowiło to absolutne zaprzeczenie tego, co dla nich tkał. Oczywiście, że zdobywanie nowych rzeczy, tworzenie, dokonywanie przełomów - to wszystko nie odbywało się bez stresu, ale strach... Niepokój... Lęk...
Oto i uczucia, jakie chciałby ze swojego życia wymazać. Swojego i jego. Ich życia. Czy słysząc taką deklarację złożoną drżącym głosem mógł traktować ją poważnie? Chciałby to zrobić - aby to wszystko było prawdą. Ale takich historii nie pisało się łatwo. Nie dało się powiedzieć zróbmy to i nie pozostawić przestrzeni na przemyślenia. Znów ciężko mu się oddychało, ale tym razem nic nie świszczało, nie wyglądał też jakby miał zemdleć. Wspierał się o niego, spróbował chociaż minimalnie uspokoić i zakrywał rękawem swetra podbite oko. Chciał być blisko, jednocześnie nie chciał żeby Morpheus oglądał go takim... Był brzydki. Paskudny wręcz. W takim stanie nie potrafił udawać, że jest kimkolwiek więcej niż niekochanym synem swojego ojca.
Pocałował go. Raz i drugi. I nagle, nawet z tym okiem podbitym, nabrał powagi.
- Moje słowa były prawdziwe. Gdzieś poza tym przeklętym miastem musi być miejsce, w którym gdzieś będą mieli kim dla siebie jesteśmy, Morpheusie. Nawet jak się domyślą, to nic nie powiedzą.
Pierwszym miałby być amerykańskim poetą lubującym się w chłopcach? Pierwszym co uciskał przed swoją przeszłością do kraju wolności? Amerykański sen mógł stać się ich snem... Jeżeli gdzieś mogłeś stać się kimś nie trzymając w rękach nic prócz sprytu i mądrości, to tam. Sprytu, mądrości i kilku trafionych liczb w mugolskich loteriach.
- Nie obchodzi mnie to, że będę tam musiał zacząć od początku. Przynajmniej nie będę tutaj, gdzie słysząc moje nazwisko ludzie odwracają głowę w kierunku Little Hangleton, ale...
Prawda była taka, że Dolohov nie porzucał tutaj nikogo. Nie miał nikogo. Miał mniej i bardziej przychylnych mu znajomych, ale nikogo prawdziwie bliskiego, w kim znalazłby oparcie. Longbottom natomiast miał gdzie wracać.
- Wiem, że kochasz swoją rodzinę i...
Jednak w siebie wątpił.
Oto i uczucia, jakie chciałby ze swojego życia wymazać. Swojego i jego. Ich życia. Czy słysząc taką deklarację złożoną drżącym głosem mógł traktować ją poważnie? Chciałby to zrobić - aby to wszystko było prawdą. Ale takich historii nie pisało się łatwo. Nie dało się powiedzieć zróbmy to i nie pozostawić przestrzeni na przemyślenia. Znów ciężko mu się oddychało, ale tym razem nic nie świszczało, nie wyglądał też jakby miał zemdleć. Wspierał się o niego, spróbował chociaż minimalnie uspokoić i zakrywał rękawem swetra podbite oko. Chciał być blisko, jednocześnie nie chciał żeby Morpheus oglądał go takim... Był brzydki. Paskudny wręcz. W takim stanie nie potrafił udawać, że jest kimkolwiek więcej niż niekochanym synem swojego ojca.
Pocałował go. Raz i drugi. I nagle, nawet z tym okiem podbitym, nabrał powagi.
- Moje słowa były prawdziwe. Gdzieś poza tym przeklętym miastem musi być miejsce, w którym gdzieś będą mieli kim dla siebie jesteśmy, Morpheusie. Nawet jak się domyślą, to nic nie powiedzą.
Pierwszym miałby być amerykańskim poetą lubującym się w chłopcach? Pierwszym co uciskał przed swoją przeszłością do kraju wolności? Amerykański sen mógł stać się ich snem... Jeżeli gdzieś mogłeś stać się kimś nie trzymając w rękach nic prócz sprytu i mądrości, to tam. Sprytu, mądrości i kilku trafionych liczb w mugolskich loteriach.
- Nie obchodzi mnie to, że będę tam musiał zacząć od początku. Przynajmniej nie będę tutaj, gdzie słysząc moje nazwisko ludzie odwracają głowę w kierunku Little Hangleton, ale...
Prawda była taka, że Dolohov nie porzucał tutaj nikogo. Nie miał nikogo. Miał mniej i bardziej przychylnych mu znajomych, ale nikogo prawdziwie bliskiego, w kim znalazłby oparcie. Longbottom natomiast miał gdzie wracać.
- Wiem, że kochasz swoją rodzinę i...
Jednak w siebie wątpił.
with all due respect, which is none