24.12.2024, 14:49 ✶
Wątpił, aby jej bagno było choćby trochę tak głębokie jak jego. Zawsze była lepsza, nie bez powodu uważał ją za swoją bezpieczną przystań, za kotwicę trzymającą go przy powierzchni. Być może nie ulegał niczyjej kontroli, nie dawał sobie mówić, co powinien a czego nie powinien robić. Jej również wielokrotnie powtarzał, że nic nie musi, co najwyżej może, jednakże w ostatecznym rozrachunku i tak zawsze brał pod uwagę to, co mówiła. Co myślała, co mogła pomyśleć.
Jak miał jej powiedzieć, że spierdolił dosłownie wszystko na długo zanim się poznali? No, nie - poznali się trochę wcześniej, choć tylko raptem dwa lata przed tym jak obrał niewłaściwą ścieżkę, ale gdy zaczęli lgnąć do siebie było już za późno.
- Nie chodzi o to czy masz czyste sumienie - musiał jej to wyjaśnić, bo miał wrażenie, że zupełnie tego nie rozumiała, nie ważne jak wiele razy dawał Geraldine do zrozumienia, że w tym wszystkim nie chodziło o nią.
To znaczy - chodziło, jednakże nie w tym sensie, jaki ona przyjmowała za właściwy. Nie o to, czy była krystalicznie czysta (przecież wiedział, że oboje mają swoje za uszami), czy miała skrupuły, czy robiła rzeczy uznawane za moralnie szare. Była dobrym człowiekiem. Znał ją i wierzył w to, że nie posunęłaby się do czegoś wypaczonego gnana wyłącznie chęcią zobaczenia jak to jest.
Zresztą on sam też nie. W tym wszystkim, w co się wyładował nigdy nie chodziło o jakąś chorą satysfakcję. O testowanie swoich możliwości - jak najbardziej, lecz nie w zakresie, który otwarcie krzywdziłby innych ludzi. W tym wszystkim od samego początku chodziło mu raczej o własny zysk, o wpływy i szansę zapisania się na kartach historii (nawet nieoficjalnie) jako ktoś inny niż biedne dziecko, praktycznie półsierota łaskawie uznane przez ojca, ale zawsze trochę gorsze.
Chciał być odrębną jednostką. Swoim własnym człowiekiem, szczególnie że miał ku temu środki. A tak mu się przynajmniej niegdyś wydawało. Zanim pojął, że te szanse w istocie były czymś zupełnie innym. Pogrążyły go lata później. Zaczął zmierzać po trupach do celu, zasłaniając się słusznymi intencjami i ideą poszukiwania bezpieczeństwa dla swojej rodziny. Tej, której nigdy w pełni nie założyli, latami tworząc swój dom tylko po to, żeby rozpierdolił to tuż przed ostatnią prostą.
Teraz był wyłącznie gorszy. Wydawało mu się, że kiedyś miał jeszcze jakieś opory, pewne skrupuły, bo nie był sam. Nie odpowiadał wyłącznie za siebie. Miał do kogo wracać, o kogo dbać. W istocie teraz o nikogo się już nie troszczył. Nawet o siebie samego. Może nie pokazywał tego z zewnątrz, ale wewnątrz to było dla niego brutalnie jasne.
Rzeczywiście. Niektórym łatwiej przychodziło pogrążenie się w mroku. Ambroise był taką osobą. Nawet w momencie, w którym wydawało mu się, że jest inaczej i że może być jeszcze normalnym, szczęśliwym człowiekiem. Może nie do końca konwencjonalnym czystokrwistym czarodziejem, ale przecież to im nie wadziło. Chełpili się byciem niestandarowymi. Czy to jako ludzie, czy jako para. I co im po tym przyszło?
- Poza tym wątpię, Bruyère, w dalszym ciągu masz skrupuły, nawet jeśli musisz podejmować trudne decyzje. Skończenie z wybieraniem mniejszego zła nie jest równoznaczne z akceptacją własnego upadku - a ona nie upadała, był tego pewien.
Może potknęła się kilka razy na swojej drodze, lecz to nie czyniło z niej złego człowieka. Być może pogubiła się na ścieżce, po której szła, lecz nadal była tą samą dziewczyną, którą pokochał. Czuł to. Wiedział. Była obok, próbowała, starała się. W dalszym ciągu emanowała światłem i ciepłem, nawet jeśli trochę innym. Nie takim jak kiedyś, tego nie mógł kwestionować, ale silniejszym.
Była silna i cholernie uparta. Od zawsze. To też nie uległo zmianie, więc gdy obróciła jego komentarz na swoją korzyść, Greengrassowi drgnęły kąciki ust. Bardzo nieznacznie podkręcił głową. Na tyle lekko, aby nie musieć odsuwać twarzy od palców Riny, nie dać jej do zrozumienia, że chciał, aby przestała go dotykać.
Bo nie chciał. Paliła go, topiła dotykiem, a jednak w tym momencie nie wahał się temu ulec. Potrzebował tego chyba bardziej niż kiedykolwiek. Jeszcze na kilka chwil. Do bladego świtu, światła poranka, wczesnego popołudnia...
...tyle ile byli w stanie sobie dać, nie powracając na nowo do kłótni, która kolejny raz wszystko by zniszczyła. Nie musieli rujnować się jeszcze bardziej.
- Widzisz? - Miała ich wiele więcej niż ktokolwiek, kogo znał, tym razem nie był ironiczny.
W tej chwili był po prostu szczery. Cichszy niż zazwyczaj, bardziej zamyślony, dużo smutniejszy. Obejmował ją mocno ramionami, korzystał z osłony ciemności. Jak tchórz, jak ktoś, kto chciał dawać, ale wyłącznie brał i odbierał. A przecież już i tak tyle jej zabrał.
- Miałabyś rację, gdybyś jednocześnie im nie przeczyła - odezwał się po chwili milczenia, myśląc nad tym wszystkim, co mu przekazywała i nie będąc w stanie dojść do innego wniosku; ten był najprostszy, choć jednocześnie cholernie przykry.
- Sama powiedziałaś, że się mijamy. Będziemy się mijać, będziemy odbierać sobie to, co dla nas najlepsze, bo nawet jeśli jeszcze tego nie spaliliśmy to jest kwestia czasu - być może zachowywał się pesymistycznie, ale na pewno nie jak egoista, przynajmniej tak mu się wydawało.
Pierwszy raz w życiu naprawdę próbował robić coś z myślą nie o sobie i swoich własnych pragnieniach, lecz to, co było tu najsłuszniejsze. Usiłował trzymać się własnych postanowień, ignorując potrzeby, zrzucając je na dalszy plan, bo wbrew temu, co najpewniej myślała Geraldine, Ambroise nie podjął pochopnej decyzji. No, sądził, że tego nie zrobił, myśląc o tym przez cholernie dużo czasu zanim się do tego zmusił.
Zbyt wiele widział. Za dużo dostrzegał, żeby w dalszym ciągu zachowywać się jak ślepiec myślący wyłącznie o porywach swojego serca. Starał się wytrwać w przekonaniu, że w tym całym nieszczęściu mieli w istocie coś na kształt... ...nie, nie szczęścia, trudno byłoby to nazwać szczęściem... ...coś na kształt szansy danej od losu, aby jeszcze bardziej tego wszystkiego nie spierdolić.
Obudzili się, on się ocknął na tyle szybko, że nie łączyły ich jeszcze żadne oficjalne zobowiązania. Planował się oświadczyć. To było coś, czego naprawdę pragnął po tylu latach u boku jedynej kobiety, która potrafiła go uszczęśliwić. A jednak mu to nie wyszło.
Pierwsze upomnienie od losu: orędzie Voldemorta na kilka dni przed jego planami jednodniowego wyjazdu do Snowdonii. Dzień później pewnie by się oświadczył.
Drugie upomnienie od losu: atak w Dolinie Godryka. Wtedy też planował to zrobić a wylądowali w sytuacji, w której musieli zacząć myśleć o zagrożeniu zrzuconym sobie na głowę tym, że ktoś z tamtych z pewnością ich rozpoznał. Nie miał głowy do tego, by świętować, więc ponownie odsunął plany.
Trzeciego upomnienia (tego najbardziej brutalnego) nawet nie musiał przedstawiać, bo zamykało się w jednym imieniu: Amanda.
Czwartego upomnienia nie powinno być, a jednak było częścią dłuższej serii: kolejne ataki Śmierciożerców, przetasowania na czarnym rynku, zawirowania podczas sabatów, szaleństwo ogarniające świat, widma, doppelganger, ta cholerna konsolka, która przetrwała lata a tego dnia wreszcie pękła.
Jeśli to wszystko nie było serią znaków to co nimi było?
Jedynym sensem tkwiącym w tym przekazie było to, że nie mógł jej dać tego, czego pragnął. Ani tego, czego potrzebowała, żeby wieść szczęśliwe życie. Paradoksalnie gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że najlepiej dla niej byłoby, gdyby tamte plotki o zaręczynach rzeczywiście były prawdą. Miałaby wtedy obok siebie kogoś kto faktycznie posiadał wszystkie środki, aby ją chronić. On był kimś zupełnie przeciwnym, człowiekiem po drugiej stronie skali popaprania.
I to bolało, ale nie mógł nic z tym zrobić. Szczególnie, że tak jak jej przecież powiedział - nawet nie próbował. A teraz, gdy ponownie przyszło objawienie i uświadomił to sobie kolejny raz cóż było za późno.
Jak miał jej powiedzieć, że spierdolił dosłownie wszystko na długo zanim się poznali? No, nie - poznali się trochę wcześniej, choć tylko raptem dwa lata przed tym jak obrał niewłaściwą ścieżkę, ale gdy zaczęli lgnąć do siebie było już za późno.
- Nie chodzi o to czy masz czyste sumienie - musiał jej to wyjaśnić, bo miał wrażenie, że zupełnie tego nie rozumiała, nie ważne jak wiele razy dawał Geraldine do zrozumienia, że w tym wszystkim nie chodziło o nią.
To znaczy - chodziło, jednakże nie w tym sensie, jaki ona przyjmowała za właściwy. Nie o to, czy była krystalicznie czysta (przecież wiedział, że oboje mają swoje za uszami), czy miała skrupuły, czy robiła rzeczy uznawane za moralnie szare. Była dobrym człowiekiem. Znał ją i wierzył w to, że nie posunęłaby się do czegoś wypaczonego gnana wyłącznie chęcią zobaczenia jak to jest.
Zresztą on sam też nie. W tym wszystkim, w co się wyładował nigdy nie chodziło o jakąś chorą satysfakcję. O testowanie swoich możliwości - jak najbardziej, lecz nie w zakresie, który otwarcie krzywdziłby innych ludzi. W tym wszystkim od samego początku chodziło mu raczej o własny zysk, o wpływy i szansę zapisania się na kartach historii (nawet nieoficjalnie) jako ktoś inny niż biedne dziecko, praktycznie półsierota łaskawie uznane przez ojca, ale zawsze trochę gorsze.
Chciał być odrębną jednostką. Swoim własnym człowiekiem, szczególnie że miał ku temu środki. A tak mu się przynajmniej niegdyś wydawało. Zanim pojął, że te szanse w istocie były czymś zupełnie innym. Pogrążyły go lata później. Zaczął zmierzać po trupach do celu, zasłaniając się słusznymi intencjami i ideą poszukiwania bezpieczeństwa dla swojej rodziny. Tej, której nigdy w pełni nie założyli, latami tworząc swój dom tylko po to, żeby rozpierdolił to tuż przed ostatnią prostą.
Teraz był wyłącznie gorszy. Wydawało mu się, że kiedyś miał jeszcze jakieś opory, pewne skrupuły, bo nie był sam. Nie odpowiadał wyłącznie za siebie. Miał do kogo wracać, o kogo dbać. W istocie teraz o nikogo się już nie troszczył. Nawet o siebie samego. Może nie pokazywał tego z zewnątrz, ale wewnątrz to było dla niego brutalnie jasne.
Rzeczywiście. Niektórym łatwiej przychodziło pogrążenie się w mroku. Ambroise był taką osobą. Nawet w momencie, w którym wydawało mu się, że jest inaczej i że może być jeszcze normalnym, szczęśliwym człowiekiem. Może nie do końca konwencjonalnym czystokrwistym czarodziejem, ale przecież to im nie wadziło. Chełpili się byciem niestandarowymi. Czy to jako ludzie, czy jako para. I co im po tym przyszło?
- Poza tym wątpię, Bruyère, w dalszym ciągu masz skrupuły, nawet jeśli musisz podejmować trudne decyzje. Skończenie z wybieraniem mniejszego zła nie jest równoznaczne z akceptacją własnego upadku - a ona nie upadała, był tego pewien.
Może potknęła się kilka razy na swojej drodze, lecz to nie czyniło z niej złego człowieka. Być może pogubiła się na ścieżce, po której szła, lecz nadal była tą samą dziewczyną, którą pokochał. Czuł to. Wiedział. Była obok, próbowała, starała się. W dalszym ciągu emanowała światłem i ciepłem, nawet jeśli trochę innym. Nie takim jak kiedyś, tego nie mógł kwestionować, ale silniejszym.
Była silna i cholernie uparta. Od zawsze. To też nie uległo zmianie, więc gdy obróciła jego komentarz na swoją korzyść, Greengrassowi drgnęły kąciki ust. Bardzo nieznacznie podkręcił głową. Na tyle lekko, aby nie musieć odsuwać twarzy od palców Riny, nie dać jej do zrozumienia, że chciał, aby przestała go dotykać.
Bo nie chciał. Paliła go, topiła dotykiem, a jednak w tym momencie nie wahał się temu ulec. Potrzebował tego chyba bardziej niż kiedykolwiek. Jeszcze na kilka chwil. Do bladego świtu, światła poranka, wczesnego popołudnia...
...tyle ile byli w stanie sobie dać, nie powracając na nowo do kłótni, która kolejny raz wszystko by zniszczyła. Nie musieli rujnować się jeszcze bardziej.
- Widzisz? - Miała ich wiele więcej niż ktokolwiek, kogo znał, tym razem nie był ironiczny.
W tej chwili był po prostu szczery. Cichszy niż zazwyczaj, bardziej zamyślony, dużo smutniejszy. Obejmował ją mocno ramionami, korzystał z osłony ciemności. Jak tchórz, jak ktoś, kto chciał dawać, ale wyłącznie brał i odbierał. A przecież już i tak tyle jej zabrał.
- Miałabyś rację, gdybyś jednocześnie im nie przeczyła - odezwał się po chwili milczenia, myśląc nad tym wszystkim, co mu przekazywała i nie będąc w stanie dojść do innego wniosku; ten był najprostszy, choć jednocześnie cholernie przykry.
- Sama powiedziałaś, że się mijamy. Będziemy się mijać, będziemy odbierać sobie to, co dla nas najlepsze, bo nawet jeśli jeszcze tego nie spaliliśmy to jest kwestia czasu - być może zachowywał się pesymistycznie, ale na pewno nie jak egoista, przynajmniej tak mu się wydawało.
Pierwszy raz w życiu naprawdę próbował robić coś z myślą nie o sobie i swoich własnych pragnieniach, lecz to, co było tu najsłuszniejsze. Usiłował trzymać się własnych postanowień, ignorując potrzeby, zrzucając je na dalszy plan, bo wbrew temu, co najpewniej myślała Geraldine, Ambroise nie podjął pochopnej decyzji. No, sądził, że tego nie zrobił, myśląc o tym przez cholernie dużo czasu zanim się do tego zmusił.
Zbyt wiele widział. Za dużo dostrzegał, żeby w dalszym ciągu zachowywać się jak ślepiec myślący wyłącznie o porywach swojego serca. Starał się wytrwać w przekonaniu, że w tym całym nieszczęściu mieli w istocie coś na kształt... ...nie, nie szczęścia, trudno byłoby to nazwać szczęściem... ...coś na kształt szansy danej od losu, aby jeszcze bardziej tego wszystkiego nie spierdolić.
Obudzili się, on się ocknął na tyle szybko, że nie łączyły ich jeszcze żadne oficjalne zobowiązania. Planował się oświadczyć. To było coś, czego naprawdę pragnął po tylu latach u boku jedynej kobiety, która potrafiła go uszczęśliwić. A jednak mu to nie wyszło.
Pierwsze upomnienie od losu: orędzie Voldemorta na kilka dni przed jego planami jednodniowego wyjazdu do Snowdonii. Dzień później pewnie by się oświadczył.
Drugie upomnienie od losu: atak w Dolinie Godryka. Wtedy też planował to zrobić a wylądowali w sytuacji, w której musieli zacząć myśleć o zagrożeniu zrzuconym sobie na głowę tym, że ktoś z tamtych z pewnością ich rozpoznał. Nie miał głowy do tego, by świętować, więc ponownie odsunął plany.
Trzeciego upomnienia (tego najbardziej brutalnego) nawet nie musiał przedstawiać, bo zamykało się w jednym imieniu: Amanda.
Czwartego upomnienia nie powinno być, a jednak było częścią dłuższej serii: kolejne ataki Śmierciożerców, przetasowania na czarnym rynku, zawirowania podczas sabatów, szaleństwo ogarniające świat, widma, doppelganger, ta cholerna konsolka, która przetrwała lata a tego dnia wreszcie pękła.
Jeśli to wszystko nie było serią znaków to co nimi było?
Jedynym sensem tkwiącym w tym przekazie było to, że nie mógł jej dać tego, czego pragnął. Ani tego, czego potrzebowała, żeby wieść szczęśliwe życie. Paradoksalnie gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że najlepiej dla niej byłoby, gdyby tamte plotki o zaręczynach rzeczywiście były prawdą. Miałaby wtedy obok siebie kogoś kto faktycznie posiadał wszystkie środki, aby ją chronić. On był kimś zupełnie przeciwnym, człowiekiem po drugiej stronie skali popaprania.
I to bolało, ale nie mógł nic z tym zrobić. Szczególnie, że tak jak jej przecież powiedział - nawet nie próbował. A teraz, gdy ponownie przyszło objawienie i uświadomił to sobie kolejny raz cóż było za późno.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down