Mogłaby stworzyć dla siebie eliksir, który na jakiś czas sprawiałby, że jej dotyk nie był tak lodowaty, ale tak całkowicie szczerze, nie uważała, by to było potrzebne. Co by to niby zmieniło? Owszem, zapewniłoby jakiś komfort jej otoczeniu, ale Victoria regularnie brała eliksiry, nie chciała więc wlewać ich w siebie jeszcze więcej, a poza tym… Nie wstydziła się tego, kim jest. Była jedną z Zimnych, a to była pamiątka po tym, co miało miejsce; dowód, że przeżyła i że jest silna, jak taka blizna po paskudnej ranie; pieśń o tym kim była, kim jest i kim może się stać.
Uniosła ich splecione dłonie, by delikatnie ucałować wierzch tej Laurenta – swoimi zimnymi jak lód ustami, miękkimi jak zawsze, nim opuściła je na swoje udo.
– Rok temu… – rok temu nadal się ze sobą spotykali, rok temu w jej sercu nie było miejsca na żadnego Rookwooda, rok temu Laurent nie miotał się tak pomiędzy swoimi miłostkami, nie zakochiwał się, by zaraz mieć złamane serduszko… Victoria zaczęła się zastanawiać, czy to wszystko nie zaczęło się od tego, że powiedziała mu w kwietniu, że nie da rady tego dalej ciągnąć ze względu na swoje uczucia do kogoś innego, a potem… potem już poleciało. Czy to może był zbieg okoliczności? Nie wiedziała. Czy gdyby nie chciała być fair, a potem się nie zakochała, czy teraz nie byłoby inaczej? – Rok temu było prościej – odparła mu po chwili i zapatrzyła się w zasłonięte okno. Rok temu nie była jedną z Zimnych. A czy faktycznie było lepiej? – Żałujesz, że nie jest jak rok temu?
Pozwoliła mu trochę pomilczeć, zanim puściła jego dłoń na moment i zgarnęła złożony w kostkę koc, by narzucić go na ramiona Laurenta. Doskonale wiedziała, że przebywanie z nią sprawia, że jest mu zimno, a po tym, co właśnie się stało, wychłodzenie organizmu nie brzmiało jak dobry pomysł. A potem objęła go w pasie ręką i na chwilę ułożyła głowę na ramieniu blondyna.
– Rozumiem… To zastanów się. W razie czego zawsze jest patronus… Albo wiadomość przez kominek, albo… – urwała i westchnęła głośniej. – I ja i Atreus nawet nie mrugniemy okiem na patronusa, mówiłam mu w czerwcu, że jest plan coś zrobić z tym głupim prawem. Większość aurorów nauczyła się udawać, że nie widzą tego zaklęcia. Przyjdę, on też przyjdzie – i żadne z nich nie miałoby oporów, żeby zrobić porządek z kimkolwiek, kto miałby zagrozić Laurentowi.
Podążyła za wzrokiem niebieskookiego: najpierw na swoja sypialnię, potem na koszulę, poplamioną herbatą – dopiero teraz to zauważyła i spojrzała na niego z troską. Może powinien tu trzymać jakieś swoje ciuchy na zmianę na wszelki wypadek, a tymczasem Victoria znowu sięgnęła po swoja różdżkę. Na to, jaka pedantką była, to nic dziwnego, że opanowała wszystkie możliwe zaklęcia czyszczące czy wywabiające krew (i których używała z powodzeniem na sobie i Brennie, kiedy trzeba było się wyczyścić z pozostałości eksplodowanego błotoryja…).
– Wybacz, nie zauważyłam wcześniej – powiedziała cicho i lekko machnęła różdżką, nim jej końcówkę przyłożyła do plamy na koszuli Laurenta. Tergeo powinno sobie z tą plamą poradzić, a lepiej było to zrobić teraz, nim nie była jeszcze taka stara.
– Samhain i Beltane są ze sobą złączone – odezwała się po chwili, gdy już przetrawiła słowa Laurenta. Słowa, które powinny zrobić na niej większe wrażenie, ale po prawdzie spodziewała się tego od momentu rozmowy z kapłanką kowenu w maju. Co prawda nie utożsamiała tego z ogniem, ale od dawna miała świadomość, że coś może się wydarzyć pod koniec października. – W te dni granica pomiędzy naszym światem a Limbo jest cieniutka jak bibuła, zaciera się, przenika… widziałam w ogniu i dymie to, co działo się w Limbo, tylko ja to widziałam, nikt inny, ale teraz to jasne, że to ta granica musiała się przeniknąć przez siebie. Pewnie dlatego weszliśmy tam wtedy… Nieświadomi tego, gdzie w ogóle idziemy i jesteśmy – rzadko o tym mówiła… ale skoro już rozmawiali o wizji ognia, Śmierciożerców (wolała o tym nie myśleć… z pewnych powodów), to dlaczego nie? – Święto życia i święto śmierci, nierozłączny krąg życia, cykl – „powrót do cyklu”, do Limbo. Victoria bardzo cicho nabrała powietrze, a później je wypuściła. – Ogień… Powinieneś zacząć nosić ze sobą eliksiry ochronne przeciwko ogniu w takim razie. Zrobię dla ciebie zapas – te zawsze robiła dla innych, nigdy dla siebie.