25.12.2024, 17:48 ✶
— Hesiu, ja ciebie proszę. Nawet nie zaczynaj, dobrze? — odpalił się w swoim ojczystym języku. Brońcie go bogowie w niebie i na ziemi, bo Julian nigdy nie mógłby być zły na swoją sikorkę, ale żeby takich podstaw nie znać? Noż na burze! Przecież to on ją tego uczył! Czyżby wszystkie jego mądre rady poszły w las? — Teleportacja może cię zawieść. Wszystko może cię zawieść. Możesz liczyć tylko na siebie, kiedy chcesz uratować kogoś innego. Pozostaje mi tylko nosić was na rękach w metaforycznym sensie. Albo po prostu nieść ten ciężar ojcowskich obowiązków… — mężczyzna zniżył swój głos do dramatycznego szeptu. — …i diet wegetariańskich — a potem podziękował starszej córce za nałożenie mu śniadania. To było chyba jego jakieś skrzywienie zawodowe, że zawsze wolał zakładać najczarniejsze scenariusze. Przesunął wzrokiem po każdej z kobiet w ich kolorowej jadalnio-kuchni — Jo, jego kochana Jo na dobre i złe, Alice z jej bystrym językiem i ciętymi ripostami, które odziedziczyła zdecydowanie po matce. I Hestia, która wciąż wydawała się być jego małą dziewczynką, chociaż coraz częściej uświadamiała, że w miejsce małego terrorysty pojawiła się młoda i niezależna kobieta. Mężczyzna zacisnął usta. Już wystarczająco dużo śmierci się w życiu naoglądał. Tyle że Julian Bletchley również nie był typem człowieka, który zdawał się na przypadek. Zakładanie najczarniejszych scenariuszy było pragmatyzmem samym w sobie i nie wątpił, że to działało, bo jeśli zakładanie tych wszystkich tragicznych scenariuszy mogło choć o ułamek zwiększyć szansę, że kobiety w tym pomieszczeniu nigdy nie doświadczą żadnej krzywdy, to mógł je zakładać w nieskończoność. I robiłby to z własnej woli, bez zająknięcia. To była cena, którą był gotowy zapłacić. Ba, to była cena, którą chciał płacić. Jeśli dzięki temu świat miał być dla nich choć odrobinę bezpieczniejszy, to proszę bardzo. Mógł uchodzić za tego paranoika i marudę. Stary Bletchley zamruczał coś jeszcze pod nosem i zmierzył tym razem córkę wzrokiem pełnym udawanego wyrzutu. Ale jego atencję przyciągnęła ta feralna książka, którą wskazała Alice. Ten zielono-okładkowy przyjemniaczek nosił tytuł ,,Długo i szczęśliwie. Zdrowa dieta dla ogierów każdej płci w wieku średnim”. Czy tylko on widział w tym subtelny atak na swoją osobę?
— Jacy znowu sąsiedzi? Jeszcze tylko brakuje, żeby więcej życiowych filozofów przynosiło pierdoły, a potem prosili o rękę mojej córki.
— Jacy znowu sąsiedzi? Jeszcze tylko brakuje, żeby więcej życiowych filozofów przynosiło pierdoły, a potem prosili o rękę mojej córki.