26.12.2024, 14:25 ✶
Prościej, czy cokolwiek było proste? Nie wiedział, kiedy ich życie zaczęło robić się coraz bardziej skomplikowane. Ciemne chmury długo zbierały się gdzieś na horyzoncie, ale zawsze były odległe. Raz na jakiś czas przychodziła burza, która niosła ze sobą zniszczenia, jednak zawsze byli w stanie ją przetrwać. Do czasu, gdy w kilka sekund rozpętał się huragan.
Miesiącami wydawało mu się, że ich życie wkroczyło na właściwe tory. Po latach walki i trudów nareszcie osiągnęli coś na kształt prawdziwej stabilizacji. Spokoju, którego nadejścia Ambroise nigdy nie śmiałby się spodziewać. Pomimo grozy ogarniającej świat, odnaleźli namiastkę własnej idylli.
A potem wszystko runęło, gdy nadeszła świadomość, że ta cisza nie była tym, za co ją mieli. W rzeczywistości znajdowali się w oku cyklonu. Tam, gdzie było najspokojniej zaraz przed tym jak znowu wszystko ogarniała niszczycielska siła. Kilka sekund oddechu i ich świat został rozdarty, rozszarpany, bezpowrotnie zniszczony.
Ledwo pozbierali się po sytuacji z początku roku. Powtórka nadeszła niespodziewanie, tyle tylko, że los tym razem nie zamierzał być łaskawy. Nie brał jeńców, nie wybaczał. Śmierć zabrała to, po co przyszła. Nie dało się temu zapobiec, choć przynajmniej kilka tygodni później ponownie pojawiła się w ich życiu - tym razem po to, aby wyrównać rachunki.
Tyle tylko, że to nic nie zmieniło. Ich rzeczywistość i tak została skażona i spaczona. A podjęta decyzja o tym, aby zemścić się za ten cios, zamiast przynieść ulgę, niosła ze sobą ból uświadomienia sobie, że z tej ścieżki nie było powrotu. Zbyt łatwo przyszło mu pogrążenie się w mroku. Znacznie ciemniejszym i gęstszym od tego, który ich teraz otaczał w salonie w miejscu, które powinno być domem a było cmentarzem.
Nie chciał, aby stało się nim jeszcze bardziej dosłownie. Wbrew temu, po co sięgały jego dłonie, nie mógł pozwolić sobie na więcej niż ta chwila słabości. Inaczej to wszystko byłoby bezcelowe.
- Inni są ślepcami - odrzekł, wyjątkowo nie podkreślając własnej wartości i tego, co zazwyczaj padłoby z jego ust.
Tym razem nie chodziło o niego. Nie w tej chwili. On? Dawno pogrążył się w swoim bagnie.
- Wątpliwości zawsze gdzieś tam będą - odpowiedział bez zawahania, lekko gładząc ją ręką po plecach. - Byłoby źle, gdybyś ich nie miała - miał w tym praktyczne doświadczenie, prawda?
On sam coraz rzadziej zastanawiał się nad konsekwencjami własnych wyborów. Przeznaczał mniej czasu na myślenie, więcej zaś na reagowanie pod wpływem chwili. Jeśli to było w ogóle możliwe, stał się bardziej porywczy i impulsywny, mniej kontrolował własne destrukcyjne zapędy. A przecież jednocześnie widział, do czego prowadziło to niektórych ludzi.
Obracając się w takich a nie innych kręgach, Roise znał wiele chodzących przykładów na to, że z pozoru najłatwiejsze i najskuteczniejsze metody niemal zawsze były też najbardziej pochłaniające. Mimo to sam instynktownie je wybierał. Sięgał po nie, bo nie musiał się powstrzymywać. Na koniec dnia i tak była noc, czyż nie? A on wracał do pustego domu, który nazywał domem wyłącznie po to, aby nie odpowiadać na zbędne pytania. W istocie czuł się, jakby go wcale nie miał.
Dryfował. Unosił się na falach. Częściej niż rzadziej znajdował się pod wodą. Tuż przy samym dnie. Tonął, ale nie mógł się utopić. Raz za razem znajdował w sobie na tyle siły, aby spróbować wrócić na powierzchnię, choć mentalnie już dawno zszedł z właściwego toru.
Może Geraldine w istocie miała rację? Mówiąc o sobie, mówiła również o nim? Bo przecież on przede wszystkim nigdy nie potrafił się dostosować. Wolał zacięcie zmierzać po swoje a teraz to już praktycznie nie działało. Powoli skinął głową, dając się gładzić po policzku, który wysechł już od łez (a może mu je starła? wolał nie wiedzieć), ale w dalszym ciągu był przejmująco lodowaty.
A może to jej dłonie były parzące, bo nigdy nie powinny się tam znaleźć? Należeli już do zupełnie innych światów. Nie powinni być tak blisko, igrać z przekornym, złośliwym losem, lecz właśnie to robili. Lgnęli do siebie. Podejmowali kolejne pochopne decyzje dla paru chwil niepełnej ulgi podszytej świadomością, że to było niewłaściwe...
...i zarazem tak słuszne. Chyba w istocie nie potrafili się dostosować. Nie mógł temu zaprzeczać, więc milczał, bo nie chciał kłamać.
- Dawno temu. Zbyt dawno, żeby określić dokładny moment, kiedy to się stało - odpowiedział cicho, ostrożnie zbliżając twarz do jej twarzy i opierając czoło o czoło Geraldine, kolejny raz poddając się dotykowi dłoni dziewczyny, choć tym razem we włosach.
Zawsze to lubił. Uśmiechał się, gdy wplatała palce w jego włosy, gdy delikatnie wodziła nimi między pasmami, lekko drapiąc go po głowie. Wywołując przyjemne dreszcze na jego ciele i sprawiając, że mimowolnie przymykał oczy, wzdychając z zadowoleniem.
Teraz też niemal tak zrobił. Nieomal uległ instynktowi, by luźniej oprzeć się o dół kanapy, pociągając Geraldine za sobą. Gdyby byli tamtymi ludźmi albo mogli w dalszym ciągu udawać widma własnej przeszłości, jednym zdecydowanym ruchem posadziłby ją sobie na kolanach, nieznacznie zsuwając się z nią w dół, aby półleżeć pomiędzy kanapą a podłogą. Oddychałby błogo i spokojnie, pozwalając przeczesywać swoje włosy.
Byliby szczęśliwsi niezależnie od okoliczności zewnętrznych, bo razem naprawdę wydawało im się, że byli w stanie przetrwać znacznie więcej. No właśnie: wydawało im się do momentu, kiedy musieli uświadomić sobie, że to były jedynie czcze starania i myślenie życzeniowe nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.
Zaraz później zaczęła pojawiać się ta natrętna myśl, z którą nie chciał się zgadzać, lecz pod osłoną nocy była nieunikniona.
- A może tak naprawdę nigdy jej nie mieliśmy - nie pytał, po prostu stwierdził fakt, wypowiadając tą jedną naprawdę ponurą i przebijającą myśl, która od wielu miesięcy cisnęła mu się do głowy, ale jak do tej pory nigdy nie zagościła na ustach Ambroisa.
Do teraz. Do momentu, kiedy rzeczywiście osiągnął ten stopień przytłoczenia rzeczywistością i popapranymi kolejami losu, że nie widział zbyt wielu innych możliwości. Nie mieli kontroli nad niczym. Wyłącznie wydawało im się, że panują na swoim życiem. Wspólnym czy osobnym - przy obu nie mieli tak naprawdę zbyt wiele do powiedzenia, choć raz za razem przeskakiwali przez kłody rzucane im pod nogi.
Nie poddawali się i to grało. Jakimś cudem działało na tyle długo, że zdążyli zbudować sobie na tym dom, wspólne życie, mieli własny mały kawałek bezpiecznego świata w Piaskownicy. Greengrass czasami zastanawiał się nad tym, ile tak właściwie mogliby jeszcze wytrwać w taki sposób. Mury obronne zaczęły sypać się zimą, ale mieli w sobie nawzajem tyle oparcia, żeby spróbować to naprawić. Na jak długo?
Poniekąd sama dała mu odpowiedź, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy.
To nigdy nie było proste. Skinął głową. To nigdy nie było proste, więc pewnie stałoby się to prędzej niż później. Ostateczny odwlekany cios. Ich brudy zawsze miały tendencję do gromadzenia się pod dywanem a potem wylewania się stamtąd pod postacią niepowstrzymywalnej lawiny. A wtedy czasy były jeszcze trochę spokojniejsze, zagrożenia nie były tak realne i odczuwalne niemal na każdym kroku.
- Doskonale wiesz, komu teraz sprzyja - nie miał zamiaru mówić tego na głos, ale oboje mieli odpowiedź na to pytanie.
Uzyskali ją wtedy z początkiem roku, gdy wszystko zaczęło rozsypywać się w popiół, obracać się w perzynę. Na początku starali się udawać, że mogą coś z tym zrobić. Wycofanie się z linii frontu było najlepszym posunięciem, jakie mogli wtedy poczynić, jednak i to nie wystarczyło.
Coś musiało się zepsuć, choć mimo wszystko chyba nigdy nie sądzili, czym to będzie. Uderzenie tak blisko nich, że praktycznie bezpośrednio w ich życie było druzgocące. Sprawiło, że wszystko momentalnie tąpnęło. Zniszczenia były nieuniknione i tak mocne, że nigdy się po nich nie pozbierali. Nie mieli się pozbierać, nawet jeśli z czasem na nowo nauczyli się z tym żyć... ...egzystować, bo to było lepsze słowo.
Czasami zastanawiał się, co by było, gdyby inaczej podeszli do całej sprawy. Gdyby nie byli egoistami, dzieląc się częścią swojego bezpiecznego świata z bliskimi przyjaciółmi z Londynu. Wpuszczając ich za osłonę, radząc im zrobić coś, o czym sami błyskawicznie zadecydowali. Może nawet pomagając w znalezieniu czegoś całkiem blisko nich, ustalając wspólny front, tworząc szersze kręgi niż mieli tu we dwoje. A jednak tego nie zrobili... ...i stało się najgorsze. Reszta posypała się jak domek z kart albo kostki przewróconego domino.
- Planujesz tu wrócić? Teraz, gdy to jest tylko - twoje i nie musisz już przejmować się moją obecnością?, urwał, milknąc na moment. - To mogłoby być lepsze miejsce niż Horyzontalna, szczególnie dla Astarotha, o ile nie zacznie mordować mugoli z miasteczka - mówił spokojnie, ponownie jedynie stwierdzał fakt a nie szukał zaczepki; jego usta znajdowały się tuż przy wargach Geraldine a oczy były zamknięte, nawet mimo mroku.
Tuż obok okiennica huknęła o ścianę. Wiatr głośno zajęczał, niosąc się echem wśród skał i wrzosów. Mimo wszystko to było lepsze miejsce - tak jak mówił. W końcu nie bez powodu wybrali je na swoją bezpieczną przystań. To, że teraz ponownie wymagało wiele wysiłku, aby przywrócić je do właściwszego stanu, nie zmieniało tego faktu.
- Mogę pomóc ci z paroma rzeczami zanim stąd znikniemy. Nawet zostać tu na chwilę dłużej, żeby doprowadzić kilka tematów do porządku - starał się nie mieć żadnych oczekiwań, tłumacząc to sobie koniecznością domknięcia tego, co sam również zaniedbał przez ostatnie półtora roku, jednak w rzeczywistości chyba trochę zbyt mocno chciał znaleźć sobie pretekst, żeby nie musieć wracać z porannym światłem.
Brakowało mu tego domu. Nie tak jak Riny, bo bez niej to miejsce nigdy nie miałoby dla niego takiego znaczenia, ale obserwowanie tego jak wszystko dookoła powoli ogarniał rozkład było trudne. Niezależnie od tego, co chciała zrobić z tym miejscem, mógł przeznaczyć trochę czasu, żeby naprawić choć kilka zniszczeń. Pozbyć się jeżyn w ogrodzie, trwale naprawić okiennicę na ganku, poprawić barierki przy stopniach, które też wymagały wymiany.
Mógł z nią tu zostać jeszcze przez chwilę. Tak długo jak to konieczne, nawet jeśli podświadomie obawiał się, że robiłby to wolniej, wpadając w pułapkę przesuwania odejścia co dzień o dzień aż wreszcie stałoby się to bardziej niż oczywiste. Choć tak właściwie to czy już nie było? Mimo to czekał na odpowiedź. W mroku nocy wszystko było inne. Zarazem trudniejsze i łatwiejsze. Paradoksalne. Jak nowy ład i porządek.
Miesiącami wydawało mu się, że ich życie wkroczyło na właściwe tory. Po latach walki i trudów nareszcie osiągnęli coś na kształt prawdziwej stabilizacji. Spokoju, którego nadejścia Ambroise nigdy nie śmiałby się spodziewać. Pomimo grozy ogarniającej świat, odnaleźli namiastkę własnej idylli.
A potem wszystko runęło, gdy nadeszła świadomość, że ta cisza nie była tym, za co ją mieli. W rzeczywistości znajdowali się w oku cyklonu. Tam, gdzie było najspokojniej zaraz przed tym jak znowu wszystko ogarniała niszczycielska siła. Kilka sekund oddechu i ich świat został rozdarty, rozszarpany, bezpowrotnie zniszczony.
Ledwo pozbierali się po sytuacji z początku roku. Powtórka nadeszła niespodziewanie, tyle tylko, że los tym razem nie zamierzał być łaskawy. Nie brał jeńców, nie wybaczał. Śmierć zabrała to, po co przyszła. Nie dało się temu zapobiec, choć przynajmniej kilka tygodni później ponownie pojawiła się w ich życiu - tym razem po to, aby wyrównać rachunki.
Tyle tylko, że to nic nie zmieniło. Ich rzeczywistość i tak została skażona i spaczona. A podjęta decyzja o tym, aby zemścić się za ten cios, zamiast przynieść ulgę, niosła ze sobą ból uświadomienia sobie, że z tej ścieżki nie było powrotu. Zbyt łatwo przyszło mu pogrążenie się w mroku. Znacznie ciemniejszym i gęstszym od tego, który ich teraz otaczał w salonie w miejscu, które powinno być domem a było cmentarzem.
Nie chciał, aby stało się nim jeszcze bardziej dosłownie. Wbrew temu, po co sięgały jego dłonie, nie mógł pozwolić sobie na więcej niż ta chwila słabości. Inaczej to wszystko byłoby bezcelowe.
- Inni są ślepcami - odrzekł, wyjątkowo nie podkreślając własnej wartości i tego, co zazwyczaj padłoby z jego ust.
Tym razem nie chodziło o niego. Nie w tej chwili. On? Dawno pogrążył się w swoim bagnie.
- Wątpliwości zawsze gdzieś tam będą - odpowiedział bez zawahania, lekko gładząc ją ręką po plecach. - Byłoby źle, gdybyś ich nie miała - miał w tym praktyczne doświadczenie, prawda?
On sam coraz rzadziej zastanawiał się nad konsekwencjami własnych wyborów. Przeznaczał mniej czasu na myślenie, więcej zaś na reagowanie pod wpływem chwili. Jeśli to było w ogóle możliwe, stał się bardziej porywczy i impulsywny, mniej kontrolował własne destrukcyjne zapędy. A przecież jednocześnie widział, do czego prowadziło to niektórych ludzi.
Obracając się w takich a nie innych kręgach, Roise znał wiele chodzących przykładów na to, że z pozoru najłatwiejsze i najskuteczniejsze metody niemal zawsze były też najbardziej pochłaniające. Mimo to sam instynktownie je wybierał. Sięgał po nie, bo nie musiał się powstrzymywać. Na koniec dnia i tak była noc, czyż nie? A on wracał do pustego domu, który nazywał domem wyłącznie po to, aby nie odpowiadać na zbędne pytania. W istocie czuł się, jakby go wcale nie miał.
Dryfował. Unosił się na falach. Częściej niż rzadziej znajdował się pod wodą. Tuż przy samym dnie. Tonął, ale nie mógł się utopić. Raz za razem znajdował w sobie na tyle siły, aby spróbować wrócić na powierzchnię, choć mentalnie już dawno zszedł z właściwego toru.
Może Geraldine w istocie miała rację? Mówiąc o sobie, mówiła również o nim? Bo przecież on przede wszystkim nigdy nie potrafił się dostosować. Wolał zacięcie zmierzać po swoje a teraz to już praktycznie nie działało. Powoli skinął głową, dając się gładzić po policzku, który wysechł już od łez (a może mu je starła? wolał nie wiedzieć), ale w dalszym ciągu był przejmująco lodowaty.
A może to jej dłonie były parzące, bo nigdy nie powinny się tam znaleźć? Należeli już do zupełnie innych światów. Nie powinni być tak blisko, igrać z przekornym, złośliwym losem, lecz właśnie to robili. Lgnęli do siebie. Podejmowali kolejne pochopne decyzje dla paru chwil niepełnej ulgi podszytej świadomością, że to było niewłaściwe...
...i zarazem tak słuszne. Chyba w istocie nie potrafili się dostosować. Nie mógł temu zaprzeczać, więc milczał, bo nie chciał kłamać.
- Dawno temu. Zbyt dawno, żeby określić dokładny moment, kiedy to się stało - odpowiedział cicho, ostrożnie zbliżając twarz do jej twarzy i opierając czoło o czoło Geraldine, kolejny raz poddając się dotykowi dłoni dziewczyny, choć tym razem we włosach.
Zawsze to lubił. Uśmiechał się, gdy wplatała palce w jego włosy, gdy delikatnie wodziła nimi między pasmami, lekko drapiąc go po głowie. Wywołując przyjemne dreszcze na jego ciele i sprawiając, że mimowolnie przymykał oczy, wzdychając z zadowoleniem.
Teraz też niemal tak zrobił. Nieomal uległ instynktowi, by luźniej oprzeć się o dół kanapy, pociągając Geraldine za sobą. Gdyby byli tamtymi ludźmi albo mogli w dalszym ciągu udawać widma własnej przeszłości, jednym zdecydowanym ruchem posadziłby ją sobie na kolanach, nieznacznie zsuwając się z nią w dół, aby półleżeć pomiędzy kanapą a podłogą. Oddychałby błogo i spokojnie, pozwalając przeczesywać swoje włosy.
Byliby szczęśliwsi niezależnie od okoliczności zewnętrznych, bo razem naprawdę wydawało im się, że byli w stanie przetrwać znacznie więcej. No właśnie: wydawało im się do momentu, kiedy musieli uświadomić sobie, że to były jedynie czcze starania i myślenie życzeniowe nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.
Zaraz później zaczęła pojawiać się ta natrętna myśl, z którą nie chciał się zgadzać, lecz pod osłoną nocy była nieunikniona.
- A może tak naprawdę nigdy jej nie mieliśmy - nie pytał, po prostu stwierdził fakt, wypowiadając tą jedną naprawdę ponurą i przebijającą myśl, która od wielu miesięcy cisnęła mu się do głowy, ale jak do tej pory nigdy nie zagościła na ustach Ambroisa.
Do teraz. Do momentu, kiedy rzeczywiście osiągnął ten stopień przytłoczenia rzeczywistością i popapranymi kolejami losu, że nie widział zbyt wielu innych możliwości. Nie mieli kontroli nad niczym. Wyłącznie wydawało im się, że panują na swoim życiem. Wspólnym czy osobnym - przy obu nie mieli tak naprawdę zbyt wiele do powiedzenia, choć raz za razem przeskakiwali przez kłody rzucane im pod nogi.
Nie poddawali się i to grało. Jakimś cudem działało na tyle długo, że zdążyli zbudować sobie na tym dom, wspólne życie, mieli własny mały kawałek bezpiecznego świata w Piaskownicy. Greengrass czasami zastanawiał się nad tym, ile tak właściwie mogliby jeszcze wytrwać w taki sposób. Mury obronne zaczęły sypać się zimą, ale mieli w sobie nawzajem tyle oparcia, żeby spróbować to naprawić. Na jak długo?
Poniekąd sama dała mu odpowiedź, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy.
To nigdy nie było proste. Skinął głową. To nigdy nie było proste, więc pewnie stałoby się to prędzej niż później. Ostateczny odwlekany cios. Ich brudy zawsze miały tendencję do gromadzenia się pod dywanem a potem wylewania się stamtąd pod postacią niepowstrzymywalnej lawiny. A wtedy czasy były jeszcze trochę spokojniejsze, zagrożenia nie były tak realne i odczuwalne niemal na każdym kroku.
- Doskonale wiesz, komu teraz sprzyja - nie miał zamiaru mówić tego na głos, ale oboje mieli odpowiedź na to pytanie.
Uzyskali ją wtedy z początkiem roku, gdy wszystko zaczęło rozsypywać się w popiół, obracać się w perzynę. Na początku starali się udawać, że mogą coś z tym zrobić. Wycofanie się z linii frontu było najlepszym posunięciem, jakie mogli wtedy poczynić, jednak i to nie wystarczyło.
Coś musiało się zepsuć, choć mimo wszystko chyba nigdy nie sądzili, czym to będzie. Uderzenie tak blisko nich, że praktycznie bezpośrednio w ich życie było druzgocące. Sprawiło, że wszystko momentalnie tąpnęło. Zniszczenia były nieuniknione i tak mocne, że nigdy się po nich nie pozbierali. Nie mieli się pozbierać, nawet jeśli z czasem na nowo nauczyli się z tym żyć... ...egzystować, bo to było lepsze słowo.
Czasami zastanawiał się, co by było, gdyby inaczej podeszli do całej sprawy. Gdyby nie byli egoistami, dzieląc się częścią swojego bezpiecznego świata z bliskimi przyjaciółmi z Londynu. Wpuszczając ich za osłonę, radząc im zrobić coś, o czym sami błyskawicznie zadecydowali. Może nawet pomagając w znalezieniu czegoś całkiem blisko nich, ustalając wspólny front, tworząc szersze kręgi niż mieli tu we dwoje. A jednak tego nie zrobili... ...i stało się najgorsze. Reszta posypała się jak domek z kart albo kostki przewróconego domino.
- Planujesz tu wrócić? Teraz, gdy to jest tylko - twoje i nie musisz już przejmować się moją obecnością?, urwał, milknąc na moment. - To mogłoby być lepsze miejsce niż Horyzontalna, szczególnie dla Astarotha, o ile nie zacznie mordować mugoli z miasteczka - mówił spokojnie, ponownie jedynie stwierdzał fakt a nie szukał zaczepki; jego usta znajdowały się tuż przy wargach Geraldine a oczy były zamknięte, nawet mimo mroku.
Tuż obok okiennica huknęła o ścianę. Wiatr głośno zajęczał, niosąc się echem wśród skał i wrzosów. Mimo wszystko to było lepsze miejsce - tak jak mówił. W końcu nie bez powodu wybrali je na swoją bezpieczną przystań. To, że teraz ponownie wymagało wiele wysiłku, aby przywrócić je do właściwszego stanu, nie zmieniało tego faktu.
- Mogę pomóc ci z paroma rzeczami zanim stąd znikniemy. Nawet zostać tu na chwilę dłużej, żeby doprowadzić kilka tematów do porządku - starał się nie mieć żadnych oczekiwań, tłumacząc to sobie koniecznością domknięcia tego, co sam również zaniedbał przez ostatnie półtora roku, jednak w rzeczywistości chyba trochę zbyt mocno chciał znaleźć sobie pretekst, żeby nie musieć wracać z porannym światłem.
Brakowało mu tego domu. Nie tak jak Riny, bo bez niej to miejsce nigdy nie miałoby dla niego takiego znaczenia, ale obserwowanie tego jak wszystko dookoła powoli ogarniał rozkład było trudne. Niezależnie od tego, co chciała zrobić z tym miejscem, mógł przeznaczyć trochę czasu, żeby naprawić choć kilka zniszczeń. Pozbyć się jeżyn w ogrodzie, trwale naprawić okiennicę na ganku, poprawić barierki przy stopniach, które też wymagały wymiany.
Mógł z nią tu zostać jeszcze przez chwilę. Tak długo jak to konieczne, nawet jeśli podświadomie obawiał się, że robiłby to wolniej, wpadając w pułapkę przesuwania odejścia co dzień o dzień aż wreszcie stałoby się to bardziej niż oczywiste. Choć tak właściwie to czy już nie było? Mimo to czekał na odpowiedź. W mroku nocy wszystko było inne. Zarazem trudniejsze i łatwiejsze. Paradoksalne. Jak nowy ład i porządek.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down