Ledwie postawiono choinkę, ledwie zazieleniły się igly i rozbrzmiały pierwsze buty świątecznych piosenek w radiu. Dopiero co wspominano zmarłych, a już nadszedł czas, aby cieszyć się rodziną. Nie tak miało to jednak wyglądać dla Morpheusa, bo on za kilka godzin miał pociąg na kontynent, a stamtąd świstoklik na Rodos i prom na Simi. Yule miał spędzić pośród zimowych sztormów Posejdona i obcych twarzy. Kiedy inni biegali w poszukiwaniu perfekcyjnych prezentów dla swojej rodziny, on już wiedział, że prześle im kosz win i smakołyków z krainy mitów. Wyjazd dobrze mu zrobi, tak uważał. Wszyscy tak uważali.
Niecierpliwość i gniew wrzały mu pod skórą, poczucie odsunięcia. Osamotnienia niemal. Charlotte miała swoją rodzinę, Anthony Jonathana i całe przedszkole podopiecznych, a on? Nie mógł przejść przez własny dom, aby nie słyszeć ech przyszłości, które milkły, gdy uchwyciły jego teraźniejsze kroki. Wiedział, że jego rodzina w coś była wplątana, ale nie ufała mu dostatecznie, aby mu powiedzieć. Nic dziwnego, że raz za razem wyciągał trójkę mieczy lub odwrócone kielichy. Czasami nawet diabła. Karty śmiały mu się w twarz.
Zatrzymał się pośród chlapy londyńskiej zimy, brzydkiej i szarej, owinął się ciaśniej kaszmirowym szalem, spoglądając na jeszcze niemal puste drzewko świąteczne, odczytał napis.
„Podaruj cząstkę swojej magii - powieś bombkę w kształcie tego, co kryje twoja dusza”.
Pokręciło głową. Cóż kryje jego dusza? Dużo zgryźliwości, to na pewno. Niechęci do wszystkiego.
Może to ten ziąb oddalania się od ważnych ludzi swojego życia sprawił, że magia, którą utworzył Morpheus w swoich dłoniach, przybrała migoczącą postać w kapturze. Bombka przybrała kształt tarotowego Eremity, z laską i latarnią, świecąca migotliwe. Przy bliższych oględzinach, brodaty samotnik nabierał charakterystycznych dla Morpheusa cech, ledwie widocznych gołym okiem, a o kostur zawieszona była klepsydra, w której płynął piasek. Nie tylko przywołanie do pierwotnej wersji tej karty. Morpheus podszedł do drzewka bliżej i ozdoba uniosła się i zawiązała złotą gałęzią na jednej z wielu wolnych gałązek.
Morpheus zamknął oczy.
O Wielki Mędrcu, Ty, który władasz słowem, wiedzą i prawdą, Ogma, światło elokwencji, prowadź moje myśli. Dagdo, nosiciel mądrości wszechświata, dziel się swą wiedzą. Niech Twoje słowa przepływają przez moje usta, niech Twe mądrości wypełnią moje serce, biechaj prowadzą mnie Twoje nauki, w ciemności ignorancji, ku światłu zrozumienia.
Modlitwa przepłynęła przez niego, jakby rzeczywiście ujrzał światło mądrości w niej samej. W końcu Eremita nauczał. Niósł kaganek oświaty. Na Nowy Rok Morpheus życzył sobie i swoim bliskim objawiania mądrości, przełomów w rozpoznaniu prawdy. Życzył sobie, aby w końcu odnaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania o strukturę wszechświata. W końcu jego największym marzeniem było usiąść obok Boga i z nim porozmawiać.
Odetchnął, para stworzyła obłok dookoła jego osoby. Wyciągnął papierosa i go zapalił, patrząc jeszcze chwilę na swoją bombkę. Niech będzie. Eremita.