27.12.2024, 10:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2024, 10:41 przez Baldwin Malfoy.)
Zignorował kompletny brak obycia Mulcibera w tak ważnym elemencie ich kultury jak audycja Babki Patki. Sama myśl o tym jak za dzieciaka wykradał ojcu radio, by pod stertą koców i kołder, w zaciszu ich sypialni, słuchać bajek
z Calanthe, była jedną z tych, którą pielęgnował jak kwiaty w ogrodzie pamięci. Wspomnienie bólu, gdy pieprzony skrzat domowy doniósł o tym matce, a ta brutalnie ciągnęła drewnianą linijką po dłoniach syna, póki pierwsze krople krwi nie spadły na podłogę. Nie za kradzież. Za słuchanie bzdur, przeznaczonych dla uszu plebejskich dzieci. Za sprowadzanie swojej siostry na niewłaściwą drogę.
Nawet po tylu latach blizny na grzbiecie dłoni Baldwina swędziały od samego wspomnienia.
Niektórzy uważali szczury za głupie istoty. Niespełna rozumku, oddane, ślepe towarzysze dzieci z Hogwartu, których nie było stać na sowę. Szkodniki.
Baldwin natomiast za takowe uważał ludzi. I choć spowiadał się z tego podczas cotygodniowego nabożeństwa, szepcząc błagalne prośby tak cicho, że jedynie Matka i klęcząca obok Lorraine zdawały się je słyszeć – grzech pych przylgnął do młodego dziedzica jak lepka maź.
Scylla nie ma czego nadrabia.
- Jest Greybackiem.- Powtórzył powoli, do domysłu pozostawiając, że w sumie to ma do nadrabiania całkiem kurwa sporo. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Charlie może nie rozumieć co to znaczy być Greybackiem. Rodzina wilkołaków. Plugawych mieszańców. Podludzi brudnej krwi. Tak po prawdzie to Baldwina nie obchodziło z kim się zadaje Mulciber, nawet jeśli plamił święte imię swojej własnej matki. Ona już poniosła swoją karę oddając się jego ojcu.
Rozmawialiśmy o jej krwi. Nie mam jej nic do zarzucenia.
Baldwin spojrzał na niego z wyraźną… pobłażliwością w oczach. Z taką z jaką patrzy się na najebanego kolegę, który podbija przy barze do starej burdelmamy i liczy, że rano nadal obudzi się z sakiewką, godnością i obiema nerkami.
Więc albo cię okłamała, naiwny kretynie, albo jesteś większym głupcem niż mi się wydawało.
Przechylił lekko głowę. Dzieci nosiły brzemienia swych ojców, bo takie było prawo. Nosiły je z godnością, pozwalając im łamać swoje barki pod ciężarem. Stwierdzić, że nie ma się krwi pannicy nic do zarzucenia to jak przyznać się, że nie ma się nic do zarzucenia czystokrwistym kurwom, które rozłożyły nogi przed mugolami. Też rodziły dzieci półkrwi. Zbrukane szlamem historii.
Ale cóż, może w tej całej Norwegii mieli inne zwyczaje? W sumie miało to sens – pewnie połowa z nich pozamarzała w tych ichniejszych igloo więc musieli sobie wmówić, że półkrwi to prawie jak czysta jeśli się ją przesączy przez filtr do herbaty, przymknie jedno oko i okręci parę razy w lewo na prawej nodze.
- Krew to wszystko. Nasz początek i nasz koniec. Dziedzictwo. Błogosławieństwo. Przekleństwo. Wybierz sobie jedno, Carloso – nie zapominaj o reszcie.- Oparł się wygodnie o oparcie kanapy, zarzucając rękę za jedną z poduszek; przesuwając opuszkami palców po szorstkim materiale. Jego myśli błądziły gdzieś indziej. Przyszłość i przeszłość mieszały się ze sobą, gdy poczuł słodki oddech Calanthe na szyi.
-Może ty nie jesteś partią dla niej.
Zaśmiał się. Serdecznie. Z nieźle zamaskowaną nutą groźby. A może mój stary trzyma ją dla siebie? Może odbiera mi prawa dzielić z nią łoża, bo jest zwykłym chujem, który wierzy w wyższość swojego nasienia nad synowskim? A może ty, synu Mulciberowy, powinieneś stulić pysk nim nie jest za późno?
Żadna z tych myśli nie opuściła jednak ust Malfoy’a, który nadal spoglądał na Charlie’go z tym samym żywym zainteresowaniem co moment wcześniej. Dziwni ci Norwegowie.
- Chuja wiesz o naszych zwyczajach i kulturze. O poświęceniu, które znosimy dla krwi.- Odpowiedział za to, wyjątkowo łagodnie. Założył nogę na nogę, zmrużył powieki. Czy mówił stricte o Malfoyach? A może o brytyjskiej socjecie? O tym pieprzonym zamkniętych światku, gdzie każdy ssał temu drugiemu, żeby zaskarbić sobie łaskę. Malfoy. Lestrange. Black. Drzewa genealogiczne sięgające praczasów, wybrańcy, nadzieja świata czarodziejów. Sięgnął po szklankę. Upił z niej szybko trochę alkoholu, chcąc zabić zbierającą się w gardle żółć złości.- A ty? Przyznałeś się ojcu, że prowadzasz się z panną Greyback? Podzielił twoje zdanie? Też uważa, że krew „to nie wszystko”. – Odbił piłeczkę. Cień Calanthe złożył na jego policzku fantomowy pocałunek i rozpłynął się w powietrzu.
z Calanthe, była jedną z tych, którą pielęgnował jak kwiaty w ogrodzie pamięci. Wspomnienie bólu, gdy pieprzony skrzat domowy doniósł o tym matce, a ta brutalnie ciągnęła drewnianą linijką po dłoniach syna, póki pierwsze krople krwi nie spadły na podłogę. Nie za kradzież. Za słuchanie bzdur, przeznaczonych dla uszu plebejskich dzieci. Za sprowadzanie swojej siostry na niewłaściwą drogę.
Nawet po tylu latach blizny na grzbiecie dłoni Baldwina swędziały od samego wspomnienia.
Niektórzy uważali szczury za głupie istoty. Niespełna rozumku, oddane, ślepe towarzysze dzieci z Hogwartu, których nie było stać na sowę. Szkodniki.
Baldwin natomiast za takowe uważał ludzi. I choć spowiadał się z tego podczas cotygodniowego nabożeństwa, szepcząc błagalne prośby tak cicho, że jedynie Matka i klęcząca obok Lorraine zdawały się je słyszeć – grzech pych przylgnął do młodego dziedzica jak lepka maź.
Scylla nie ma czego nadrabia.
- Jest Greybackiem.- Powtórzył powoli, do domysłu pozostawiając, że w sumie to ma do nadrabiania całkiem kurwa sporo. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Charlie może nie rozumieć co to znaczy być Greybackiem. Rodzina wilkołaków. Plugawych mieszańców. Podludzi brudnej krwi. Tak po prawdzie to Baldwina nie obchodziło z kim się zadaje Mulciber, nawet jeśli plamił święte imię swojej własnej matki. Ona już poniosła swoją karę oddając się jego ojcu.
Rozmawialiśmy o jej krwi. Nie mam jej nic do zarzucenia.
Baldwin spojrzał na niego z wyraźną… pobłażliwością w oczach. Z taką z jaką patrzy się na najebanego kolegę, który podbija przy barze do starej burdelmamy i liczy, że rano nadal obudzi się z sakiewką, godnością i obiema nerkami.
Więc albo cię okłamała, naiwny kretynie, albo jesteś większym głupcem niż mi się wydawało.
Przechylił lekko głowę. Dzieci nosiły brzemienia swych ojców, bo takie było prawo. Nosiły je z godnością, pozwalając im łamać swoje barki pod ciężarem. Stwierdzić, że nie ma się krwi pannicy nic do zarzucenia to jak przyznać się, że nie ma się nic do zarzucenia czystokrwistym kurwom, które rozłożyły nogi przed mugolami. Też rodziły dzieci półkrwi. Zbrukane szlamem historii.
Ale cóż, może w tej całej Norwegii mieli inne zwyczaje? W sumie miało to sens – pewnie połowa z nich pozamarzała w tych ichniejszych igloo więc musieli sobie wmówić, że półkrwi to prawie jak czysta jeśli się ją przesączy przez filtr do herbaty, przymknie jedno oko i okręci parę razy w lewo na prawej nodze.
- Krew to wszystko. Nasz początek i nasz koniec. Dziedzictwo. Błogosławieństwo. Przekleństwo. Wybierz sobie jedno, Carloso – nie zapominaj o reszcie.- Oparł się wygodnie o oparcie kanapy, zarzucając rękę za jedną z poduszek; przesuwając opuszkami palców po szorstkim materiale. Jego myśli błądziły gdzieś indziej. Przyszłość i przeszłość mieszały się ze sobą, gdy poczuł słodki oddech Calanthe na szyi.
-Może ty nie jesteś partią dla niej.
Zaśmiał się. Serdecznie. Z nieźle zamaskowaną nutą groźby. A może mój stary trzyma ją dla siebie? Może odbiera mi prawa dzielić z nią łoża, bo jest zwykłym chujem, który wierzy w wyższość swojego nasienia nad synowskim? A może ty, synu Mulciberowy, powinieneś stulić pysk nim nie jest za późno?
Żadna z tych myśli nie opuściła jednak ust Malfoy’a, który nadal spoglądał na Charlie’go z tym samym żywym zainteresowaniem co moment wcześniej. Dziwni ci Norwegowie.
- Chuja wiesz o naszych zwyczajach i kulturze. O poświęceniu, które znosimy dla krwi.- Odpowiedział za to, wyjątkowo łagodnie. Założył nogę na nogę, zmrużył powieki. Czy mówił stricte o Malfoyach? A może o brytyjskiej socjecie? O tym pieprzonym zamkniętych światku, gdzie każdy ssał temu drugiemu, żeby zaskarbić sobie łaskę. Malfoy. Lestrange. Black. Drzewa genealogiczne sięgające praczasów, wybrańcy, nadzieja świata czarodziejów. Sięgnął po szklankę. Upił z niej szybko trochę alkoholu, chcąc zabić zbierającą się w gardle żółć złości.- A ty? Przyznałeś się ojcu, że prowadzasz się z panną Greyback? Podzielił twoje zdanie? Też uważa, że krew „to nie wszystko”. – Odbił piłeczkę. Cień Calanthe złożył na jego policzku fantomowy pocałunek i rozpłynął się w powietrzu.