27.12.2024, 14:02 ✶
- To zależy - jak wszystko obecnie, prawda? - Jeśli przyjmujesz konsekwencje, nawet wbrew tym myślom, to chyba w dalszym ciągu są po prostu te słuszne wątpliwości - a przynajmniej tak mu się wydawało.
Geraldine, którą znał (i ta, którą nadal była w jego oczach) raczej nie unikała ponoszenia odpowiedzialności za swoje decyzje, więc dla niego sprawa była jasna. Znacznie jaśniejsza niż to, co powiedziała zaledwie moment później, na co zareagował stłumionym westchnieniem. Nie wiedział, co mógłby jej na to odpowiedzieć, naprawdę nie wiedział.
To była ciężka rozmowa. Inna niż wszystkie, które kiedykolwiek przeprowadzili, zwłaszcza że to już nie była zaogniona kłótnia i chyba oboje świadomie starali się, by w nią nie eskalowała. Nie po poprzednim wieczorze.
- Nie chcę się z tobą kłócić, Rina, ale to jak próba odwracania nurtu łyżką do zupy - stwierdził, nie wahając się mówić o tym, co uważał za szczere, bo przecież obiecali się nie okłamywać. - Nie mogę cię przed tym powstrzymać - a był zdecydowanie zbyt mocno wyczerpany tym, co stało się przed kilkoma chwilami, żeby na nią naskoczyć za pochopne i głupie pomysły - ale nie chciałbym kiedyś obudzić się w świecie bez ciebie - to były kolejne zatrważająco szczere słowa, które być może nigdy nie powinny paść, bo wszystko komplikowały zamiast ułatwiać.
Jednakże taka była prawda. To było coś, co przerażało go odkąd zyskał świadomość tego jak krucha jest rzeczywistość dookoła nich. Że otwarcie się na czyjąś obecność u swojego boku miało faktyczne konsekwencje będące nie tylko ryzykiem złamanego serca po rozstaniu. To było najłagodniejsze, co mogło się stać, szczególnie w tych czasach. Były dużo gorsze straty niż utrata wspólnego domu.
Wiedzieli coś o tym, prawda? Mogli budować sobie świat wokół Whitby, przebywać w Londynie tak krótko jak to było konieczne, zapewniać sobie (pozorną) neutralność. Przez pewien czas to działało. A potem brutalnie przypomniano im o tym, że losu nie da się oszukać. Rzeczywistość prędzej czy później wyciągała ręce po to, co do niej należało.
Od tamtej pory najpewniej oboje stracili znacznie więcej. Innych bliskich, wspomnienia bezpiecznych miejsc, nadzieję na przyszłość, wiarę w światło na końcu tunelu. Siebie nawzajem, swój dawny świat, choć w ciemnościach twarz obok twarzy mogli dać się zwieść pozorom. Zupełnie tak, jakby byli w stanie odbudować zalążek utraconego domu.
Tyle tylko, że miał się rozpaść z pierwszymi promieniami słońca, bo tworzyli go z mroku i desperacji. Ciemność ułatwiała mówienie o niektórych sprawach. To, że nie musieli spoglądać sobie nawzajem w oczy, że szept niósł się w echu wiatru zawodzącego na zewnątrz. Te wszystkie wypowiadane słowa nadal bolały, jednak same cisnęły się na usta.
Może z lekkim opóźnieniem, być może w niewłaściwej kolejności, poruszając tematy w tak chaotyczny sposób jak to było możliwe, ale ostatecznie mówił. Milcząc przez chwilę, tłumiąc w sobie odpowiedź, ale w końcu i tak się temu poddając.
- Nie mogłaś tego zauważyć, bo to już się działo - to nie były wyjaśnienia, zapewnienia, poprawianie jej ani żadne koślawe pocieszanie; tak właściwie to Ambroise sam nie wiedział, czym to było, jeśli nie kolejnymi ciężkimi prawdami. - Od samego początku byliśmy skazani na porażkę - stwierdził, zaciskając usta i na moment przymykając oczy, by nie westchnąć ciężko.
Wiedział, że nie planowała się z nim zgadzać. Nie mieli tu jasności. To też było skąpane w mrokach. Tym bardziej, że w dalszym ciągu oczekiwała od niego wyjaśnień a on nadal nie był w stanie jej ich zapewnić. Nie mógł powiedzieć tego, czego od niego chciała, więc każde z nich miało tu swoją wersję prawdy.
- Będziesz się w to mieszać - nie pytał, bo nie musiał pytać, wyłącznie kolejny raz w tej rozmowie stwierdził fakt, który zabrzmiał cicho, ale ponuro, zmęczenie. - Bezstronność już nie wchodzi w grę? Nie możesz zostawić tego tym ludziom, o których wspominałaś? Znajomemu, któremu pomogłaś? - aż nazbyt dobrze wiedział, co usłyszy.
Chcieli tego czy nie, to nigdy nie było coś, czego mogli uniknąć. Wmawiali sobie, że ta walka ich nie dotyczy, jednakże w rzeczywistości byli jej częścią. Mogli zapewniać sobie schronienie na krańcu świata, ale prędzej czy później musieli zmierzyć się ze światem pogrążonym w chaosie. Już nie razem a osobno. To też bolało, szczególnie wtedy, kiedy uświadamiał sobie, że może nie do końca działało (bujda: po prostu nie działało, Astaroth był kolejnym przykładem, ale nie chciał znów o nim mówić, więc tylko kiwnął głową).
- Ja też tego żałuję - odpowiedział niemal bezgłośnie, próbując nie pokręcić głową ani nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu, by nie zepsuć tej chwili.
Było ciężko. Trudniej niż mógłby kiedykolwiek zakładać. Nie bez powodu unikał tej rozmowy, ale ona i tak nadeszła. I jeśli to było w ogóle możliwe (a najwidoczniej było) była gorsza od wyrzutów, od krzyków, kłótni i wyklinania. Była smutna, po prostu przeraźliwie smutna. Nie mogła taka nie być, gdy przez lata zapewniali się o czymś, co utracili zaledwie w przeciągu kilku chwil.
Nie mogli dłużej karmić się złudzeniami, jednak tak trudno było nie próbować dać sobie choć namiastki nadziei, odrobinę światła w ciemnościach.
- To niemożliwe - tym razem nie potrafił tego nie powiedzieć, nie zdusił w sobie tych słów, tak samo jak bardzo lekkiego muśnięcia palcami włosów na karku Geraldine, gdy powoli przesunął rękę na jej ramię. - A ty? - To pytanie wydawało się naturalne, szczególnie pod gęstą osłoną nocy.
Tak, przyjął te słowa o zostaniu tutaj tak długo jak mógłby tego chcieć, nawet jeśli zanegował istnienie tej możliwości, bo przecież oboje wiedzieli, że to nie było wykonalne. Sam jej to wielokrotnie powiedział, choćby między słowami. Nie mógł tego zrobić, bo to oznaczałoby na zawsze, którego nie mieli. Przyszłość, która nie istniała.
A jednak zamierzał skorzystać z możliwości odetchnięcia, potrzebował tego tak bardzo i tak samo jak nie mógł sobie na to pozwolić na dłuższą metę. Skoro zaś rozmawiali w ten wyjątkowo szczery sposób, pytanie o jej plany również musiało paść. Mógł tu zostać sam, ale z nią byłoby inaczej.
Nie do końca łatwiej, ale bez Geraldine ten dom nie mógł być tym samym miejscem, które kiedyś przez wiele miesięcy traktowali jak swoją bezpieczną przystań. Tym miejscem, o które walczyli, aby zachować je przed światem. Bez niej zamierzał spełnić swoje słowa, bo przecież ta deklaracja już padła, ale nie spędzać tutaj dłużej niż kilka godzin, może dzień bądź dwa.
Przy niej? Odejście miało być cholernie trudne. Szczególnie teraz się na to zanosiło, bo nagle odzyskali trochę tego melancholijnego spokoju, pozornego porozumienia, czegoś na kształt szczerości. Przynajmniej takiej, na jaką mogli sobie pozwolić bez ponownych kłótni i wbijania palców w ponownie otwarte (a może nigdy nie zaleczone?) rany.
- Wiem, że powinienem to zrobić inaczej, ale nie umiałem znaleźć innego wyjścia. Nie chciałem, żeby tak to wyglądało - nie oczekiwał cóż tak właściwie to niczego, bo nie o to mu chodziło.
Nie o wybaczenie. A może nawet wręcz przeciwnie, bo choć cholernie by to bolało to w dalszym ciągu uważał, że być może łatwiej byłoby, gdyby Geraldine pałała do niego faktyczną niechęcią. Nie musiałaby cierpieć. Nie byłoby im tak trudno odsunąć się od siebie i wrócić do rzeczywistości, w której powinni zmierzać każde w swoją stronę.
Nie tak jak to było teraz. Nie z czołem przy czole, niemalże znowu wymieniając coraz bardziej desperackie pocałunki, przed którymi ledwo się powstrzymywał. Prawie musnął jej wargi swoimi, powstrzymując się dosłownie w ostatniej chwili i odsuwając głowę, aby wygiąć plecy w tył, wzdychając głęboko.
Geraldine, którą znał (i ta, którą nadal była w jego oczach) raczej nie unikała ponoszenia odpowiedzialności za swoje decyzje, więc dla niego sprawa była jasna. Znacznie jaśniejsza niż to, co powiedziała zaledwie moment później, na co zareagował stłumionym westchnieniem. Nie wiedział, co mógłby jej na to odpowiedzieć, naprawdę nie wiedział.
To była ciężka rozmowa. Inna niż wszystkie, które kiedykolwiek przeprowadzili, zwłaszcza że to już nie była zaogniona kłótnia i chyba oboje świadomie starali się, by w nią nie eskalowała. Nie po poprzednim wieczorze.
- Nie chcę się z tobą kłócić, Rina, ale to jak próba odwracania nurtu łyżką do zupy - stwierdził, nie wahając się mówić o tym, co uważał za szczere, bo przecież obiecali się nie okłamywać. - Nie mogę cię przed tym powstrzymać - a był zdecydowanie zbyt mocno wyczerpany tym, co stało się przed kilkoma chwilami, żeby na nią naskoczyć za pochopne i głupie pomysły - ale nie chciałbym kiedyś obudzić się w świecie bez ciebie - to były kolejne zatrważająco szczere słowa, które być może nigdy nie powinny paść, bo wszystko komplikowały zamiast ułatwiać.
Jednakże taka była prawda. To było coś, co przerażało go odkąd zyskał świadomość tego jak krucha jest rzeczywistość dookoła nich. Że otwarcie się na czyjąś obecność u swojego boku miało faktyczne konsekwencje będące nie tylko ryzykiem złamanego serca po rozstaniu. To było najłagodniejsze, co mogło się stać, szczególnie w tych czasach. Były dużo gorsze straty niż utrata wspólnego domu.
Wiedzieli coś o tym, prawda? Mogli budować sobie świat wokół Whitby, przebywać w Londynie tak krótko jak to było konieczne, zapewniać sobie (pozorną) neutralność. Przez pewien czas to działało. A potem brutalnie przypomniano im o tym, że losu nie da się oszukać. Rzeczywistość prędzej czy później wyciągała ręce po to, co do niej należało.
Od tamtej pory najpewniej oboje stracili znacznie więcej. Innych bliskich, wspomnienia bezpiecznych miejsc, nadzieję na przyszłość, wiarę w światło na końcu tunelu. Siebie nawzajem, swój dawny świat, choć w ciemnościach twarz obok twarzy mogli dać się zwieść pozorom. Zupełnie tak, jakby byli w stanie odbudować zalążek utraconego domu.
Tyle tylko, że miał się rozpaść z pierwszymi promieniami słońca, bo tworzyli go z mroku i desperacji. Ciemność ułatwiała mówienie o niektórych sprawach. To, że nie musieli spoglądać sobie nawzajem w oczy, że szept niósł się w echu wiatru zawodzącego na zewnątrz. Te wszystkie wypowiadane słowa nadal bolały, jednak same cisnęły się na usta.
Może z lekkim opóźnieniem, być może w niewłaściwej kolejności, poruszając tematy w tak chaotyczny sposób jak to było możliwe, ale ostatecznie mówił. Milcząc przez chwilę, tłumiąc w sobie odpowiedź, ale w końcu i tak się temu poddając.
- Nie mogłaś tego zauważyć, bo to już się działo - to nie były wyjaśnienia, zapewnienia, poprawianie jej ani żadne koślawe pocieszanie; tak właściwie to Ambroise sam nie wiedział, czym to było, jeśli nie kolejnymi ciężkimi prawdami. - Od samego początku byliśmy skazani na porażkę - stwierdził, zaciskając usta i na moment przymykając oczy, by nie westchnąć ciężko.
Wiedział, że nie planowała się z nim zgadzać. Nie mieli tu jasności. To też było skąpane w mrokach. Tym bardziej, że w dalszym ciągu oczekiwała od niego wyjaśnień a on nadal nie był w stanie jej ich zapewnić. Nie mógł powiedzieć tego, czego od niego chciała, więc każde z nich miało tu swoją wersję prawdy.
- Będziesz się w to mieszać - nie pytał, bo nie musiał pytać, wyłącznie kolejny raz w tej rozmowie stwierdził fakt, który zabrzmiał cicho, ale ponuro, zmęczenie. - Bezstronność już nie wchodzi w grę? Nie możesz zostawić tego tym ludziom, o których wspominałaś? Znajomemu, któremu pomogłaś? - aż nazbyt dobrze wiedział, co usłyszy.
Chcieli tego czy nie, to nigdy nie było coś, czego mogli uniknąć. Wmawiali sobie, że ta walka ich nie dotyczy, jednakże w rzeczywistości byli jej częścią. Mogli zapewniać sobie schronienie na krańcu świata, ale prędzej czy później musieli zmierzyć się ze światem pogrążonym w chaosie. Już nie razem a osobno. To też bolało, szczególnie wtedy, kiedy uświadamiał sobie, że może nie do końca działało (bujda: po prostu nie działało, Astaroth był kolejnym przykładem, ale nie chciał znów o nim mówić, więc tylko kiwnął głową).
- Ja też tego żałuję - odpowiedział niemal bezgłośnie, próbując nie pokręcić głową ani nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu, by nie zepsuć tej chwili.
Było ciężko. Trudniej niż mógłby kiedykolwiek zakładać. Nie bez powodu unikał tej rozmowy, ale ona i tak nadeszła. I jeśli to było w ogóle możliwe (a najwidoczniej było) była gorsza od wyrzutów, od krzyków, kłótni i wyklinania. Była smutna, po prostu przeraźliwie smutna. Nie mogła taka nie być, gdy przez lata zapewniali się o czymś, co utracili zaledwie w przeciągu kilku chwil.
Nie mogli dłużej karmić się złudzeniami, jednak tak trudno było nie próbować dać sobie choć namiastki nadziei, odrobinę światła w ciemnościach.
- To niemożliwe - tym razem nie potrafił tego nie powiedzieć, nie zdusił w sobie tych słów, tak samo jak bardzo lekkiego muśnięcia palcami włosów na karku Geraldine, gdy powoli przesunął rękę na jej ramię. - A ty? - To pytanie wydawało się naturalne, szczególnie pod gęstą osłoną nocy.
Tak, przyjął te słowa o zostaniu tutaj tak długo jak mógłby tego chcieć, nawet jeśli zanegował istnienie tej możliwości, bo przecież oboje wiedzieli, że to nie było wykonalne. Sam jej to wielokrotnie powiedział, choćby między słowami. Nie mógł tego zrobić, bo to oznaczałoby na zawsze, którego nie mieli. Przyszłość, która nie istniała.
A jednak zamierzał skorzystać z możliwości odetchnięcia, potrzebował tego tak bardzo i tak samo jak nie mógł sobie na to pozwolić na dłuższą metę. Skoro zaś rozmawiali w ten wyjątkowo szczery sposób, pytanie o jej plany również musiało paść. Mógł tu zostać sam, ale z nią byłoby inaczej.
Nie do końca łatwiej, ale bez Geraldine ten dom nie mógł być tym samym miejscem, które kiedyś przez wiele miesięcy traktowali jak swoją bezpieczną przystań. Tym miejscem, o które walczyli, aby zachować je przed światem. Bez niej zamierzał spełnić swoje słowa, bo przecież ta deklaracja już padła, ale nie spędzać tutaj dłużej niż kilka godzin, może dzień bądź dwa.
Przy niej? Odejście miało być cholernie trudne. Szczególnie teraz się na to zanosiło, bo nagle odzyskali trochę tego melancholijnego spokoju, pozornego porozumienia, czegoś na kształt szczerości. Przynajmniej takiej, na jaką mogli sobie pozwolić bez ponownych kłótni i wbijania palców w ponownie otwarte (a może nigdy nie zaleczone?) rany.
- Wiem, że powinienem to zrobić inaczej, ale nie umiałem znaleźć innego wyjścia. Nie chciałem, żeby tak to wyglądało - nie oczekiwał cóż tak właściwie to niczego, bo nie o to mu chodziło.
Nie o wybaczenie. A może nawet wręcz przeciwnie, bo choć cholernie by to bolało to w dalszym ciągu uważał, że być może łatwiej byłoby, gdyby Geraldine pałała do niego faktyczną niechęcią. Nie musiałaby cierpieć. Nie byłoby im tak trudno odsunąć się od siebie i wrócić do rzeczywistości, w której powinni zmierzać każde w swoją stronę.
Nie tak jak to było teraz. Nie z czołem przy czole, niemalże znowu wymieniając coraz bardziej desperackie pocałunki, przed którymi ledwo się powstrzymywał. Prawie musnął jej wargi swoimi, powstrzymując się dosłownie w ostatniej chwili i odsuwając głowę, aby wygiąć plecy w tył, wzdychając głęboko.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down