28.12.2024, 22:11 ✶
Znajome pokoje salonu Rosierów były tą namiastką wytchnienia, której czarownica potrzebowała. Tak jakby mogła zostawić za drzwiami wszelkie smutki i cały ten irracjonalny ból. Co prawda nie sięgnęła jeszcze po szampana, zauroczona ilością kreacji. Jakiś powiew normalności w tym chorym świecie. Lorien jak rasowa sroka badała wzrokiem każdy materiał, może jedynie odrobinkę mniej krytycznie niż robił to właśnie Jonathan. Część z nich już na wstępie została poddana selekcji. Za długie. Za krótkie. Nie dość czarne. Zbyt czarne? Wspaniały materiał, okropny krój. Cudowny krój, tragiczny na tą porę roku materiał.
- Mogłabym być naburmuszoną piratką.- Przyznała, przykładając do siebie jedną z czarnych sukienek z ekstremalną ilością falban, kokardek i w dodatku z bufiastymi rękawami. Nie zdołała powstrzymać się przed krótkim parsknięciem śmiechem.- Lepsze to niż zapomniana w piecyku beza Pavlova.- Odwróciła się, prezentując swojemu towarzyszowi odkrycie sezonu. Przyniesiony do kompletu kapelusz z wielką, koronkową kokardą spoczywał już na głowie czarownicy, przysłaniając jej widok na wszystko dookoła.
- Mogłabym mówić, że mój mąż był mi najcenniejszym ze skarbów. I dlatego go zakopałam. Dziennikarze by oszaleli z radości.- Potrząsnęła lekko głową, choć jedyną tego oznaką był zamaszysty ruch kokardy na nakryciu głowy. I cierpki śmiech Lorien, gdzieś spod owego nakrycia.
Cóż za ironia losu. Przemknęło jej przez myśl, gdy ponownie spojrzała na siebie tonącą w takiej ilości materiału i czarnych dekoracji. Nie przyszło jej wybierać sukni ślubnej, a bogowie i tak zadbali, żeby w końcu postawiła nogę u Rosierów. Było w tym coś poetyckiego, jakieś dziwaczne zamknięcie rozdziału, który sam w sobie wydawał się jedynie krótkim koszmarnym snem. Wdowa. Może i brzmiało to dumnie, ale nie pasowało do wciąż skądinąd dość młodej pani Mulciber. Tytuł odbijał się w jej zmęczonej twarzy pozbawionej jakichkolwiek oznak starości. Jeszcze żeby miała choć kilka siwych włosów, parę zmarszczek, cokolwiek czym zwykły chwalić się sędziwe matrony. Ale nie. Na złość światu Lorien starzała się jak dobry rocznik wina, by umrzeć w swojej eterycznym, chorobliwym pięknie. Ktoś kiedyś powiedział, że pani Mulciber nigdy nie była piękniejsza, niż wtedy gdy była smutna. A smutna bywała wręcz zatrważająco często.
Odwiesiła ostatecznie suknię na jej wieszak, uznając, że pogrzeb nie jest dobrym momentem na wyglądanie jak spalony wypiek cukierniczy.
- To będzie zamknięta ceremonia. Tylko dla najbliższych, chociaż nie znam szczegółów. Mój szwagier w swojej niezrównanej dobroci odciął mnie od planowania czegokolwiek. Zresztą obawiam się, że nie zabawię na niej zbyt długo.- Przygryzła delikatnie dolną wargę, ściągając z głowy kapelusz i ostrożnie rozczesując palcami splątane loki. Gdzieś tam głosik z tyłu głowy podpowiadał jej żeby w ogóle nie iść. Ale nie mogła. Nie kiedy wiedziała, że jest to od niej oczekiwane. Musiała jeszcze przez moment być tą nieszczęsną żoną, której nie udało się spalić na mężowym stosie.- Zresztą muszę mieć coś prostego, nie będę mieć czasu, żeby się przebrać po pracy.- Przeszła przez pokój, po czym ujęła się pod boki przyglądając odrzuconym przez Selwyna kreacjom.- Więc obawiam się, że musimy pożegnać się z wyuzdanym elfem.- Obrzuciła krytycznym spojrzeniem kusą kieckę. Na Merlina, siedemnastoletnia Lorien Crouch by się nie zastanawiała nawet przez moment, gdyby miała okazję pochować w tym któregoś ze swoich chłopaków.- Myślisz, że jak wezmę woal to będzie zbyt… poetycko? Sama nie wiem. Po prostu nie chcę żeby mi się przyglądali.
- Mogłabym być naburmuszoną piratką.- Przyznała, przykładając do siebie jedną z czarnych sukienek z ekstremalną ilością falban, kokardek i w dodatku z bufiastymi rękawami. Nie zdołała powstrzymać się przed krótkim parsknięciem śmiechem.- Lepsze to niż zapomniana w piecyku beza Pavlova.- Odwróciła się, prezentując swojemu towarzyszowi odkrycie sezonu. Przyniesiony do kompletu kapelusz z wielką, koronkową kokardą spoczywał już na głowie czarownicy, przysłaniając jej widok na wszystko dookoła.
- Mogłabym mówić, że mój mąż był mi najcenniejszym ze skarbów. I dlatego go zakopałam. Dziennikarze by oszaleli z radości.- Potrząsnęła lekko głową, choć jedyną tego oznaką był zamaszysty ruch kokardy na nakryciu głowy. I cierpki śmiech Lorien, gdzieś spod owego nakrycia.
Cóż za ironia losu. Przemknęło jej przez myśl, gdy ponownie spojrzała na siebie tonącą w takiej ilości materiału i czarnych dekoracji. Nie przyszło jej wybierać sukni ślubnej, a bogowie i tak zadbali, żeby w końcu postawiła nogę u Rosierów. Było w tym coś poetyckiego, jakieś dziwaczne zamknięcie rozdziału, który sam w sobie wydawał się jedynie krótkim koszmarnym snem. Wdowa. Może i brzmiało to dumnie, ale nie pasowało do wciąż skądinąd dość młodej pani Mulciber. Tytuł odbijał się w jej zmęczonej twarzy pozbawionej jakichkolwiek oznak starości. Jeszcze żeby miała choć kilka siwych włosów, parę zmarszczek, cokolwiek czym zwykły chwalić się sędziwe matrony. Ale nie. Na złość światu Lorien starzała się jak dobry rocznik wina, by umrzeć w swojej eterycznym, chorobliwym pięknie. Ktoś kiedyś powiedział, że pani Mulciber nigdy nie była piękniejsza, niż wtedy gdy była smutna. A smutna bywała wręcz zatrważająco często.
Odwiesiła ostatecznie suknię na jej wieszak, uznając, że pogrzeb nie jest dobrym momentem na wyglądanie jak spalony wypiek cukierniczy.
- To będzie zamknięta ceremonia. Tylko dla najbliższych, chociaż nie znam szczegółów. Mój szwagier w swojej niezrównanej dobroci odciął mnie od planowania czegokolwiek. Zresztą obawiam się, że nie zabawię na niej zbyt długo.- Przygryzła delikatnie dolną wargę, ściągając z głowy kapelusz i ostrożnie rozczesując palcami splątane loki. Gdzieś tam głosik z tyłu głowy podpowiadał jej żeby w ogóle nie iść. Ale nie mogła. Nie kiedy wiedziała, że jest to od niej oczekiwane. Musiała jeszcze przez moment być tą nieszczęsną żoną, której nie udało się spalić na mężowym stosie.- Zresztą muszę mieć coś prostego, nie będę mieć czasu, żeby się przebrać po pracy.- Przeszła przez pokój, po czym ujęła się pod boki przyglądając odrzuconym przez Selwyna kreacjom.- Więc obawiam się, że musimy pożegnać się z wyuzdanym elfem.- Obrzuciła krytycznym spojrzeniem kusą kieckę. Na Merlina, siedemnastoletnia Lorien Crouch by się nie zastanawiała nawet przez moment, gdyby miała okazję pochować w tym któregoś ze swoich chłopaków.- Myślisz, że jak wezmę woal to będzie zbyt… poetycko? Sama nie wiem. Po prostu nie chcę żeby mi się przyglądali.