28.12.2024, 22:19 ✶
Lorien nie musiała patrzeć w lustro, żeby wiedzieć, że jest źle. Zresztą samo patrzenie w lustro od tego przeklętego wieczorku pokerowego u Agnes sprawiało jej paskudny dyskomfort. Powstrzymała odruch uszczypnięcia się w ramię. Zbyt często ostatnimi czasy balansowała między jawą, a snem.
- Strasznie mi przykro.
Uniosła lekko wolną dłoń w geście, że nie warto roztrząsać tego tematu. Umarł to umarł. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym dochodziła do dziwnego przekonania, że nikomu nie było rzeczywiście przykro z powodu śmierci Roberta Mulcibera. Może za wyjątkiem jego brata, ale szczerze powiedziawszy uczucia Richarda leżały poza zakresem jej zainteresowań odkąd tylko czarodzieja poznała. Był tylko kolejnym ciałem złożonym w kostnicy; kolejnym, który ją zostawił, choć obiecał, że tego nie zrobi. To złamana obietnica bolała ją bardziej niż pustka, którą po sobie pozostawił czy upokorzenie, które poczuła po odczytaniu testamentu. Śmierć męża była jak zacięcie palca kawałkiem papieru. Uciążliwe, bolesne, trudne do zagojenie, ale czy ostatecznie nie wystarczyło nakleić nań plastra by krople krwi przestały brudzić wszystko dookoła?
Przemiana była tylko pochodną emocji, które wymknęły się pani Mulciber spod kontroli, a pogrzeb - ostatnim gwoździem do tej trumny. Zbyt wiele rzeczy zadziało się na raz, zbyt wiele bólu spadło na tą małą ptasią głowę w zbyt krótkim czasie – może powinna przyznać, że ten jeden raz naprawdę chciała się już nie obudzić. Uwolnić od wszelkich problemów codziennego, ludzkiego życia i utknąć na zawsze w swoim małym pałacu wspomnień. Ale powiedzieć, że się zapomniało, przegapiło taki drobiazg, zwyczajnie w świecie popełniło malutki błąd z dawką eliksiru nasennego było o wiele prościej. Bezpieczniej. Ale bez względu na wszystko – przeżyła. Po raz kolejny wyślizgnęła się z miękkich objęć własnej klątwy tak morderczej dla jej ludzkiego ciała. Ktokolwiek nie powiedział (choć powinien) „nie zgadzam się” na jej ślubie, z pewnością zadbał o to, by powiedzieć to w odpowiedniej chwili podczas ostatniej przemiany.
Zastanowiła się nad pytaniem chwilę dłużej niż to było konieczne.
- Herbaty. Napiłabym się zwykłej, czarnej herbaty.- Powiedziała spokojnie, odwieszając swój płaszcz na jeden z haczyków przy drzwiach. Nie chciała nic jeść, bo to nadal było trudne. Ale nie chciała kompletnie odrzucać kuzynowskiej gościny.
Zgodnie z życzeniem Basiliusa przeszła głębiej do mieszkania, znajomą drogą do jego gabinetu, pozwalając by całej tej krótkiej podróży towarzyszyło jedynie ciche stukanie. Domowe wizyty były zawsze lepszą alternatywą. W Mungu ludzie zadawali pytania. Wściubiali nos w nieswoje sprawy. Plotkowali na potęgę o drobnej pani sędzi, która wyglądała jakby sama wygrzebała się z grobu. W dodatku niekoniecznie o własnych siłach.
- Ptaszki ćwierkają, że Anthony zabiera cię do Egiptu. Chciałam się z tobą spotkać jeszcze przed waszym wyjazdem.- Przyznała, nerwowo skubiąc skórę przy paznokciu. Usiadła wreszcie w fotelu, wzdychając z bezgłośną ulgą, która zresztą na parę sekund odmalowała się na twarzy czarownicy.
- Strasznie mi przykro.
Uniosła lekko wolną dłoń w geście, że nie warto roztrząsać tego tematu. Umarł to umarł. Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym dochodziła do dziwnego przekonania, że nikomu nie było rzeczywiście przykro z powodu śmierci Roberta Mulcibera. Może za wyjątkiem jego brata, ale szczerze powiedziawszy uczucia Richarda leżały poza zakresem jej zainteresowań odkąd tylko czarodzieja poznała. Był tylko kolejnym ciałem złożonym w kostnicy; kolejnym, który ją zostawił, choć obiecał, że tego nie zrobi. To złamana obietnica bolała ją bardziej niż pustka, którą po sobie pozostawił czy upokorzenie, które poczuła po odczytaniu testamentu. Śmierć męża była jak zacięcie palca kawałkiem papieru. Uciążliwe, bolesne, trudne do zagojenie, ale czy ostatecznie nie wystarczyło nakleić nań plastra by krople krwi przestały brudzić wszystko dookoła?
Przemiana była tylko pochodną emocji, które wymknęły się pani Mulciber spod kontroli, a pogrzeb - ostatnim gwoździem do tej trumny. Zbyt wiele rzeczy zadziało się na raz, zbyt wiele bólu spadło na tą małą ptasią głowę w zbyt krótkim czasie – może powinna przyznać, że ten jeden raz naprawdę chciała się już nie obudzić. Uwolnić od wszelkich problemów codziennego, ludzkiego życia i utknąć na zawsze w swoim małym pałacu wspomnień. Ale powiedzieć, że się zapomniało, przegapiło taki drobiazg, zwyczajnie w świecie popełniło malutki błąd z dawką eliksiru nasennego było o wiele prościej. Bezpieczniej. Ale bez względu na wszystko – przeżyła. Po raz kolejny wyślizgnęła się z miękkich objęć własnej klątwy tak morderczej dla jej ludzkiego ciała. Ktokolwiek nie powiedział (choć powinien) „nie zgadzam się” na jej ślubie, z pewnością zadbał o to, by powiedzieć to w odpowiedniej chwili podczas ostatniej przemiany.
Zastanowiła się nad pytaniem chwilę dłużej niż to było konieczne.
- Herbaty. Napiłabym się zwykłej, czarnej herbaty.- Powiedziała spokojnie, odwieszając swój płaszcz na jeden z haczyków przy drzwiach. Nie chciała nic jeść, bo to nadal było trudne. Ale nie chciała kompletnie odrzucać kuzynowskiej gościny.
Zgodnie z życzeniem Basiliusa przeszła głębiej do mieszkania, znajomą drogą do jego gabinetu, pozwalając by całej tej krótkiej podróży towarzyszyło jedynie ciche stukanie. Domowe wizyty były zawsze lepszą alternatywą. W Mungu ludzie zadawali pytania. Wściubiali nos w nieswoje sprawy. Plotkowali na potęgę o drobnej pani sędzi, która wyglądała jakby sama wygrzebała się z grobu. W dodatku niekoniecznie o własnych siłach.
- Ptaszki ćwierkają, że Anthony zabiera cię do Egiptu. Chciałam się z tobą spotkać jeszcze przed waszym wyjazdem.- Przyznała, nerwowo skubiąc skórę przy paznokciu. Usiadła wreszcie w fotelu, wzdychając z bezgłośną ulgą, która zresztą na parę sekund odmalowała się na twarzy czarownicy.