30.12.2024, 23:06 ✶
3 grudnia 1971
Gdyby ktoś dowiedział się, jak Faye Travers spędzała święta, zapewne uznałby ją za najżałośniejszą istotę na świecie, a jej rodzinę: za zbieraninę bezdusznych ludzi, którzy swoim dzieciom rzucali nie tyle co ochłapy z pańskiego stołu, a coroczne skiety (o tyle dobrze, że bez dziur). Zawsze te same, jednolite, pozbawione wyrazu. Bez zdobień, bez wzorków, nawet bez dodatku wełny, która sprawiłaby, że stopy Traversów nie marzłyby, gdy któreś z nich decydowało się wyjść na skrzypiący, biały śnieg. Ale czy narzekała?
Nie.
Faye wierzyła, że rodzina nie potrafi inaczej. Zwykle stała na uboczu, trzymając się z daleka od ich interesów - nie pasując do ich przekonań, nie pasując do ich poglądów, nie pasując do nich samych. Gdy dzień przed odświętną kolacją wpadała z prezentami, patrzyli na nią co najmniej tak, jakby nagle oznajmiła im, że podczas pełni przemienia się nie w wilczą bestię, a w kota. Radziła sobie jednak w inny sposób: miast użalać się nad sobą, próbowała rok w rok rozbudzić w rodzicach i braciach świątecznego ducha. Chciała sprawić, by Yule było dla nich świętem, podczas którego opadną maski chłodnej uprzejmości, a na kilka momentów znów będzie mogła dostrzec ciepło i miłość na ich twarzach. Tak jak wtedy, gdy jeszcze nie została oficjalnie przydzielona do Gryffindoru. Gdy rodzice jeszcze mieli nadzieję, że coś z niej wyrośnie.
Skarpety, które dostawała od rodziców, trzymała w specjalnym pudełku. Nigdy nie ubrała żadnej pary, traktując je jako symbol, a nie część ubrania. Może to i lepiej - dzięki temu tego dnia, gdy szła przez Magiczny Londyn, stopy miała ciepłe i zaopiekowane, obute w mięciutkie wełniane skarpetki z nadrukami reniferów. Widzieć je widziała tylko ona, bo ten wesoły świąteczny akcent ukryty był pod ciężkimi buciorami. Gruby szalik, czerwona czapka i płaszcz nie wyróżniały kobiecej postaci w żaden sposób. Tylko te skarpetki, o których wiedziała tylko ona, że je ma. Sprawiały, że czuła się wyjątkowo, jakby skrywała jakiś wielki sekret, o którym nie wiedział nikt inny. Tylko te skarpetki i bombka, która spoczywała miękko w otoczeniu materiałowej szmatki, wiedziały jak jest naprawdę.
Kochała Yule niemal tak mocno, jak kochała jesień. Uwielbiała robić aniołki w śniegu, kochała z dziećmi lepić bałwany, kochała mugolskie, świąteczne tradycje. A nade wszystko uwielbiała potrawy, których zapachy wysmykiwały się przez szpary w oknach i drzwiach, by wydostać się na zewnątrz i kusić nosy niewinnych przechodniów. Tak jak teraz, gdy przechodziła obok jakiejś knajpy. Jej nos w ułamku sekundy pociągnął całą głowę i mało brakowało, a Faye nie dotarłaby do choinki, by zawiesić bombkę. Bardzo jednak chciała zrobić: słyszała, że to podobnie jak ze spadającymi gwiazdami - gdy pomyślisz życzenie, spełni się ono. Może nie teraz, może nie w przeciągu kilku miesięcy, lecz kiedyś na pewno. A tego roku, w grudniu, Faye bardzo potrzebowała marzeń i nadziei na lepsze jutro. Przy choince stało kilka osób, ale to nic: ona nie zamierzała wykrzykiwać swoich błahostek na całą dzielnicę. Gdy zaciskała dłoń na bombce w klasycznym kształcie, czuła się trochę niepewnie. Wszystkie te, które już zawisły, miały takie piękne, fantazyjne kształty... Ale jej również była wyjątkowa: bo była jej, z własnoręcznie robionym rysunkiem. Przedstawiał szarego wilka na tle granatowej plamy, zapewne mającej być niebem, lecz układającej się w pokraczne serce. Gdy Faye wieszała ją na jednej z gałązek, przez jej myśli przebijała się jedna jedyna. Ona wiedziała, że jest wyjątkowa - lecz czy ktokolwiek inny dostrzeże w niej tę wyjątkowość? Chciałaby, żeby ktoś w końcu spojrzał na nią tak, jak ona patrzyła na świat. Bez podejrzliwości, bez oskarżeń, bez uprzedzeń. Czasy były coraz gorsze, a wszelkie miłe promyczki na tym świecie gasły szybciej, niż ktokolwiek by sobie tego życzył. A przecież potrzebowali siebie nawzajem: czy to rodziny, czy to przyjaciół, czy to po prostu sojuszników. Do tej pory jednak każdy, do kogo się zbliżała, miał do niej jakieś ale. Cudownie by było, gdyby chociaż raz nie dodał tego ale pod koniec zdania.
Chwilę patrzyła na swoje dzieło, zatapiając się w myślach, dopóki jakieś dziecko jej nie potrąciło, wyrywając z marazmu. Nos, nos... Nos zakręcił się, a w brzuchu jej zaburczało. Smutna już dzisiaj była, teraz mogła iść jeść.
Postać opuszcza sesję