31.12.2024, 11:34 ✶
Możliwe, że po koszmarach poprzedniej nocy powinien mieć wyostrzone zmysły, jednak w istocie nie od razu zorientował się, że jest obserwowany. Zdążył na swój sposób przywyknąć do spędzania poranków samotnie. No, ostatnimi czasy z kotem, ale to była inna sprawa. Przeważnie nie dopuszczał nikogo do siebie o tej porze dnia, toteż może był trochę rozkojarzony. Nie powinien być, ale nie mógł na to zbyt wiele poradzić.
Ostatnie kilka dni było...
...chaotyczne. Lekko mówiąc. Czuł się zmęczony, szczególnie po ostatniej nocy, parokrotnie przecierając powieki wierzchem dłoni. Kanapa nie należała do najwygodniejszych mebli do spania, zwłaszcza w domu, w którym przywykł do spania we własnym łóżku. Podłoga była ciutkę lepsza, ale też stanowiła pewnego rodzaju degradację. Coś, co uświadamiało mu, ile się zmieniło i ile nie miało już powrócić.
Intencje były bez znaczenia. To, co się stało musiało zostać uszanowane. A jednak cholernie ciężko było o tym myśleć w tym miejscu i o tej porze. We własnym domu. W samotności, lecz nie do końca.
To mógłby być kolejny normalny poranek...
...ale nie był. Zbyt łatwo było ulec temu wrażeniu.
- Wstałaś - nie bez zaskoczenia stwierdził oczywistą oczywistość, podnosząc wzrok znad kartki i odruchowo unosząc kąciki ust.
Niemal od razu złapał się na tym, co instynktownie przeszło mu przez myśl a co w tym momencie sprawiło, że cały ten uśmiech błyskawicznie zatarł się na jego twarzy. To nie była ich rutyna. Już nie. Nawet, jeśli ten poranek z pozoru wyglądał dokładnie tak samo jak wiele innych, to było wyłącznie marne złudzenie zaś fala ciepła, która przetoczyła się przez jego ciało na widok dziewczyny była wyłącznie przykra, bo nie istniało już nic w związku z tym, na co kiedyś pozwoliliby sobie bez większego zastanowienia.
Nie nastawił się do pocałunku. Nie poklepał swoich kolan. Nie roztworzył ramion ani nie wstał, żeby ją w nie złapać. Właściwie to nie ruszył się z miejsca, nawet nie odsuwając krzesła o centymetr. Po prostu wbił przygasające, już nie tak pogodne spojrzenie w Geraldine, kiwając głową. Już bez uśmiechu, bo kąciki jego ust mimowolnie wróciły do tego samego neutralnego wyrazu wraz z myślą o tym jak niewłaściwa była ta nagła wesołość.
Szczególnie po poprzednim wieczorze, którego w żaden sposób nie wymazało to, co działo się w nocy. A chyba nawet wręcz przeciwnie. Może nie chciał tak o tym myśleć, ale odczuwał zażenowanie. Ten specyficzny rodzaj zawodu w stosunku do siebie samego za tamtą słabość, która sprawiła, że w oczach Yaxleyówny wyszedł na kogoś, kim przecież nigdy nie powinien być.
Nie wiedział jak miał wyglądać ich poranek. Jeszcze nigdy nie spędzali go w taki sposób. To zapewne nie miało się powtórzyć, było jednorazowym trudem, ale ta myśl wcale nie brzmiała pocieszająco. Wręcz przeciwnie - gdzieś tam w głębi duszy nie chciał czuć się lepiej ze świadomością, że to ostatnie podrygi ich wspólnej rzeczywistości. Szczególnie, że raczej nie miały być piękne, godne zapamiętania, budujące nowe lepsze wspomnienia. Nie.
Miały być dokładnie takie jak teraz: stonowane, na swój sposób oficjalne i przykre. Być może tego nie okazywał, patrząc na nią w bardzo neutralny sposób, jednakże w głębi serca czuł właśnie to. Smutek na myśl, że zjebali. Cokolwiek jeszcze kiedyś mieli, zjebali. Nie sposób było zachowywać się tak, jakby to nie był fakt. Dało się to odczuć w każdej upływającej sekundzie. Zarówno w milczeniu jak i w tym pustym pytaniu.
- Nie wiem - odpowiedział całkiem szczerze, wzruszając ramionami i odruchowo zerkając na zegarek, który zatrzymał się tak jak wszystkie inne w tym domu. - Z pół godziny temu? Raczej nie dłużej. Chcesz kawy? Woda właśnie się gotuje - machnął głową w kierunku kociołka, w którym woda powoli zaczynała osiągać właściwą temperaturę.
Nie wspomniał nic o tym, co powiedziałby, gdyby to był normalny poranek. Jeden z tych miłych i przyjemnych. Początek września - jasnego i pogodnego, choć z pewnością chłodniejszego niż kilka dni temu. Wreszcie spuścił też wzrok z powrotem na kartkę, odwracając spojrzenie od jej koszuli i zwichrzonych włosów, jedną ręką odruchowo mierzwiąc swoje własne, by odgarnąć je sobie z oczu.
- Zamierzam wybrać się do miasteczka - poinformował, czując się w dziwnym obowiązku wyjaśnić to, co robił w tej chwili.
Zupełnie tak, jakby nie chciał, żeby sądziła, że przyłapała go na czymkolwiek innym. Paranoja? To był dziwny poranek. Cichy i spokojny, a jednak po burzy i zawierusze. Choć czy na pewno już po? Życie uwielbiało udowadniać, że jest inaczej, szczególnie ostatnio.
Ostatnie kilka dni było...
...chaotyczne. Lekko mówiąc. Czuł się zmęczony, szczególnie po ostatniej nocy, parokrotnie przecierając powieki wierzchem dłoni. Kanapa nie należała do najwygodniejszych mebli do spania, zwłaszcza w domu, w którym przywykł do spania we własnym łóżku. Podłoga była ciutkę lepsza, ale też stanowiła pewnego rodzaju degradację. Coś, co uświadamiało mu, ile się zmieniło i ile nie miało już powrócić.
Intencje były bez znaczenia. To, co się stało musiało zostać uszanowane. A jednak cholernie ciężko było o tym myśleć w tym miejscu i o tej porze. We własnym domu. W samotności, lecz nie do końca.
To mógłby być kolejny normalny poranek...
...ale nie był. Zbyt łatwo było ulec temu wrażeniu.
- Wstałaś - nie bez zaskoczenia stwierdził oczywistą oczywistość, podnosząc wzrok znad kartki i odruchowo unosząc kąciki ust.
Niemal od razu złapał się na tym, co instynktownie przeszło mu przez myśl a co w tym momencie sprawiło, że cały ten uśmiech błyskawicznie zatarł się na jego twarzy. To nie była ich rutyna. Już nie. Nawet, jeśli ten poranek z pozoru wyglądał dokładnie tak samo jak wiele innych, to było wyłącznie marne złudzenie zaś fala ciepła, która przetoczyła się przez jego ciało na widok dziewczyny była wyłącznie przykra, bo nie istniało już nic w związku z tym, na co kiedyś pozwoliliby sobie bez większego zastanowienia.
Nie nastawił się do pocałunku. Nie poklepał swoich kolan. Nie roztworzył ramion ani nie wstał, żeby ją w nie złapać. Właściwie to nie ruszył się z miejsca, nawet nie odsuwając krzesła o centymetr. Po prostu wbił przygasające, już nie tak pogodne spojrzenie w Geraldine, kiwając głową. Już bez uśmiechu, bo kąciki jego ust mimowolnie wróciły do tego samego neutralnego wyrazu wraz z myślą o tym jak niewłaściwa była ta nagła wesołość.
Szczególnie po poprzednim wieczorze, którego w żaden sposób nie wymazało to, co działo się w nocy. A chyba nawet wręcz przeciwnie. Może nie chciał tak o tym myśleć, ale odczuwał zażenowanie. Ten specyficzny rodzaj zawodu w stosunku do siebie samego za tamtą słabość, która sprawiła, że w oczach Yaxleyówny wyszedł na kogoś, kim przecież nigdy nie powinien być.
Nie wiedział jak miał wyglądać ich poranek. Jeszcze nigdy nie spędzali go w taki sposób. To zapewne nie miało się powtórzyć, było jednorazowym trudem, ale ta myśl wcale nie brzmiała pocieszająco. Wręcz przeciwnie - gdzieś tam w głębi duszy nie chciał czuć się lepiej ze świadomością, że to ostatnie podrygi ich wspólnej rzeczywistości. Szczególnie, że raczej nie miały być piękne, godne zapamiętania, budujące nowe lepsze wspomnienia. Nie.
Miały być dokładnie takie jak teraz: stonowane, na swój sposób oficjalne i przykre. Być może tego nie okazywał, patrząc na nią w bardzo neutralny sposób, jednakże w głębi serca czuł właśnie to. Smutek na myśl, że zjebali. Cokolwiek jeszcze kiedyś mieli, zjebali. Nie sposób było zachowywać się tak, jakby to nie był fakt. Dało się to odczuć w każdej upływającej sekundzie. Zarówno w milczeniu jak i w tym pustym pytaniu.
- Nie wiem - odpowiedział całkiem szczerze, wzruszając ramionami i odruchowo zerkając na zegarek, który zatrzymał się tak jak wszystkie inne w tym domu. - Z pół godziny temu? Raczej nie dłużej. Chcesz kawy? Woda właśnie się gotuje - machnął głową w kierunku kociołka, w którym woda powoli zaczynała osiągać właściwą temperaturę.
Nie wspomniał nic o tym, co powiedziałby, gdyby to był normalny poranek. Jeden z tych miłych i przyjemnych. Początek września - jasnego i pogodnego, choć z pewnością chłodniejszego niż kilka dni temu. Wreszcie spuścił też wzrok z powrotem na kartkę, odwracając spojrzenie od jej koszuli i zwichrzonych włosów, jedną ręką odruchowo mierzwiąc swoje własne, by odgarnąć je sobie z oczu.
- Zamierzam wybrać się do miasteczka - poinformował, czując się w dziwnym obowiązku wyjaśnić to, co robił w tej chwili.
Zupełnie tak, jakby nie chciał, żeby sądziła, że przyłapała go na czymkolwiek innym. Paranoja? To był dziwny poranek. Cichy i spokojny, a jednak po burzy i zawierusze. Choć czy na pewno już po? Życie uwielbiało udowadniać, że jest inaczej, szczególnie ostatnio.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down