Kolejne dni miały przynieść dodatkową trudność to tematu, o którym Laurent nie chciał słuchać i rozmawiać, przeszkodę nieprzekraczalną i ostateczną, lecz… teraz byliśmy tutaj, osiemnastego sierpnia, błogo nieświadomi tego, co dopiero miało nadejść.
– Trochę dziwne. Ale jednocześnie te chwile, w taki czy inny sposób, składają się na to, kim jesteśmy teraz. Nie żałuj tego – widziała już, do jakich myśli może prowadzić Laurenta ta rozmowa: do żałowania że żyje, że jest niepotrzebny, że jest piątym kołem u wozu i tak dalej. Nie był. Nie w jej życiu przynajmniej, którego składową był mocną i jasną. Jasną jak słońce. Słońce, wokół którego krążyły planety, jak ci wszyscy ludzie, którzy krążyli wokół Laurenta, chcąc się ogrzać jego blaskiem. Ona mogła być innymi gwiazdami, które dotrzymują towarzystwa Słońcu, pławiąc się w jego cieple i jasności, ale emitując też swoje własne. – Nie istniałoby pojęcie światła i ciemności, gdyby nie było jednego, ani drugiego. Wiemy, że istnieją, bo są kontrastem. Jedno nie może istnieć bez drugiego, bo brak nam kontekstu – nie, słowa Laurenta nie odpowiadały na pytanie „dlaczego”, ale odpowiedziała na nie Victoria. I tak, to dawało nadzieję – była tego świadkiem każdego dnia, było to jej drogą, jej wyborem, gdzie chciała pomóc… komuś. Konkretnemu komuś. Gdzie chciała zachować to światło jak najdłużej.
Nie miała na to lepszego słowa niż „przyjaciel”, prawda jednak była taka, że Laurent był jej znacznie bliższy – ona też go kochała, przecież nieraz to sobie pisali w listach. Przecież nie do każdego by tak pognała, chcąc pomóc, osłonić i tak dalej… Swoją rodzinę – tak. Ale on nie był przecież jej rodziną, a przy tym zrobiłaby dla niego równie wiele.
– To niezwykły dar, feniksy są kapryśne, ale Fuego cię kocha, szanuje… Daj tej różdżce szansę. Czas, Laurent – czas, którego sam też potrzebował, a sobie nie dawał. – Może się okazać, że ta nowa różdżka przewyższy twoje oczekiwania, jak już się dotrzecie, hmm? Potraktuj to jako twój nowy związek, przecież nie od razu wszystko gra – może głupie porównanie… ale różdżki towarzyszyły czarodziejom na co dzień, wieź pomiędzy nimi była więc ogromna. Na pewien sposób tworzyło się parę ze swoją różdżką. – Hmm. Nie chciałeś zgłosić napaści, a prosisz swojego hm… – Victoria zawiesiła się na moment, zastanawiając się jak w ogóle określić tego całego Flynna. Flynna, który powinien trafić do magispychiatry, jak to ostatnio o tym rozmawiała z Laurentem. Dokładnie pamiętała rozmowę sprzed trzech tygodni, o tym, że Laurent miał postawić gdzieś granicę, że tamten mężczyzna miał kogoś, do kogo zawsze wróci i tak dalej… – znajomego, żeby uganiał się za jakimiś dzieciakami i szukał twojej różdżki? Dlaczego? – kolejne „dlaczego” do kolekcji.
– A sabat z okazji Lammas się odbył? Nie. Tylko kiermasz, nie było żadnego sabatu, kowen miał swoje stoisko, ale w ogóle nie byli organizatorami – zwróciła mu uwagę. Był to powód, dla którego w ogóle się zastanawiała, czy kolejne sabaty będą miały miejsce: Mabon, Samhain…
– Byłoby wspaniale. Nie oglądałeś jeszcze okolicy? – zastanowiły ją ostatnie słowa Laurenta, że „może się uda” – jakby nie był pewien.