31.12.2024, 22:18 ✶
Wzruszył tylko ramionami na informację, że nie jest wilkołakiem. Okej. Może nie była. Co nie znaczyło, że nie nosiła tego przeklętego genu. Ale skoro Charlie chciał wychowywać szczeniaki – jego wola. Baldwinowi nic do tego.
- Co ty pierdolisz? Nikt mnie z domu nie wyrzucił.- Zaśmiał się cierpko, spoglądając na niższego chłopaka spod półprzymkniętych powiek. Napawał się jego frustracją. Smakował złość. Każda ludzka emocja była dla Malfoy’a słodkim kąskiem. Dlatego przysłał Charlie’mu opium, próbował napoić go tequilą. Chciał poznać każde możliwe oblicze chłopaka i jak na razie ten wykładał się mu jak na deserowym talerzyku. Podpuszczał go ze spokojem godnym rasowego pokerzysty.- Po prostu dojrzałem do pewnych decyzji i ich konsekwencji.
Nie wyrywał się, kiedy go pochwycił za koszulę. Choć trochę było mu szkoda. Scarlett tak się postarała, aby ją wyprasować!
Nie wydawał się też przy okazji specjalnie przejęty jawną groźbą dostania w pysk. A bo to pierwszy raz? Malfoy żył i oddychał Podziemnymi Ścieżkami. Wyczołgał się o własnych siłach z Katakumb pozostawiony w nich na zdechnięcie jak ranny pies gdy miał czternaście lat, by powrócić i zstąpić do nich już z własnej woli. Zsunął wzrok na zaciśnięte pieści na swojej koszuli, pozwalając wspomnieniom wrócić do miejsca, które ukochał sobie najbardziej. Labiryntu korytarzy bez wyjścia, podziemnego grobowca. Dłonie Charliego przypominały mu dłonie innych – i tych dziękujących mu za odnalezienie w korytarzach pełnych kości, tych błagających o litość, której ofiarować im nie mógł i tych, którzy pluli krwią, brudząc jego czarne szaty. Pamiętał każdą jedną zastygłą w pośmiertnym grymasie twarz, oświetlaną tylko przez dogasający płomień w lampce oliwnej. Obraz jaki wykreował sobie w głowie Charlie o może lekko ekscentrycznym, żałosnym, pozbawionym rodziny malarzu żyjącym jak szczur na strychu był piękny. Naiwny. Niewinny jak sam Mulciber, który nie przetrwałby sam godziny w miejscu, które Malfoy nazywał radośnie swoim domem.
Dlatego zamiast się odsunąć, zrobił te dzielące ich pół kroku w przód, żeby znaleźć się na tyle blisko, że niemal stykali się nosami. Utkwił spojrzenie w Mulciberze, ani na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- A ty? Gardzisz sam sobą czasem?- Zapytał cicho. Uniósł dłoń, ujmując podbródek Charliego między kciuk, a palec wskazujący. Pozwalając mu poczuć chłód rodowego sygnetu Malfoyów – pierścienia, które otrzymywał każdy pierworodny syn. Bo bez względu na wszystko, bez względu na swoje ucieczki i wyskoki, Baldwin nadal był dziedzicem swojego ojca. Jeśli ten się odsunął albo w odwecie mu przywalił – trudno! Niech się dzieje wola niebios i bogowie mu świadkowali, że blondyn pierwszego ciosu nie zadał!
Nie musiał się uważać za lepszego. On po prostu wiedział, że jest lepszy. Wiedział o tym każdego ranka, kiedy przeczesywał palcami blond loki Mulciberowej siostry, kiedy składał krótkie pocałunki na jej szyi, zastanawiając się jak długo tym razem będzie musiała nosić te fikuśne chustki i kołnierzyki. Wiedział, bo w wiedzy tej został wychowany. Malfoy’owie byli bliżsi bogom niż ludziom.
Nie musiał się szarpać z Charliem, żeby mu tą wyższość udowodnić.
- Ojcowska duma huh?- Zmrużył lekko powieki, Więc tu biednego Charliego bolało? Że go tatuś za często nie przytulał?
-... Będzie ze mnie bardziej dumny niż cała twoja rodzina z ciebie.
Uniósł kącik ust w paskudnym uśmieszku.
- Lorraine spaliłaby dla mnie świat. Chcesz się przekonać czy twoja własna siostra nie poszłaby za jej przykładem? Zaryzykujesz, że wiesz lepiej?
- Co ty pierdolisz? Nikt mnie z domu nie wyrzucił.- Zaśmiał się cierpko, spoglądając na niższego chłopaka spod półprzymkniętych powiek. Napawał się jego frustracją. Smakował złość. Każda ludzka emocja była dla Malfoy’a słodkim kąskiem. Dlatego przysłał Charlie’mu opium, próbował napoić go tequilą. Chciał poznać każde możliwe oblicze chłopaka i jak na razie ten wykładał się mu jak na deserowym talerzyku. Podpuszczał go ze spokojem godnym rasowego pokerzysty.- Po prostu dojrzałem do pewnych decyzji i ich konsekwencji.
Nie wyrywał się, kiedy go pochwycił za koszulę. Choć trochę było mu szkoda. Scarlett tak się postarała, aby ją wyprasować!
Nie wydawał się też przy okazji specjalnie przejęty jawną groźbą dostania w pysk. A bo to pierwszy raz? Malfoy żył i oddychał Podziemnymi Ścieżkami. Wyczołgał się o własnych siłach z Katakumb pozostawiony w nich na zdechnięcie jak ranny pies gdy miał czternaście lat, by powrócić i zstąpić do nich już z własnej woli. Zsunął wzrok na zaciśnięte pieści na swojej koszuli, pozwalając wspomnieniom wrócić do miejsca, które ukochał sobie najbardziej. Labiryntu korytarzy bez wyjścia, podziemnego grobowca. Dłonie Charliego przypominały mu dłonie innych – i tych dziękujących mu za odnalezienie w korytarzach pełnych kości, tych błagających o litość, której ofiarować im nie mógł i tych, którzy pluli krwią, brudząc jego czarne szaty. Pamiętał każdą jedną zastygłą w pośmiertnym grymasie twarz, oświetlaną tylko przez dogasający płomień w lampce oliwnej. Obraz jaki wykreował sobie w głowie Charlie o może lekko ekscentrycznym, żałosnym, pozbawionym rodziny malarzu żyjącym jak szczur na strychu był piękny. Naiwny. Niewinny jak sam Mulciber, który nie przetrwałby sam godziny w miejscu, które Malfoy nazywał radośnie swoim domem.
Dlatego zamiast się odsunąć, zrobił te dzielące ich pół kroku w przód, żeby znaleźć się na tyle blisko, że niemal stykali się nosami. Utkwił spojrzenie w Mulciberze, ani na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- A ty? Gardzisz sam sobą czasem?- Zapytał cicho. Uniósł dłoń, ujmując podbródek Charliego między kciuk, a palec wskazujący. Pozwalając mu poczuć chłód rodowego sygnetu Malfoyów – pierścienia, które otrzymywał każdy pierworodny syn. Bo bez względu na wszystko, bez względu na swoje ucieczki i wyskoki, Baldwin nadal był dziedzicem swojego ojca. Jeśli ten się odsunął albo w odwecie mu przywalił – trudno! Niech się dzieje wola niebios i bogowie mu świadkowali, że blondyn pierwszego ciosu nie zadał!
Nie musiał się uważać za lepszego. On po prostu wiedział, że jest lepszy. Wiedział o tym każdego ranka, kiedy przeczesywał palcami blond loki Mulciberowej siostry, kiedy składał krótkie pocałunki na jej szyi, zastanawiając się jak długo tym razem będzie musiała nosić te fikuśne chustki i kołnierzyki. Wiedział, bo w wiedzy tej został wychowany. Malfoy’owie byli bliżsi bogom niż ludziom.
Nie musiał się szarpać z Charliem, żeby mu tą wyższość udowodnić.
- Ojcowska duma huh?- Zmrużył lekko powieki, Więc tu biednego Charliego bolało? Że go tatuś za często nie przytulał?
-... Będzie ze mnie bardziej dumny niż cała twoja rodzina z ciebie.
Uniósł kącik ust w paskudnym uśmieszku.
- Lorraine spaliłaby dla mnie świat. Chcesz się przekonać czy twoja własna siostra nie poszłaby za jej przykładem? Zaryzykujesz, że wiesz lepiej?