01.01.2025, 00:38 ✶
Ostatnie miesiące były skomplikowane. Sama myśl o tym, że nie dało się ich już nawet ujmować w kategorii miesięcy, skoro szły w lata - chyba po prostu nie do przyjęcia, przynajmniej w tej chwili. A jednak w tym wszystkim w istocie dało się coś sobie jeszcze bardziej pokomplikować.
Zrobili to poprzedniego poranka, później popołudniem, wieczorem, w nocy...
...tak właściwie to od wielu godzin wszystko sobie komplikowali. Wspólnie, wzajemnie, każde z osobna. We wszystkich możliwych konfiguracjach i na wiele sposobów. Nawet w tej chwili to robili, bo ciężko mu było zachować pokerową twarz, gdy Rina odpowiedziała mu w tak sztywny, wymuszony sposób. Ton ich rozmowy zabolał bardziej niż powinien, skoro wszystko się skończyło, skoro mieli to już za sobą.
W teorii. Wyłącznie w teorii, prawda? To też nie pozostawało pozbawione nakładu emocjonalnego.
Mimo to Ambroise wyłącznie kiwnął głową, nie odpowiadając na coś, na co nie musiał odpowiadać. Wstała - tak. Była w kuchni i najwidoczniej zamierzała tu zostać, przyjmując propozycje wypicia kawy wraz z wypaleniem tego swojego paskudnego papierosa. Mimowolnie rozchylił usta, żeby skomentować ten drugi fakt, jednak jeszcze szybciej je zamknął.
To nie była jego sprawa. Już nie. Wyznaczyli sobie pewne granice. Co z tego, że przekroczyli je poprzedniej nocy? Niemal po kilku chwilach od ich ustanowienia? Nie rozmawiali o tym. Całe szczęście. Więc nie mógł komentować tego, co nie było już jego sprawą.
Ironiczne, prawda? Zazwyczaj nie miał z tym najmniejszego problemu. Nie widział nic złego w odżywaniu się w tematach, które nie są z nim bezpośrednio związane. To nigdy nie było dla niego kłopotem czy czymś, w czym by się miarkował.
A jednak teraz zamknął gębę i odwrócił wzrok, starając się nie zauważać sposobu, w jaki lekko podwinęła się jej koszula czy tego, że w innym momencie ich życia nie siedziałby jak kółek przy stole. Nie wpatrywałby się w papier. W żadnym wypadku. To było żenujące. Samo w sobie. Ale czy istniało inne wyjście?
Nie, jeśli mieli zachować neutralność, którą tak nagle ponownie sobie narzucili. Zgodnie z tym, do czego zmierzali przez ostatnie półtora roku, prawda? Zgodnie z tonem rozmowy, jaki przyjęli. Z pytaniem, które padło ze strony dziewczyny, a które sprawiło, że zamrugał zdziwiony. Nigdy go o to nie pytała. Zazwyczaj po prostu przyjmowała narrację pójścia z nim wszędzie tam, gdzie chciała z nim iść.
Teraz też mimowolnie się tego spodziewał, a jednak to pytanie było...
...na miejscu? Chyba tak. Choć wciąż było głupie.
- Jeśli chcesz - odmruknął, mimo że zdawał sobie sprawę z tego, że to była równie idiotyczna odpowiedź co pytanie, jakie usłyszał.
Cokolwiek działo się między nimi w tej chwili, było tak dalekie od naturalności jak tylko mogło być. Zachowywali się niezręcznie. Znacznie bardziej sztucznie i z tą całą wymuszoną kulturą niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet wtedy, gdy krążyli wokół siebie badając grunt, który wydawał im się cholernie grząski (a w istocie wcale nie był).
I choć zdawał sobie z tego sprawę, kompletnie nie wiedział jak postępować w tej sytuacji. Nigdy nie przyznałby tego na głos (z trudem robił to przed samym sobą), ale czuł się wręcz absurdalnie zagubiony w sytuacji, którą poniekąd sam wywołał szeregiem naprawdę beznadziejnych decyzji. Jednych mniej chujowych, innych bardziej. Wszystkich w dobrych intencjach, jednakże teraz w bladym świetle poranka w miejscu, w którym dosłownie wszystko przypominało mu o przeszłości naprawdę trudno było poradzić sobie z niektórymi stratami.
To, co mieli odeszło bezpowrotnie. Oboje byli tego świadomi. W teorii pogodzili się z tym faktem, na co wpłynęła tamta wieczorna kłótnia. Wiedzieli, że nie mogą wrócić do tego, co kiedyś mieli. Doszli do wniosku, że próby bycia przyjaciółmi mogą równie dobrze od razu ciepnąć w ogień. Pozostał im ten pokrętny sojusz. A więc czemu w dalszym ciągu naprawdę trudno było im zachować jakąkolwiek neutralność?
Bo go, kurwa, zerwali już poprzedniej nocy.
Tej, która nie powinna nic zmieniać a chyba wpłynęła na całą tą niezręczność, z jaką musieli się teraz mierzyć. Ambroise nie miał zielonego pojęcia, co mówić, robić, czego oczekiwać. Wiedział jedynie, że jakąkolwiek szopkę teraz odstawiali, na dłuższą metę miało to być nie do zniesienia. A jednak brnął w to. W dalszym ciągu. Skupiał się na kartce papieru, na której od dobrych dwóch minut nic nie zanotował, byleby tylko mieć pretekst do nie patrzenia na Geraldine (choć cholernie mocno chciał na nią patrzeć). Kiwając głową i idąc za ciosem. Niby naturalnie, a jednak z bezsensowną przesadą.
- Nic nie muszę - przypomniał chyba wyłącznie dla zasady, choć może po to, aby rozluźnić atmosferę? Ciężko było to stwierdzić, nawet jemu samemu. - Będzie mi... ...miło - zresztą zaraz spróbował zabrzmieć lżej, bardziej entuzjastycznie.
Czy chciał wspólnego spaceru? Poniekąd tak. Gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że to mogło być zdecydowanie lepsze od spędzania całego czasu w domu będącym cmentarzem przeszłości. Wyjście na zewnątrz mogło być odświeżające, choć z drugiej strony...
...nie wiedział, co im przyniesie. Ponownie czuł się cholernie pozbawiony kontroli nad własnym życiem. Nad tym, co miały przynieść kolejne godziny, dni, miesiące. Wszystko było skomplikowane. Bardziej niż powinno, bardziej niż kiedykolwiek. Powinien być tego świadomy mieszając się w sprawę z dopplegangerem, ale w najbardziej wybiegających w przyszłość wyrokowaniach nie założył tego jak potoczą się sprawy między nimi.
Nie powinien mówić pewnych rzeczy. Teraz to wiedział. Teraz nie mógł tego zmienić. Teraz nadal nie ruszył się z miejsca, choć woda w kociołku zaczęła intensywnie bulgotać.
Zrobili to poprzedniego poranka, później popołudniem, wieczorem, w nocy...
...tak właściwie to od wielu godzin wszystko sobie komplikowali. Wspólnie, wzajemnie, każde z osobna. We wszystkich możliwych konfiguracjach i na wiele sposobów. Nawet w tej chwili to robili, bo ciężko mu było zachować pokerową twarz, gdy Rina odpowiedziała mu w tak sztywny, wymuszony sposób. Ton ich rozmowy zabolał bardziej niż powinien, skoro wszystko się skończyło, skoro mieli to już za sobą.
W teorii. Wyłącznie w teorii, prawda? To też nie pozostawało pozbawione nakładu emocjonalnego.
Mimo to Ambroise wyłącznie kiwnął głową, nie odpowiadając na coś, na co nie musiał odpowiadać. Wstała - tak. Była w kuchni i najwidoczniej zamierzała tu zostać, przyjmując propozycje wypicia kawy wraz z wypaleniem tego swojego paskudnego papierosa. Mimowolnie rozchylił usta, żeby skomentować ten drugi fakt, jednak jeszcze szybciej je zamknął.
To nie była jego sprawa. Już nie. Wyznaczyli sobie pewne granice. Co z tego, że przekroczyli je poprzedniej nocy? Niemal po kilku chwilach od ich ustanowienia? Nie rozmawiali o tym. Całe szczęście. Więc nie mógł komentować tego, co nie było już jego sprawą.
Ironiczne, prawda? Zazwyczaj nie miał z tym najmniejszego problemu. Nie widział nic złego w odżywaniu się w tematach, które nie są z nim bezpośrednio związane. To nigdy nie było dla niego kłopotem czy czymś, w czym by się miarkował.
A jednak teraz zamknął gębę i odwrócił wzrok, starając się nie zauważać sposobu, w jaki lekko podwinęła się jej koszula czy tego, że w innym momencie ich życia nie siedziałby jak kółek przy stole. Nie wpatrywałby się w papier. W żadnym wypadku. To było żenujące. Samo w sobie. Ale czy istniało inne wyjście?
Nie, jeśli mieli zachować neutralność, którą tak nagle ponownie sobie narzucili. Zgodnie z tym, do czego zmierzali przez ostatnie półtora roku, prawda? Zgodnie z tonem rozmowy, jaki przyjęli. Z pytaniem, które padło ze strony dziewczyny, a które sprawiło, że zamrugał zdziwiony. Nigdy go o to nie pytała. Zazwyczaj po prostu przyjmowała narrację pójścia z nim wszędzie tam, gdzie chciała z nim iść.
Teraz też mimowolnie się tego spodziewał, a jednak to pytanie było...
...na miejscu? Chyba tak. Choć wciąż było głupie.
- Jeśli chcesz - odmruknął, mimo że zdawał sobie sprawę z tego, że to była równie idiotyczna odpowiedź co pytanie, jakie usłyszał.
Cokolwiek działo się między nimi w tej chwili, było tak dalekie od naturalności jak tylko mogło być. Zachowywali się niezręcznie. Znacznie bardziej sztucznie i z tą całą wymuszoną kulturą niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet wtedy, gdy krążyli wokół siebie badając grunt, który wydawał im się cholernie grząski (a w istocie wcale nie był).
I choć zdawał sobie z tego sprawę, kompletnie nie wiedział jak postępować w tej sytuacji. Nigdy nie przyznałby tego na głos (z trudem robił to przed samym sobą), ale czuł się wręcz absurdalnie zagubiony w sytuacji, którą poniekąd sam wywołał szeregiem naprawdę beznadziejnych decyzji. Jednych mniej chujowych, innych bardziej. Wszystkich w dobrych intencjach, jednakże teraz w bladym świetle poranka w miejscu, w którym dosłownie wszystko przypominało mu o przeszłości naprawdę trudno było poradzić sobie z niektórymi stratami.
To, co mieli odeszło bezpowrotnie. Oboje byli tego świadomi. W teorii pogodzili się z tym faktem, na co wpłynęła tamta wieczorna kłótnia. Wiedzieli, że nie mogą wrócić do tego, co kiedyś mieli. Doszli do wniosku, że próby bycia przyjaciółmi mogą równie dobrze od razu ciepnąć w ogień. Pozostał im ten pokrętny sojusz. A więc czemu w dalszym ciągu naprawdę trudno było im zachować jakąkolwiek neutralność?
Bo go, kurwa, zerwali już poprzedniej nocy.
Tej, która nie powinna nic zmieniać a chyba wpłynęła na całą tą niezręczność, z jaką musieli się teraz mierzyć. Ambroise nie miał zielonego pojęcia, co mówić, robić, czego oczekiwać. Wiedział jedynie, że jakąkolwiek szopkę teraz odstawiali, na dłuższą metę miało to być nie do zniesienia. A jednak brnął w to. W dalszym ciągu. Skupiał się na kartce papieru, na której od dobrych dwóch minut nic nie zanotował, byleby tylko mieć pretekst do nie patrzenia na Geraldine (choć cholernie mocno chciał na nią patrzeć). Kiwając głową i idąc za ciosem. Niby naturalnie, a jednak z bezsensowną przesadą.
- Nic nie muszę - przypomniał chyba wyłącznie dla zasady, choć może po to, aby rozluźnić atmosferę? Ciężko było to stwierdzić, nawet jemu samemu. - Będzie mi... ...miło - zresztą zaraz spróbował zabrzmieć lżej, bardziej entuzjastycznie.
Czy chciał wspólnego spaceru? Poniekąd tak. Gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że to mogło być zdecydowanie lepsze od spędzania całego czasu w domu będącym cmentarzem przeszłości. Wyjście na zewnątrz mogło być odświeżające, choć z drugiej strony...
...nie wiedział, co im przyniesie. Ponownie czuł się cholernie pozbawiony kontroli nad własnym życiem. Nad tym, co miały przynieść kolejne godziny, dni, miesiące. Wszystko było skomplikowane. Bardziej niż powinno, bardziej niż kiedykolwiek. Powinien być tego świadomy mieszając się w sprawę z dopplegangerem, ale w najbardziej wybiegających w przyszłość wyrokowaniach nie założył tego jak potoczą się sprawy między nimi.
Nie powinien mówić pewnych rzeczy. Teraz to wiedział. Teraz nie mógł tego zmienić. Teraz nadal nie ruszył się z miejsca, choć woda w kociołku zaczęła intensywnie bulgotać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down