Tak łatwo było się wtopić w tłum… Wystarczyło się jedynie ubrać w sposób pożądany dla danej części społeczności i można się było stać niewidzialnym. Nierzucająca się w oczy sylwestka mężczyzny ubranego tak, jak należało na najbardziej prestiżowej ulicy magicznego światka Wielkiej Brytanii wolnym krokiem sunęła przez tłum; tłum może nieco mniejszy niż w południe, ale nadal na Pokątnej było sporo ludzi. Skłamałam – nie sunął, bo nie przeciskał się. Krążył w niedalekiej odległości od placyku z rzeźbą syreny, przystawał, zerkał w gazetę, którą trzymał w ręce, najpewniej wieczorne wydanie Proroka Codziennego. Czarne włosy zaczesane miał ulizanną w nienaganny sposób, czarna koszula, lekko wyszywana w jakieś fantazyjne wzory równie ciemną nicią, dobrze opinała jego klatkę piersiową, miał też gustownie odpięte dwa najwyższe guziczki. Eleganckie, ciemne spodnie dopełniały wizerunku, na palcach prawiej dłoni nosił pierścień, sygnet właściwie, srebrny z rubinowym okiem. Nie wyglądał jak ten sam mężczyzna, który ostatnio spotkał się z Laurentem na Nokturnie… bardziej przypominał tego, z którym miał wątpliwie przyjemne pierwsze spotkanie.
Tak łatwo było się wtopić w tłum.
Z gracją, niemalże jakby tańczył, wyminął jakichś ludzi, by gładko i cicho zbliżyć się do rzeźby. Cicho, lecz nie bezszelestnie.
Równie cicho, lecz nie niedosłyszalnie odezwał się, gdy był już w zasiegu głosu. Tak, to był ten sam głos, lekko zachrypnięty.
I te same perfumy, wodę kolońską… trochę tytoniu.
– Dobry wieczór, panie Prewett – nawet uśmiechnął się lekko, jednym kącikiem ust. – Zastanawiałem się, czy się pan tu dzisiaj zjawi. Miły dzień, prawda? Przyjemna pogoda – na moment nawet odwrócił głowę od Laurenta, jakby patrzył gdzieś w dal, na nic konkretnego… kontemplował pogodę. Ale zaraz jego szare oczy na nowo spoczęły na blondynie. Leniwie.