01.01.2025, 12:43 ✶
- Wyś... ...świetnie. Świetnie - poprawił się niemalże od razu w chwili refleksji nad tym, że co jak co, ale jego wyśmienitość dotychczas chyba wyłącznie ją wkurwiała.
Nie miał pojęcia czy chodziło o ton głosu, w jakim padło to kilka ostatnich razy, czy może o coś jeszcze innego, ale mogli to sobie aktualnie darować. Zasłużyli na całkiem niezły, dość słoneczny poranek, nawet jeśli przez to, w jaki sposób zachowywali się w stosunku do siebie nawzajem nie mogli mieć niemalże żadnych złudzeń, że wszystko zaczęło wracać do normy.
Choć może właśnie na tym polegała ta nowa norma? Być może nie opuścili tego miejsca, ale nie zachowywali się już tak, jakby miało dla nich jakieś szczególne znaczenie. Wręcz przeciwnie. Naprawdę cholernie dużo to kosztowało, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły mimowolne podszepty umysłu i bezwarunkowe odruchy, jednak zachowywali neutralność. Pełną kulturę oraz wskazany dystans jak ludzie, którzy w ostatnim czasie coraz bardziej się od siebie oddalali.
Minęło niemalże półtora roku, czasami sprowadzane przez niego do cholernych dwóch lat, by podtrzymać wrażenie nieuniknioności podjętych decyzji. W istocie były to czterysta dziewięćdziesiąt dwa dni. Rok, cztery miesiące, trzy dni, podczas których powinni zbudować wokół siebie na tyle nieprzeniknione mury, aby bycie co najwyżej sojusznikami było czymś względnie łatwym. Tymczasem nie potrzebowali dużo, aby pierwszy raz zweryfikować ten status.
Drugi raz tu w tej kuchni nie powinien mieć miejsca. Nie mógł się wydarzyć, bowiem inaczej wszystko ponownie zatrzęsłoby się w posadach. Byłoby jeszcze trudniej niż teraz, bo przecież nie rozwiązali żadnych problemów, przez które nie powinni być ze sobą zbyt blisko. To było coś, czego nie dało się wymazać. Inaczej zrobiłby to zamiast odchodzić. A przynajmniej w to usiłował wierzyć, obecnie trwając w tym dziwnym stanie, w którym uporczywie świdrował wzrokiem kartkę papieru, podczas gdy Geraldine świdrowała spojrzeniem jego.
Oczywiście, że to odczuwał. Trudno byłoby mu zignorować wrażenie bycia obserwowanym. Zwłaszcza z taką intensywnością, z jaką to robiła. Miał wrażenie, że usiłowała wwiercić mu się w duszę, choć to były raczej bezcelowe próby, skoro osobiście uważał, że nie było tam zbyt wiele prócz ciemności i głębokiej pustki. Cokolwiek chciała dostrzec, raczej nie była w stanie tego zrobić. To stanowiło największą ironię, osobisty dramat.
Jeszcze poprzedniego popołudnia i na początku wieczoru starała się odnaleźć w nim jakieś znajome elementy. Człowieka, w którego istnienie wątpił. Wydawało mu się, że to zawsze była poza, nawet wtedy, kiedy myślał, że się przed nią odsłania. Zbyt mocno i zbyt szybko przywykł do noszenia różnorakich masek aż wreszcie któraś przylgnęła tak doskonale, że stała się niemalże faktem. Tyle tylko, że właśnie: niemalże.
W istocie nie był wybiórczo miłym człowiekiem. Niedostatecznie troszczył się o bliskich, zresztą przecież pokazał to w przypadku Thomasa, prawda? Nie zależało mu na niczyim dobrze prócz swojego, bo nawet jeśli usiłował zrobić coś słusznego, efekty były godne pożałowania. Jego dobre intencje można było od razu wyrzucić do kosza, bowiem kąsały ludzi dookoła bardziej niż bierność, którą powinien zachowywać. Znacznie bardziej od wrogości, która też była opcją.
Tyle tylko, że po tym letnim okresie wzajemnego wrogiego dystansu nie umiał utrzymać go wtedy w jaskini w obliczu zagrożenia. Ani później, gdy stamtąd wyszli. Ani wtedy, kiedy pojawili się na plaży. W tamtym uścisku podczas długich chwil spoglądania na wschodzące słońce. Nie w wodzie na falach. Nie w korytarzu domu. Nie w łazience. Pod prysznicem. W sypialni, w łóżku. Nie do momentu otrzeźwienia, po którym przyszła kolejna ruina.
Zachowywanie dystansu być może było najsłuszniejszym, co powinni robić, ale nie chciał w tym wrogości. Tyle tylko, że bez wrogości znalazło się stanowczo zbyt dużo miejsca na szczerość a ze szczerością nadszedł smutek. Ten, który nie ustąpił z bladym światłem poranka i niespełnionymi pragnieniami wstania od stołu. Zamknięcia Geraldine rękami opartymi na dłoniach o blat, zbliżenia swojej twarzy do jej na parę milimetrów i bezczelnego zapytania: co się gapisz, gapiu?
Zamknięcia jej ust w pocałunku sprawiającym, że wreszcie po prostu musiałaby zamknąć swoje błękitne ślepia (wygrałby starcie na spojrzenia nawet nie musząc na nią patrzeć) a potem? Opóźnienia wypadu do wioski, bo przecież mieli cały dzień na załatwienie sprawunków z listy, która i tak wymagała jeszcze ostatniego uściślenia. Mimo to...
...to nie było możliwe. Żadna z tych rzeczy. Kątem oka spojrzał w kierunku dziewczyny. Już nie jego, po czym wreszcie dopisał kolejną rzecz do listy zakupów, jednocześnie kiwając głową.
- Jestem prostym człowiekiem - tylko jakimś cudem to nie brzmiało jak wierutne kłamstwo, bo w istocie w dalszym ciągu uważał się za prostego człowieka.
Po prostu prosto pogrążonego we własnym chaosie, jednakże przecież była w tym pewna logika. Logika podejmowania raczej perspektywicznie kiepskich decyzji. Choć z drugiej strony, czy były jakieś lepsze? Szczerze w to wątpił, zwłaszcza w ostatnim czasie i w obliczu tego, co działo się dookoła nich.
Drgnął, unosząc wzrok, gdy kątem oka ponownie dostrzegł ruch. Tym razem bardziej gwałtowny, choć płynniejszy. Wrażenie bycia obserwowanym zniknęło wraz z zaskoczeniem Yaxleyówny z blatu. Spojrzał na nią, nie do końca będąc w stanie powstrzymać ucieczkę wzroku na dół jej koszuli i ogarniającą go falę ciepła. Był prostym człowiekiem, bardzo prostym, absurdalnie nieśmiesznie poprawnym człowiekiem zagryzającym zęby, by powstrzymać sfrustrowane syknięcie.
Powinni stąd wyjść na spacer. Miało im to całkiem dobrze zrobić. Nie tak dobrze jak zostanie tu w ten sposób, w jaki niegdyś spędzali poranki, ale to nie było już dopuszczalne. Ich nowe realia wykluczały zachowywanie się tak, jakby świat dookoła nich nie istniał. Mieli na to kilka godzin. Wraz z nadejściem tego poranka musieli odsunąć od siebie tę pokusę, nawet jeśli była silna i dręcząca jak mało co.
Bardziej niż kiedykolwiek, bardziej niż kiedyś, bo wtedy była tam ostrożna nadzieja. Teraz nie było jej nigdzie, nawet na horyzoncie ani za nim. Zgasła.
- Przychodzi ci do głowy coś, czego potrzebujemy? - Spytał głównie po to, aby odwrócić własną uwagę, jednocześnie wcale nie osiągając w tym zbyt wielkiego sukcesu.
Wręcz przeciwnie. Odgiął głowę do tyłu, kolejny raz tłumiąc ciężkie westchnienie i przymykając oczy. Czym zasłużyli sobie na to, żeby znaleźć się w takiej sytuacji? Od wielu lat starali się być dobrymi ludźmi, postępować może nie zawsze właściwie, lecz nie źle, nie krzywdząc ludzi dla zabawy, dla własnej satysfakcji i przyjemności. Nie byli święci, ale kto był?
A jednak znaleźli się tu i teraz. W kuchni, która w tym momencie zdawała się należeć do kogoś zupełnie innego. Szczęśliwszych, bardziej beztroskich ludzi, którzy odeszli lata temu. Pozostały cienie, widma.
- Czy - zaczął, otwierając oczy niemalże w tym samym momencie, w którym doszedł do niego cichy, prawie niesłyszalny syk.
Momentalnie przeniósł wzrok w kierunku kociołka, uświadamiając sobie, że woda z pewnością zdążyła się już zagotować. Chwilę później zaś o tym, co tak właściwie musiało się stać.
- Oparzyłaś się? Pokaż - tak właściwie, druga część wypowiedzi wykluczała wcześniejsze pytanie, ale nie zwrócił na to uwagi.
Zamiast tego wstał, żeby ze zmarszczonymi brwiami zbliżyć się do Yaxleyówny. Jasne, dostrzegał jej pokerową twarz, ale nie bez powodu zarzucała mu kiedyś, że cholernie trudno było przed nim cokolwiek ukryć. To było coś nie do zaprzeczenia.
- Pokaż - powtórzył, stając za nią.
Blisko, ponownie bardzo blisko. Tak blisko, że mógłby pocałować ją w kark, kręcąc głową i wywracając oczami na brak rękawicy kuchennej. Ale tego nie zrobił. Ponownie nie.
Nie miał pojęcia czy chodziło o ton głosu, w jakim padło to kilka ostatnich razy, czy może o coś jeszcze innego, ale mogli to sobie aktualnie darować. Zasłużyli na całkiem niezły, dość słoneczny poranek, nawet jeśli przez to, w jaki sposób zachowywali się w stosunku do siebie nawzajem nie mogli mieć niemalże żadnych złudzeń, że wszystko zaczęło wracać do normy.
Choć może właśnie na tym polegała ta nowa norma? Być może nie opuścili tego miejsca, ale nie zachowywali się już tak, jakby miało dla nich jakieś szczególne znaczenie. Wręcz przeciwnie. Naprawdę cholernie dużo to kosztowało, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły mimowolne podszepty umysłu i bezwarunkowe odruchy, jednak zachowywali neutralność. Pełną kulturę oraz wskazany dystans jak ludzie, którzy w ostatnim czasie coraz bardziej się od siebie oddalali.
Minęło niemalże półtora roku, czasami sprowadzane przez niego do cholernych dwóch lat, by podtrzymać wrażenie nieuniknioności podjętych decyzji. W istocie były to czterysta dziewięćdziesiąt dwa dni. Rok, cztery miesiące, trzy dni, podczas których powinni zbudować wokół siebie na tyle nieprzeniknione mury, aby bycie co najwyżej sojusznikami było czymś względnie łatwym. Tymczasem nie potrzebowali dużo, aby pierwszy raz zweryfikować ten status.
Drugi raz tu w tej kuchni nie powinien mieć miejsca. Nie mógł się wydarzyć, bowiem inaczej wszystko ponownie zatrzęsłoby się w posadach. Byłoby jeszcze trudniej niż teraz, bo przecież nie rozwiązali żadnych problemów, przez które nie powinni być ze sobą zbyt blisko. To było coś, czego nie dało się wymazać. Inaczej zrobiłby to zamiast odchodzić. A przynajmniej w to usiłował wierzyć, obecnie trwając w tym dziwnym stanie, w którym uporczywie świdrował wzrokiem kartkę papieru, podczas gdy Geraldine świdrowała spojrzeniem jego.
Oczywiście, że to odczuwał. Trudno byłoby mu zignorować wrażenie bycia obserwowanym. Zwłaszcza z taką intensywnością, z jaką to robiła. Miał wrażenie, że usiłowała wwiercić mu się w duszę, choć to były raczej bezcelowe próby, skoro osobiście uważał, że nie było tam zbyt wiele prócz ciemności i głębokiej pustki. Cokolwiek chciała dostrzec, raczej nie była w stanie tego zrobić. To stanowiło największą ironię, osobisty dramat.
Jeszcze poprzedniego popołudnia i na początku wieczoru starała się odnaleźć w nim jakieś znajome elementy. Człowieka, w którego istnienie wątpił. Wydawało mu się, że to zawsze była poza, nawet wtedy, kiedy myślał, że się przed nią odsłania. Zbyt mocno i zbyt szybko przywykł do noszenia różnorakich masek aż wreszcie któraś przylgnęła tak doskonale, że stała się niemalże faktem. Tyle tylko, że właśnie: niemalże.
W istocie nie był wybiórczo miłym człowiekiem. Niedostatecznie troszczył się o bliskich, zresztą przecież pokazał to w przypadku Thomasa, prawda? Nie zależało mu na niczyim dobrze prócz swojego, bo nawet jeśli usiłował zrobić coś słusznego, efekty były godne pożałowania. Jego dobre intencje można było od razu wyrzucić do kosza, bowiem kąsały ludzi dookoła bardziej niż bierność, którą powinien zachowywać. Znacznie bardziej od wrogości, która też była opcją.
Tyle tylko, że po tym letnim okresie wzajemnego wrogiego dystansu nie umiał utrzymać go wtedy w jaskini w obliczu zagrożenia. Ani później, gdy stamtąd wyszli. Ani wtedy, kiedy pojawili się na plaży. W tamtym uścisku podczas długich chwil spoglądania na wschodzące słońce. Nie w wodzie na falach. Nie w korytarzu domu. Nie w łazience. Pod prysznicem. W sypialni, w łóżku. Nie do momentu otrzeźwienia, po którym przyszła kolejna ruina.
Zachowywanie dystansu być może było najsłuszniejszym, co powinni robić, ale nie chciał w tym wrogości. Tyle tylko, że bez wrogości znalazło się stanowczo zbyt dużo miejsca na szczerość a ze szczerością nadszedł smutek. Ten, który nie ustąpił z bladym światłem poranka i niespełnionymi pragnieniami wstania od stołu. Zamknięcia Geraldine rękami opartymi na dłoniach o blat, zbliżenia swojej twarzy do jej na parę milimetrów i bezczelnego zapytania: co się gapisz, gapiu?
Zamknięcia jej ust w pocałunku sprawiającym, że wreszcie po prostu musiałaby zamknąć swoje błękitne ślepia (wygrałby starcie na spojrzenia nawet nie musząc na nią patrzeć) a potem? Opóźnienia wypadu do wioski, bo przecież mieli cały dzień na załatwienie sprawunków z listy, która i tak wymagała jeszcze ostatniego uściślenia. Mimo to...
...to nie było możliwe. Żadna z tych rzeczy. Kątem oka spojrzał w kierunku dziewczyny. Już nie jego, po czym wreszcie dopisał kolejną rzecz do listy zakupów, jednocześnie kiwając głową.
- Jestem prostym człowiekiem - tylko jakimś cudem to nie brzmiało jak wierutne kłamstwo, bo w istocie w dalszym ciągu uważał się za prostego człowieka.
Po prostu prosto pogrążonego we własnym chaosie, jednakże przecież była w tym pewna logika. Logika podejmowania raczej perspektywicznie kiepskich decyzji. Choć z drugiej strony, czy były jakieś lepsze? Szczerze w to wątpił, zwłaszcza w ostatnim czasie i w obliczu tego, co działo się dookoła nich.
Drgnął, unosząc wzrok, gdy kątem oka ponownie dostrzegł ruch. Tym razem bardziej gwałtowny, choć płynniejszy. Wrażenie bycia obserwowanym zniknęło wraz z zaskoczeniem Yaxleyówny z blatu. Spojrzał na nią, nie do końca będąc w stanie powstrzymać ucieczkę wzroku na dół jej koszuli i ogarniającą go falę ciepła. Był prostym człowiekiem, bardzo prostym, absurdalnie nieśmiesznie poprawnym człowiekiem zagryzającym zęby, by powstrzymać sfrustrowane syknięcie.
Powinni stąd wyjść na spacer. Miało im to całkiem dobrze zrobić. Nie tak dobrze jak zostanie tu w ten sposób, w jaki niegdyś spędzali poranki, ale to nie było już dopuszczalne. Ich nowe realia wykluczały zachowywanie się tak, jakby świat dookoła nich nie istniał. Mieli na to kilka godzin. Wraz z nadejściem tego poranka musieli odsunąć od siebie tę pokusę, nawet jeśli była silna i dręcząca jak mało co.
Bardziej niż kiedykolwiek, bardziej niż kiedyś, bo wtedy była tam ostrożna nadzieja. Teraz nie było jej nigdzie, nawet na horyzoncie ani za nim. Zgasła.
- Przychodzi ci do głowy coś, czego potrzebujemy? - Spytał głównie po to, aby odwrócić własną uwagę, jednocześnie wcale nie osiągając w tym zbyt wielkiego sukcesu.
Wręcz przeciwnie. Odgiął głowę do tyłu, kolejny raz tłumiąc ciężkie westchnienie i przymykając oczy. Czym zasłużyli sobie na to, żeby znaleźć się w takiej sytuacji? Od wielu lat starali się być dobrymi ludźmi, postępować może nie zawsze właściwie, lecz nie źle, nie krzywdząc ludzi dla zabawy, dla własnej satysfakcji i przyjemności. Nie byli święci, ale kto był?
A jednak znaleźli się tu i teraz. W kuchni, która w tym momencie zdawała się należeć do kogoś zupełnie innego. Szczęśliwszych, bardziej beztroskich ludzi, którzy odeszli lata temu. Pozostały cienie, widma.
- Czy - zaczął, otwierając oczy niemalże w tym samym momencie, w którym doszedł do niego cichy, prawie niesłyszalny syk.
Momentalnie przeniósł wzrok w kierunku kociołka, uświadamiając sobie, że woda z pewnością zdążyła się już zagotować. Chwilę później zaś o tym, co tak właściwie musiało się stać.
- Oparzyłaś się? Pokaż - tak właściwie, druga część wypowiedzi wykluczała wcześniejsze pytanie, ale nie zwrócił na to uwagi.
Zamiast tego wstał, żeby ze zmarszczonymi brwiami zbliżyć się do Yaxleyówny. Jasne, dostrzegał jej pokerową twarz, ale nie bez powodu zarzucała mu kiedyś, że cholernie trudno było przed nim cokolwiek ukryć. To było coś nie do zaprzeczenia.
- Pokaż - powtórzył, stając za nią.
Blisko, ponownie bardzo blisko. Tak blisko, że mógłby pocałować ją w kark, kręcąc głową i wywracając oczami na brak rękawicy kuchennej. Ale tego nie zrobił. Ponownie nie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down