Krok mężczyzny zrównał się z Laurentem – stali teraz obok siebie jak swoje przeciwieństwa: biel i czerń; czystość i brud; anioł i diabeł. Platyna włosów Laurenta i czerń Kierana, biała koszula i czarna… Przypadek? Być może mniejszy, niż mogło się to wydawać, w końcu Prewett miał już okazję oglądać Kierana dwa razy – zawsze w ciemnych kolorach, więc ten wybór jasności… Jeśli został zauważony przez mężczyznę, to nic nie powiedział.
Stał teraz ramię w ramię z Laurentem i również spoglądał na rzeźbę syreny, przez moment nie przerywając ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła. Czy widział tę samą ironię, którą on? Że rzeźbę nazywano błędnie, że była czym innym niż się powszechnie myślało… Pewnie wiedział, był w końcu głosem Dantego. Ale ile sam Kieran wiedział o magicznych stworzeniach? O trytonach, syrenach, a ile wiedział o ludziach? Albo o tych, którzy byli gdzieś pomiędzy – jak selkie?
– Jesteś bardzo nieprzewidywalny, Lukrecjo – cisza pomiędzy nimi trwała tak długo, że mogło się wydawać, że Avery nie odpowie, aż w końcu się odezwał. – I myślę, że sam o tym doskonale wiesz – szare oczy prześlizgnęły się po sylwetce trytonki, która wykrzywiła się do nich gniewnie. – Ale myślę, że wiele z twoich ruchów i nieprzewidywalności wynika z tego, że sam nie wiesz, czego chcesz i zaskakujesz tym nawet siebie – obrócił nieznacznie głowę, by jego spojrzenie spoczęło na Laurencie. – Mylę się? – ile w tym było gry, a ile po prostu szczerej rozmowy? – Przejdziemy się? To miły wieczór, chętnie wybrałbym się na mały spacer.