Nie dało się ukryć, że Kieran był wprawny w tę grę. Grę pozorów, grę obrazów, grę słów. W to przeciąganie liny i struny, w taniec pomiędzy ludźmi, jakby bywał na salonach i nauczył się dokładnie, jak skakać pomiędzy ich bywalcami. Tak jak dobór ubioru przez Laurenta nie był przypadkowy, tak fakt, że Dante posłał do niego swojego człowieka, a nie siebie, i to takiego człowieka, też nie mógł być przypadkowy. Grunt to znać swoich ludzi, wiedzieć, w czym byli dobrzy, w czym byli źli… W czym dobry był Kieran? Na pewno w dopasowywaniu się do sytuacji, by odpowiednio wyglądać na Pokątnej, na Nokturnie, albo na spotkaniu biznesowym w New Forest. Dobry był też w słowa, wiedział co kiedy powiedzieć, kiedy przycisnąć bardziej, kiedy pogłaskać z włosem. Ale gdzie leżały jego słabe strony? Tych jeszcze przed Laurentem nie odkrył i nie dało się ukryć, że młody Prewett był tutaj na gorszej pozycji, bo wiedział o tym człowieku tyle, ile sam zechciał mu powiedzieć, albo ile mógł wyciągnąć z obserwacji na dwóch poprzednich spotkaniach, zaś Kieran… Kieran posiadał wiedzę Dantego.
Ciemnowłosy nie pospieszał Laurenta, wydawało się, jakby miał cały czas tego świata w swojej dłoni, pozwalał mu się więc oswoić z sytuacją, rozwinąć swoje pąki i nie mącił tej ciszy, która znowu zapadła pomiędzy nimi. Tym razem jednak od strony Laurenta, który… ważył słowa? Zastanawiał się nad czymś konkretnym? A może go wcale nie słuchał?
Ach, nie. Słuchał. Słuchał tak mocno, napięty jak ta struna, a teraz kupował sobie czas. Jeśli spodziewał się zobaczyć jakiś kpiący uśmieszek na ustach Kierana, to się go nie doczekał. Ten już teraz przeniósł całą swoją uwagę na tę biel w jego otoczeniu, najwyraźniej znudzony już rzeźbą trytonki, skoro miał przed sobą dużo ciekawszy okaz.
– Nie mogę się doczekać – odparł cicho, a potem lekko zmarszczył brwi, kiedy wydało mu się, że zobaczył jakieś takie zamglone spojrzenie u Laurenta, gdy leciutko się zachwiał, odetchnął… Kieran nawet wyciągnął w odruchu jedną dłoń, jakby gotów Laurenta złapać, ale nie było do tego potrzeby, więc zaraz jego ręka wsunęła się gładko do kieszeni spodni.
– Aż tak cię to ciekawi? – zapytał z zamyśleniem, oceniając szczerość Laurenta, przyglądając mu się z uwagą. Cokolwiek zobaczył, ostatecznie wskazał kurtuazyjnie dłonią kierunek ich spaceru, jakby zapraszał Prewetta za sobą, chociaż wcale nie chciał, by szedł za nim, albo przed nim. Miał iść obok. – Wdzięczność – rzucił niby bez ładu i składu. – Oto powód.