– Hmm – nie było odgłosem zastanowienia, lecz cichym zaśmianiem się na słowa Laurenta, na nazwanie go językiem. Usta Dantego – czy tym właśnie był? Prewett w swych myślach nazywał go Chłopcem na Posyłki, i może właśnie taka była jego rola w tym wszystkim. Być posłańcem złej nowiny, bo jaką inną może chcieć słać jeden z Baronów zasiadających na Nokturnie? Zdolność przetrwania Dantego mogła go na pewien sposób upodabniać do karalucha, który potrafił się przyczaić w jakiejś dziurze, by po kilku latach wypełznąć jak gdyby nigdy nic i szybko odbić to, co wcześniej należało do niego. To nie była siła, przed którą się nie trzęsło, bo cóż takiego zrobił i jak to zrobił, że pojawił się znowu?
A teraz… Bawił się z Laurentem w kotka i myszkę, tylko nie robił tego sam. Robił to za pomocą swoich Ust. Swojego Języka.
– Lubię te kartoniki. Są jak przypomnienie – wytłumaczył się, zdając sobie najwyraźniej sprawę z tego, że to może do niego nie pasować do końca, do aury i uroku jaki rzucał wokół siebie. – Ale masz rację – o tak, pamiętał rady Laurenta… Natomiast o ile na Nokturn nie zapuszczali się tak dobrze ubrani chłoptasie jak Prewett, bo bardzo szybko tracili zęby, tak na Pokątną i Horyzontalną przychodzili jednak różni ludzie – mniej czy bardziej zamożni.
A potem Kieran roześmiał się, jakby usłyszał najpyszniejszy dowcip. Ten uśmiech nawet dotarł do jego oczu, które zmrużył, ewidentnie ubawiony słowami, jakiem właśnie usłyszał.
– Mrraauu, kotek pokazał pazurki – Kieran zatrzymał się i uniósł jedną dłoń do oka, by otrzeć niewidzialne łzy. – Jeśli chcesz mu wysyłać moją głowę, Cukiereczku, to wybierz najbardziej błyszczący papier, jaki tylko znajdziesz i owiń go fioletową wstążką. Będzie mi pasował do oczu – spojrzał z ukosa na Laurenta a na jego twarzy rysował się zadowolony z siebie uśmieszek. – Powiedz mi… Mówisz, że nie masz w zwyczaju, ale czy ty w ogóle kiedykolwiek skrzywdziłeś człowieka? – ruszył znowu, na krótko zerkając na otoczenie, ale zaraz znowu patrzył na Laurenta wyraźnie poruszony. I wyraźnie ubawiony. – Twoje ręce nie mówią, że należysz do ludzi, którzy lubią albo potrafią się ubrudzić – czy chodziło tu teraz o rzeczywiste ubrudzenie się, czy to zdecydowanie metaforyczne… Cóż, cała ta rozmowa kręciła się wokół domysłów i półsłówek, tak jak zresztą dwie poprzednie.
– Jak chcesz – wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni swoją różdżkę, ta pozbawiona była ozdób czy żłobień, była lekko zakrzywiona, długa, ciemna. Wykonał głową ruch, by przywołać Laurenta do siebie – przyłożył końcówkę swojej różdżki do papierosa Laurenta, by nieszkodliwym zaklęciem, małym ognikiem odpalić jego fajkę. I zaraz to samo powtórzył u siebie. Zaciągnął się i zaraz wypuścił dym ustami. Na ten moment musieli się zatrzymać, a gdy Kieran wyglądał, jakby właśnie miał ruszać dalej, najwyraźniej z tego zrezygnował. Obejrzał się na to, gdzie się znajdowali – w niedalekiej odległości od sławnej biblioteki Maeve.
– Hmm – tym razem nie był to odgłos zadowolenia i zaśmiania się, a ewidentnie zastanowienia. – Ciekawe – wymruczał pod nosem, a potem przeniósł spojrzenie na Laurenta.