O tak, wydźwięk ich rozmów był różny; za pierwszym razem Laurent nie miał zielonego pojęcia kto w ogóle stoi naprzeciwko niego, więc prowadzili ze sobą niezobowiązującą rozmowę… do czasu – bo Kieran bardzo skutecznie nastraszył Laurenta, nim sobie poszedł. Ich drugie spotkanie upłynęło w duchu rozbawienia ze strony „Averego” i cichej determinacji Laurenta, bo wręczył mu torbę, ze „spłatą długu” dla Dantego… I teraz było to trzecie spotkanie, na którym Laurent niemalże trząsł się jak osika ze strachu, bo doskonale wiedział, co zrobił ostatnio i najpewniej ciągle spodziewał się ciosu.
Ten jednak nie nadchodził.
Kieran był tak samo łagodny jak za każdym innym razem, nigdy nie tknął Laurenta, ich jedyny kontakt fizyczny, to było podanie sobie rąk na przywitanie za tym pierwszym razem.
Gdzie więc znajdował się haczyk? W końcu Laurent nie wywiązał się z umowy i doskonale o tym wiedział.
– Że nic nie jest wieczne i pewne, prócz podatków i śmierci – odparł lekko i uśmiechnął się jednym kącikiem ust, w swój charakterystyczny sposób.
– Myślałem raczej o ekstrawaganckim pudełku, by nasz wspólny przyjaciel na pewno go nie przeoczył w natłoku innych darów – trochę makabryczne, dyskutować o sposobie dostarczenia własnej głowy na talerzu, ale najwyraźniej Kieran bardzo dobrze się bawił. Uniósł brwi na to ciche „tak”, lecz za chwilę przyszła dalsza część wypowiedzi. – Tak właśnie myślałem. Jesteś na to zbyt delikatny – przyjrzał się wyciągniętej przez Laurenta dłoni, bardzo zadbanej, niemalże damskiej, gdyby nie jej budowa.
Ponownie – nie odpowiedział od razu, tylko zaciągnął się papierosem raz jeszcze, a potem niespiesznie wypuścił powietrze przez usta i odsunął od siebie fajkę.
– To, gdzie się właśnie znajdujemy. Poznajesz? – zapytał i wskazał ruchem głowy i wzruszeniem ramion na bibliotekę, okazały budynek, z elegancką, bogato zdobioną fasadą. Tuż obok znajdowała się kamienica, w której tydzień wcześniej znalazł się Laurent, zaprowadzony spotkany przez Anthonego, zaprowadzony do własnego mieszkania, gdzie pozwolił mu się odświeżyć… A nieopodal… ten nieszczęśliwy zaułek, do którego Laurent zawędrował i gdzie gówniarze bawiły się jego kosztem.
Szare oczy przeniosły się teraz na Laurenta, nie spuszczając z niego wzroku.