– A co, jeśli ktoś odwróciłby je do góry nogami? Nie byłoby widać twojego kwiatka – Kieran uniósł w górę jedną brew, ewidentnie zastanawiając się głębiej nad tym całym konceptem. Nie wyglądał na typa, który zna się na kwiatkach, swoją drogą, pewnie odróżniłby różę – bo takie wręcza się damom w uniwersalnym języku miłości. Pewnie wiedział też jak wyglądają chryzantemy, bo to tak bardzo pogrzebowe… – Wybrałbyś kwiat pasujący do ciebie czy do mnie? – pociągnął jednak dalej tę rozmowę, pozornie niezobowiązującą, ale oboje przecież wiedzieli, że każde wypowiedziane pomiędzy nimi słowo ma jakieś znaczenie.
– Są to ludzie bez wyobraźni, Cukiereczku – przemoc rysowała obrazy krwią, makabryczne pejzaże, wszystkie w odcieniach szkarłatu, karmazynu i burgundu, w późniejszym stadium ciemnej umbry. – Jak byłem małym szczylem to nie wiedziałem o tym co myśleć. Ale teraz sądzę, że nie ma – pozwolił popłynąć odpowiedzi – znowu: czy była szczera, czy była to może wprawna bajeczka? Ile z tego, co mówił Kieran było prawdą, a ile mogło być fikcją napisaną specjalnie na tę okoliczność?
Avery obserwował Laurenta, nie umknął jego uwadze grymas irytacji, to jak długo blondyn wpatrywał się w budynek, szukając odpowiedzi na pytanie zadane przez szarookiego. Jego zastanowienie, jakby szukał powiązań pomiędzy kropkami, których liczb nie znał i nie wiedział, w jaki kształt powinien je połączyć.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, panie Prewett – leciutko skinął mu głową, po czym na moment odwrócił głowę w kierunku innym niż biblioteka, w ten zaułek, którego z ich miejsca nie było widać. – Tydzień temu został pan tu napadnięty, czy nie tak? I stracił pan coś cennego. Wybacz mi za te ćwiczenia umysłowe, ale lubię patrzyć, jak zapalają się twoje oczy, kiedy zaczynasz kojarzyć fakty – dodał i uśmiechnął się niewinnie. – Jak myślisz, gdzie teraz znajduje się twoja różdżka, hmm?