Musiał mieć oczy dookoła głowy, bo zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa; nie był bezosobowym cywilem, a ktoś, kto miał dom… albo przynajmniej bezpieczną przystań na Nokturnie i pod nim. Była bezpieczna, bo wiedział, jak się poruszać, co mówić i komu, kogo unikać, a kogo nie, że nie można go tknąć i dlaczego, gdzie można odbić swój obcas, a gdzie zdecydowanie nie. Była bezpieczna, bo znana, bo był ostrożny – a był ostrożny i miał oczy dookoła głowy. To był odruch, jak ten, gdy patrzysz raz w jedną, raz w drugą stronę, chcąc przejść przez ulicę – zwłaszcza w mugolskiej części Londynu.
– Dlaczego na morze? – chyba nawet nie spodziewał się do końca drugiej części zdania. Ta odpowiedź pasowała do jego pytania na pewien przekorny sposób. A kiedy Lukrecja wspomniał o lukrecji, tylko kiwnął głową, najwyraźniej ta odpowiedź go zadowoliła.
Czy to konkretnych emocji oczekiwał, czy po prostu jakichkolwiek? Tego blasku zrozumienia w oczach, rozluźnienia mięśni w chwili uświadomienia, gdy w twoim umyśle otwierają się nowe możliwości, połączenia pomiędzy rzeczami.
– Nie potrzebuję twojej różdżki – odparł, jakby zależało mu na tym, by Laurent wiedział, że nie miał z tym nic wspólnego. Był wszak tylko posłańcem, Ustami, Językiem. – Ale dla niego to chyba pewnego rodzaju trofeum. Nie był zadowolony z zawartości torby, jaką mi przekazałeś – jak mógł być, skoro urażona duma barona Nokturnu została jeszcze raz tknięta niemal w samo serce? – Chciał, by ci przekazać, że to nie prezenty się zwraca, a to, co się skradło – pieniądze, a może chodziło o serce? O ile ktoś taki jak Dante w ogóle je kiedykolwiek posiadał. – Grasz w bardzo niebezpieczną grę, Cukiereczku… Ale to już moje słowa, nie jego.