Pamięć to bardzo zabawna rzecz prawda? Lubiła płatać figle, w chwilach rozkojarzenia zapominało się rzeczy ważne, by przypomnieć sobie o czymś kompromitujących w najmniej odpowiednim momencie, a potem nie dawało spokoju, niektóre myśli wżerały się w umysł, wierciły w nim dziury jak robaki w grzybach… Czy Laurent rzeczywiście powiedział o słowo za dużo? Ach, niegrzeczna foczka…
Kieran nie wydawał się zaskoczony, gdy Laurent zaczął mówić o morzach, oceanach i słonej wodzie. Nie w ten sposób, jakby usłyszał o czymś, co miałoby całkowicie odwrócić jest sposób myślenia o danej sprawie. Chyba więc wiedział na temat młodego Prewetta całkiem sporo, ale ile powiedział mu Dante, bo było mu to potrzebne? A ile przemilczał? Ile zaś dowiedział się sam, z tych rozmów – niewielu, ale za to jakże intensywnych. Obfitych w emocje.
– Dużo płaczesz, Laurencie? – chyba pierwszy raz zwrócił się do niego jego imieniem, nie nazwiskiem, nie „panem”, nie Lukrecją i nie określeniem, które wymyślił sam – Cukiereczkiem. Złapał za te słowa, za porównanie słonej wody do słonych łez i pytanie… wypłynęło samo. Jak łódka na tym słonym morzu. – Żegnałbyś z sercem nawet tych, którzy są po drugiej stronie? – jak Dante, jak Kieran. Jak ci, którzy wyrządzili mu krzywdę, wiele, wiele złego.
– Pruderyjny, ach tak… – nie uwierzył mu, jak mógłby, skoro sam musiał mu powiedzieć o zdjęciach, w których posiadaniu był Dante. O zdjęciach, które miały Prewetta przywołać do porządku… a jedyne, na co natrafiał, to robienie na przekór. Tylko komu, Dantemu czy sobie? A może jedno i drugie? – Mam mu to przekazać w twoich dosłownych słowach, czy wolisz, żebym jednak darował sobie tę pruderyjność i uciekł się do wulgarności? – uniósł znowu jedną brew i zmierzył Laurenta szarymi oczami na wskroś. Jakby właśnie próbował z niego czytać. Tylko co zobaczył? Wzruszył za to ramionami, kiedy Laurent stwierdził, że Dantego zabolało. Och tak, zabolało z pewnością. Nie było sensu zaprzeczać. Ruch z kradzieżą różdżki, jakkolwiek nagły i mogłoby się wydawać, że nierozważny, okazał się być niezwykle skuteczny, tyle, że Laurent nawet nie wiedział, kto stał za tą brawurową kradzieżą. – Hmpf – jeśli Kieran był zaskoczony wspomnieniem o Madame Fontaine, to zręcznie to zamaskował. – Widzę, że tak jak kiedyś nie miałeś instynktu zachowawczego, tak nadal nie wyciągnąłeś żadnych wniosków – stwierdził, mierząc sylwetkę Laurenta wzrokiem.
Kiedy selkie ruszył w kierunku ławki, Kieran odczekał przepisowe dwie sekundy i ruszył za nim, nadal ćmiąc swojego papierosa, a po chwili rzucił go na ziemię przy koszu, zadeptał butem, po czym… schylił się, by resztę wyrzucić i uśmiechnął się czarująco do Laurenta.
Nie odpowiedział mu, za to spojrzał się w kierunku biblioteki, być może po raz pierwszy zmieszany słowami, jakie usłyszał.
– Nie wiem – być może było pierwszymi szczerymi słowami, jakie dzisiaj powiedział. A może wcale nie pierwszymi, może pod poszewką kłamstwa, kryło się zadziwiająco dużo prawdy?