Mina, jaką zrobił Kieran, mogłaby być nazwana nawet współczującą. Laurent powoli przybierał aurę smutnego, zbitego psiaka, którego zdecydowanie przytłaczało… wszystko. Gra, w którą sam zaczął grać, chcąc udowodnić sobie i Dantemu, że nie będzie tak, jak to sobie wymyślił i wymarzył stary zboczeniec. To była gra na wyniszczenie – obu stron, ale największym przegranym jest ten, kto oprócz tego, że ma miękkie serce, ma też miękką dupę. I raczej nie były to cechy, które można by przypisać Dantemu.
– Nie każdy ma luksus wyboru – czasami nie było tej alternatywy, nie było sił czy środków do tego, by zmienić bieg swojej historii. Takich ludzi w świecie było mnóstwo, prawda? Ale czy był takim człowiekiem Kieran? Osoba, która niewiele mówiła o sobie, raczej dopiero wtedy, kiedy Laurent pytał – a czy mówił szczerze i prawdziwie, to już zostawało w gestii Laurenta, by ocenić, czy wierzy w jego słowa.
– Wolałbyś, żeby teraz zamiast mnie stał tutaj Dante? – spojrzał na Laurenta niemalże z politowaniem. – Jesteś pewien, że chciałbyś mu to powiedzieć w twarz? – wszak w całym tym swoim planowaniu, potrafił być równie nieprzewidywalny i robić coś pod wpływem… chwili. Rzadko. Ale ileż razy zdarzyło się to w kierunku Laurenta? – Oboje dobrze wiemy, że to, że jestem tu ja, a nie on, to dla ciebie błogosławieństwo – Laurent już teraz miał problem trzymać swoje nerwy na wodzy, a co dopiero byłoby, gdyby to Dante swoją osobistością i aurą, oraz wielkim ego, zajął najbliższe otoczenie. – Już teraz jesteś bliski do tego, żeby się trząść. Ciekawi mnie jak bardzo być drżał w jego obecności – mówił to powoli, z zastanowieniem. Nie zajął obok Laurenta miejsca na ławce, stał obok niego, mając doskonały widok na selkie i resztę ulicy. – I jakie to wnioski, skoro popełniasz te same błędy? – brzmiał nawet nieco prowokacyjnie, na ile prowokacyjny mógł być ten zblazowany głos, ale coś w jego tonie mogło pozwolić tak myśleć.
Laurent jednak nie odpowiedział od razu, za to się zreflektował…
– Gdybyś wyciągnął jakieś wnioski, to nie robiłbyś na złość Dantemu. Mówiłem ci już, że i tak otrzymałeś specjalne traktowanie, bo kto inny śpiewałby inaczej i nie miałby okazji odkupić swoich win – szare oczy mierzyły wątłe ciało Laurenta, gdy ten tak siedział i drżał z powodu chłodu wieczoru. Słońce chyliło się już za horyzont, malując niebo w swój fantazyjny kolor zwiastujący, że jeszcze trochę i zrobi się ciemno, a pierwsze gwiazdy już zaczynały nieśmiało pokazywać swoje twarze. – Nie robisz nic, by płakać mniej. Będziesz tylko płakać więcej – przestroga? Przepowiednia?