02.01.2025, 18:17 ✶
To był dla niego jeden z tych prostych, nieskomplikowanych dni, który zaczął się powoli i równie nienerwowo miał się zakończyć. Przede wszystkim, oscylował on dookoła pojawienia się Leviathana w Ministerstwie. Potrzebował uaktualnić parę dokumentów i odebrać zezwolenia, a nawet jeśli samo w sobie nie było to zbyt wymagające czy czasochłonne zadanie, to nierzadko wiązało się to z poświęceniem dodatkowego czasu czy to zapełniającej zwyczajne stołki urzędnicze, dalszej rodzinie, czy to jego własnemu ojcu.
Szkoda tylko, że ten spokojny dzień szybko okazał się w karykaturalny sposób zaburzony, bo kiedy tylko Rowle znalazł się w Ministerialnych salkach i zapukał do drzwi gabinetu Lazarusa, odpowiedziała mu cisza. Sekretarka powiedziała, że był jakiś problem - co absolutnie nie pocieszało Leviego, ani tym bardziej nie mówiło ile to mogło potrwać. Tym bardziej, że problem okazywał się jakąś jedną wielką tajemnicą, ale to chyba była charakterystyka tych nagłych wydarzeń, których nikt nigdy się nie spodziewał.
Dlatego zmienił plan i w pierwszej kolejności zajrzał do Mony, ucinając sobie z nią krótką, dość suchą pogawędkę, kiedy ta kompletowała dla niego dokumenty i wymagane zezwolenia, z których zrobił się całkiem pokaźny plik makulatury. Potem pozostawało wrócić do biura.
Nigdy nie rozumiał, co właściwie Lazarus widział w Faye. Nie tylko w niej, ale w jego oczach była jakimś symptomem większego problemu. Jakiejś zażyłości z istotami potępionymi, których odrzucało społeczeństwo, co może faktycznie miało swoje źródło z łączącej ich wszystkich klątwy. Levi nie sądził jednak, by ta sympatia sięgała gdzieś głębiej - gdzieś poza istotę problemu, przeklętą bestię czy zdziwaczałego Szefa Biura, którego wygląd zwyczajnie raził. Dla jego syna to było jak opieka na kulawym pieskiem lub rannym ptaszkiem. Opieka ta sprawiała satysfakcję i pozwalała dostrzegać w słabości podopiecznego jakichś znajomych cech, z którymi łatwiej było sobie poradzić na zadanym przykładzie, a nie na własnym. Ale gdzieś dalej Leviathan zastanawiał się, czy jego ojciec nie miał w tym wszystkim jakichś innych intencji.
On sam był w stanie dostrzec łączące ich podobieństwo; przeklętą krew, która płynęła w ich żyłach, jednak było to dla niego za mało by sięgnąć po swoje skąpe zasoby empatii i przelać je na jakiegokolwiek wilkołaka. A w szczególności na nią. Nie kiedy była tak irytująca, w dziwny sposób uderzająca swoją bezmyślnością i naiwnością w rozdrażniającą strunę, która wibrowała intensywnie już na sam jej widok. I na głupie pytanie.
- Zwiedzam. A jak myślisz? - pomachał jej plikiem dokumentów, zanim schował je, ograniczając jednak w swojej wypowiedzi złośliwy ton i stawiając na ten znajomy, zwyczajnie wyzuty z emocji. - Mam do załatwienia parę spraw dla rezerwatu z moim ojcem. A ty? Wyglądasz jakby cię połknęła, przeżuła i wypluła sama Pani Księżyca.
Szkoda tylko, że ten spokojny dzień szybko okazał się w karykaturalny sposób zaburzony, bo kiedy tylko Rowle znalazł się w Ministerialnych salkach i zapukał do drzwi gabinetu Lazarusa, odpowiedziała mu cisza. Sekretarka powiedziała, że był jakiś problem - co absolutnie nie pocieszało Leviego, ani tym bardziej nie mówiło ile to mogło potrwać. Tym bardziej, że problem okazywał się jakąś jedną wielką tajemnicą, ale to chyba była charakterystyka tych nagłych wydarzeń, których nikt nigdy się nie spodziewał.
Dlatego zmienił plan i w pierwszej kolejności zajrzał do Mony, ucinając sobie z nią krótką, dość suchą pogawędkę, kiedy ta kompletowała dla niego dokumenty i wymagane zezwolenia, z których zrobił się całkiem pokaźny plik makulatury. Potem pozostawało wrócić do biura.
Nigdy nie rozumiał, co właściwie Lazarus widział w Faye. Nie tylko w niej, ale w jego oczach była jakimś symptomem większego problemu. Jakiejś zażyłości z istotami potępionymi, których odrzucało społeczeństwo, co może faktycznie miało swoje źródło z łączącej ich wszystkich klątwy. Levi nie sądził jednak, by ta sympatia sięgała gdzieś głębiej - gdzieś poza istotę problemu, przeklętą bestię czy zdziwaczałego Szefa Biura, którego wygląd zwyczajnie raził. Dla jego syna to było jak opieka na kulawym pieskiem lub rannym ptaszkiem. Opieka ta sprawiała satysfakcję i pozwalała dostrzegać w słabości podopiecznego jakichś znajomych cech, z którymi łatwiej było sobie poradzić na zadanym przykładzie, a nie na własnym. Ale gdzieś dalej Leviathan zastanawiał się, czy jego ojciec nie miał w tym wszystkim jakichś innych intencji.
On sam był w stanie dostrzec łączące ich podobieństwo; przeklętą krew, która płynęła w ich żyłach, jednak było to dla niego za mało by sięgnąć po swoje skąpe zasoby empatii i przelać je na jakiegokolwiek wilkołaka. A w szczególności na nią. Nie kiedy była tak irytująca, w dziwny sposób uderzająca swoją bezmyślnością i naiwnością w rozdrażniającą strunę, która wibrowała intensywnie już na sam jej widok. I na głupie pytanie.
- Zwiedzam. A jak myślisz? - pomachał jej plikiem dokumentów, zanim schował je, ograniczając jednak w swojej wypowiedzi złośliwy ton i stawiając na ten znajomy, zwyczajnie wyzuty z emocji. - Mam do załatwienia parę spraw dla rezerwatu z moim ojcem. A ty? Wyglądasz jakby cię połknęła, przeżuła i wypluła sama Pani Księżyca.